Rozmyślania

Stop making plans.

Nie jestem typem osoby, która życie ma zaplanowane od rana do nocy.

Nie mam właściwie żadnych planów na przyszłość, nie stawiam sobie nawet za bardzo żadnych celów. Nawet nie próbuję się zastanawiać nad tym, czy to dobrze, czy jednak źle.

Wiem, co mi sprawia przyjemność i staram się odkrywać to, co jest w życiu najważniejsze. Ciągle staram się zachowywać równowagę pomiędzy tym co chcę, a tym co muszę. Nawet nieźle wychodzi. Czasem mam tylko takie chwile, że zazdroszczę takim poukładanym ludziom, którzy życie mają ułożone na 10 lat do przodu, a wieczory spędzają w fotelu z pilotem w ręku, niczego więcej nie oczekując od życia. Zazdroszczę, bo mi ciągle mało i wiecznie towarzyszy mi uczucie wielkiego nienasycenia, co pewnie jakoś wpływa na poziom ogólnego życiowego zadowolenia.

Bo ja w ogóle nie jestem poukładana, nie potrafię tak. Funkcjonuję w jakichś tam społecznych ramach, ale nigdy nie wiem, co wydarzy się jutro. Nigdy nie wiem, o której skończę pracę, czy się wszystko posypie, czy jakoś to będzie. Nie pytaj mnie, co będę robić za rok i gdzie wtedy będę. Nie pytaj kim jestem i kim chcę być, nie wiem tego wszystkiego. Nie bardzo wychodzi mi nawet planowanie wieczorów i weekendów, a w planowaniu wakacji to jestem już na wskroś beznadziejna. Niby wiem, co chciałabym przeżyć i zobaczyć, ale zawsze albo mi brakuje czasu, albo towarzystwa, albo sama siebie ograniczam. Poza tym nie cierpię wszystkiego sprawdzać przed wyjazdem, notować nazw hoteli, zapisywać numerów telefonu, sprawdzać dróg dojazdowych z lotniska i na lotnisko, godzin otwarcia muzeów, itd. Wychodzę z założenia, że jakoś to będzie. Spontanicznie podejmowane decyzje nadają mojemu życiu smak i zaprowadzają mnie tam, gdzie z wcześniej ustalonym planem bym nie dotarła. Praktycznie zawsze wszystko się udaje – spotykam fantastycznych ludzi, przeżywam jakieś tam drobne przygody, a mimo mojego całego roztrzepania i chaosu nie dzieje mi się nic złego. Jeśli już coś się przytrafia, to na większość krytycznych sytuacji reaguję śmiechem, bo jakoś zawsze staram się wyciągnąć coś pozytywnego z każdej sytuacji. I jeszcze jedna kluczowa kwestia: nie cierpię podróżować sama – przecież nie od dziś wiadomo, że happiness only real when shared. Ja mogę się pod tym podpisać obiema rękami.

Mimo wszystko, mimo mojego całego chaosu i niezorganizowania przed każdym wyjazdem w mojej głowie roi się tysiące pomysłów i koncepcji. Zastanawiam się nad tym, co się wydarzy. Analizuję coś, co jeszcze nie miało szansy się wydarzyć. W głowie tworzy mi się lista oczekiwań, która później zderza się z rzeczywistością i zostaje zastąpiona listą rozczarowań. Mój umysł tworzy nawet durnowate listy dialogowe i odgrywa non stop te same rozmowy i sytuacje (w różnych językach). Ba, zdarza mi się odgrywać to nawet na głos, jakbym grała w jakimś pieprzonym teatrze. Też w różnych językach (nie, nie chcesz tego zobaczyć). Wszystko wyłącznie hipotetycznie, bo przecież jeszcze się nie wydarzyło i zapewne nie wydarzy (ale o tym dlaczego – w swoim czasie).

Nie cierpię tego, ale jakoś nie potrafię tego zmienić.

Jak to możliwe: nie planować i jednocześnie planować?

Teraz też wyjeżdżam na parę dni i przez cały wyjazd będę próbować sobie powtarzać:

1a61228694f14473ecf7bcc65eab655c

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s