Kino · Książki · Muzyka · Rozmyślania

How could you love me when you know where I’ve been?

Jak zwykle miało być inaczej. Po pierwsze: chciałam pisać częściej. Po drugie: miałam nie koncentrować się tylko na swoim życiu. Po trzecie: nawet jak już miałam pisać o sobie, to miałam unikać przeżyć osobistych  i nie pisać wyłącznie o moim pseudorozmyślaniach.

Ale nie umiem inaczej, więc pieprzyć to.

Za tytuł odpowiada Rival Sons:

Po ostatnim koncercie w Warszawie jestem absolutnie oczarowana. Fascynacja nie mija. Przez cały koncert bawiłam się świetnie, nawet pomimo faktu, że byłam sama i trzeźwa! Nie mogłam oderwać wzroku od wokalisty (jaki wokal, jakie emocje, jakie warunki, jaki rock ‚n roll!), perkusisty (słodziak! poza tym ciągle robił zdjęcia publiczności i grał na stojąco, co mnie najwyraźniej rozbraja) i oczywiście gitarzysty (nic to nowego, od dawna wiadomo, że gitara jest przedłużeniem męskości). I teraz zapętlam się w ich ostatniej płycie, mając codziennie nową ulubioną piosenkę. Kolejni niedocenieni artyści, dlatego za punkt honoru stawiam sobie katowanie wszystkich moich znajomych ich muzyką. No i support- Jameson. Rewelacja.

W ogóle miało nie być o tym. Ale jak już zaczęłam o tych gitarach, to zaraz przypomina mi się 100 tysięcy innych historii. Na przykład zaczęłam i skończyłam dzisiaj czytać taką książkę dla nastolatek („Zostań jeśli kochasz” bodajże) i była tam scena seksu (chociaż właściwie to nie jestem pewna, bo to jednak książka dla nastolatek, więc żadnych szczegółów nie było). W każdym razie chłopak „grał” na tej dziewczynie jak na gitarze, a ona na nim jak na wiolonczeli. Nie do końca umiem sobie to wyobrazić, ale jak widzę Jimmy’ego Page, Joe Perry’ego, Slasha, Jack’a White’a, Andrzeja Nowaka czy ostatnio Scotta Holiday’a, to też marzę o tym, by jeszcze kiedyś w czyichś rękach być taką gitarą 😉

Muzyka odgrywa tak ważną rolę w moim życiu, że fakt, że osobiście nie gram na żadnym instrumencie jest rzeczą co najmniej dziwną. Trudno, nie pozostaje mi nic innego, jak dalej marzyć o życiu z rockmanem. Tylko jak tu się zdecydować na jednego?

A już tak całkiem na poważnie: nie rozumiem ludzi, kompletnie nie rozumiem, dla których kultura nie odgrywa większej roli. Kiedy mnie ktoś pyta, czego słucham, co czytam, co oglądam, to zawsze mam problem ze sformułowaniem wypowiedzi – nie wynika to jednak z faktu, że nie mam zainteresowań, tylko dlatego, że są tak rozległe. Bardzo kiepska jestem w nazywaniu gatunków i w ogóle jakichkolwiek klasyfikacjach, ale o muzyce, książkach, filmach mogę rozmawiać godzinami. Chociaż nie za bardzo się na tym znam.

W muzyce topię i gubię wszystkie swoje emocje, znajduję lekarstwo na wszystko. Książka to odskocznia od rzeczywistości, przeniesienie do innego świata. Film to chwila odpoczynku, relaksu, choć nie zawsze służąca odmóżdżeniu – mimo wszystko zdarza mi się chyba częściej oglądać trudne filmy, niż głupie. Nie wyobrażam sobie życia bez żadnej z tych części.

Nie jestem jakimś ukulturalnionym człowiekiem. Zdecydowanie nie jestem takim typem ęą, który interesuje się tylko wysoką kulturą i do pewnego poziomu nie zniża. Możesz ze mną pogadać o kinie bałkańskim, ale i o amerykańskich zazwyczaj durnych komediach. O Led Zeppelin i klasyce rocka mogę mówić bez końca, ale wiem kto to Rihanna. I mimo namiętnego czytania pakistańskich dramatów zdarza mi się czytać książki dla nastolatek (tak, wiem co to Zmierzch i Gwiazd naszych wina i nie zamierzam udawać, że to tylko przez młodszą siostrę;).

