Rozmyślania

Tańce i spojrzenia

Dawno nie gnębiły mnie myśli przeróżne. To znaczy może i gnębiły, miażdżyły, dokuczały niemiłosiernie, przeszywając duszę na wylot, ale przynajmniej pozostawały niewyartykułowane.

Ale po ostatnich wojażach, podróżach małych i nieco większych nadszedł czas przemyśleń. W ogóle grudzień i zima sprzyjają takim rozmyślaniom. Dawno temu już potrzebowałam mrozu, by sobie pewne kwestie poukładać.

Ten wpis jest bardzo osobisty i trochę o miłości.

Odkryłam ostatnio, że nie potrafię patrzeć mężczyznom w oczy. To znaczy potrafię patrzeć w oczy tylko takim mężczyznom, których zachowania mogę być pewna – rodzinie, kolegom, przyjaciołom, chłopakom i narzeczonym moich koleżanek. Ale jeśli tylko z kimś sytuacja nie jest w 100% pewna (bo przecież „nigdy-nie-wiadomo-niby-nie-ale-może-jednak”), to nie umiem. Nie wiem czy oduczyłam się już? Czy zapomniałam? Czy taka jestem teraz nieufna i zamknięta, bo się boję, że można czytać ze mnie jak z otwartej księgi? Czy jestem tak zdesperowana, że rozmowa we dwoje oznacza dla mnie na tyle intymną sytuację, że wyobraźnia szaleje? Nie wiem, ale przeszkadza mi to, bo kiedyś taka nie byłam. Chyba byłam pewniejsza siebie i z roku na rok, właściwie z miesiąca na miesiąc tracę tę pewność siebie coraz bardziej. Na co dzień przykrywam to roztargnieniem, życiowym nieogarnięciem i szaleństwem, ale jednak tendencja jest zauważalna.

Nie potrafię spojrzeć w oczy nawet przy toastach i tradycyjnym bruderszafcie, czy stukaniu się kieliszkami. Kiedy zauważam na sobie spojrzenia jakichś mężczyzn – to zamiast korzystać z tego, że teraz (wreszcie?) mogę się temu poddać, albo pobawić, to okazuje się, że … już nie umiem. Peszę się, odwracam wzrok, udaję, że to nie chodzi o mnie. A co zaskakujące czasem jednak chodzi. Wszystko oczywiście ułatwia mi alkohol, bo z każdym drinkiem czy piwem gdzieś tam budzi się we mnie ta stłamszona pewność siebie. Co oczywiście jest bardzo niebezpieczne.

No i miało być jeszcze o tańczeniu. Tego już też nie potrafię. Kiedyś uwielbiałam tańczyć. W domu przy bliskich nadal potrafię wariować, tańczyć i śpiewać na głos. Ale w normalnym życiu już nie. Dlaczego? Czy taniec z mężczyzną znów oznacza dla mnie tak intymną sytuację, że całą mnie to paraliżuje? Przeraża mnie to, bo kiedyś naprawdę taka nie byłam, potrafiłam wejść pierwsza na parkiet i schodzić ostatnia. Przecież ja zawsze lubiłam tańczyć! Zapomniałam już jak to jest.. I ostatnio przypomniało mi się, że taniec, bliskość i zapach mogą być przecież całkiem przyjemne…

Tęsknię za taką bliskością, tęsknię za takim dotykiem i tęsknię powoli też za miłością.

Trochę się boję, że jak jeszcze długo będę sama, to już całkiem zdziczeję i nie będę potrafiła stworzyć żadnej relacji. W sumie to bardzo się boję.

Chciałabym, żeby ktoś mnie kochał tak jak John Yoko.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s