W towarzystwie raczej nie potrafię się zachować. Nie umiem dyskutować na każdy temat, nie sypię anegdotkami z rękawa, ani nie imponuję znajomością dat i faktów.  Nie znam się na wielu rzeczach (raczej znam się na bardzo niewielu). Imponują mi ludzie, którzy potrafią prowadzić rozmowę w taki sposób, że wydaje się, że na każdym polu są ekspertami, ale przy tym nie unoszą głowy wysoko, by patrzeć na wszystkich z góry. Natomiast męczą mnie ludzie, którzy bardzo pewnie poruszają się na jednym obszarze, namiętnie próbując uświadomić wszystkim,że na niczym się nie znają, bo przecież nie wiedzą dokładnie jaki film undergroundowego kina serbskiego zdobył ostatnio nagrodę na festiwalu czegośtam.

Poza tym bardzo denerwują mnie ludzie, którym jest obojętnie. Tacy, którzy mówią, że słuchają wszystkiego (radia?), że książek nie czytają, bo nie lubią, ale za to oglądają telewizję. I że jak film, to najlepiej najnowszy XMen-ostatnie-starcie-po-raz-piętnasty. I że nie lubią piłki nożnej, bo się nie interesują. W ogóle sportu nie lubią. I tacy, którzy mówią, że nie mają czasu.

A ja jestem zmienna, niekonsekwentna, a w głośnikach Rival Sons zmienili się na John’a Coltrane’a. Lubię zmiany.

Na koniec dwie głębsze myśli i jedna anegdotka. Tak sobie naiwnie wierzę, wmawiam, że jestem interesującym człowiekiem. Przynajmniej tak sobie o tym marzę, zawsze chciałam taka być (zawsze też chciałam, żeby chłopak powiedział mi, że jestem morowa, ale nie wiem czy to ma szansę się jeszcze spełnić 😉

Ostatnio ktoś powiedział mi, że może mam problem z wybraniem zawodu i zajęcia, bo mnie charakteryzuje pasja życia, a nie pasja zawodu (tzn. to nie jest cytat, bo na pewno było to wyrażone inaczej. Ale esencję zawarłam. Tak się tylko tłumaczę na wszelki wypadek, bo zawsze ktoś się denerwuje, że coś przekręcam).

I ostatnio ktoś inny powiedział mi, że ludzie dzielą się na dwie kategorie: ludzie od zarabiania pieniędzy i ludzie od idei. Ponoć w ogóle wszystko da się podzielić na dwie kategorie – ale to tylko teoria z książki dla nastolatek 😉 Ja wiem, w której kategorii jestem.

Miło byłoby tak o sobie pomyśleć: może to, że nic właściwie nie potrafię i nie umiem sobie znaleźć miejsca, że podoba mi się tak wiele rzeczy, że kocham życie, że nie umiem się zdecydować, że charakteryzuje mnie wieczne nienasycenie, ciągła potrzeba zmian i nowych rzeczy, pierwszych razów, a przede wszystkim nadmierne rozmyślania świadczą o tym, że po prostu jestem człowiekiem od idei, dla którego liczy się pasja życia? Hmm…

Zapomniałam o anegdotce!!

Kiedyś pracowałam w takiej głupie firmie, w której byłam tłumaczem. I tłumaczyłam katalogi perfum na język polski. Jedna z kategorii była rockowa i oczywiście nie pamiętam jak ten tłumaczony przeze mnie opis brzmiał (ani tekst wyjściowy), ale wiem, że pojawiło się tam sformułowanie „jak film drogi”. „Jak kino drogi”. Wiadomo – road movie.

Na co mój szef: „Film drogi? To znaczy, że nie jest tani?”

Ja zgłupiałam. Próbowałam mu wytłumaczyć o co chodzi, udawał, że rozumie, po czym kazał mi zmienić to sformułowanie na „film akcji”.

Czy tylko dla mnie filmy akcji mają inne konotacje niż filmy drogi? 😉 Idiots everywhere 🙂

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s