Rozmyślania

Miłe słowa

Kojarzycie to uczucie, gdy poznajecie coś nowego i nagle natrafiacie na to wszędzie? Nie wiem czy istnieje na to jakieś pojęcie, ale to nienazwane zjawisko towarzyszy mi ciągle.

Kiedy poznaję nowe słowo, od razu spotykam je w pierwszym artykule, który biorę do ręki. Piosenka, której słucham codziennie od kilku tygodni, nagle zostaje zagrana na koncercie. W necie przypadkiem znajduję jakiś zespół i okazuje się, że ktoś ze znajomych akurat wybiera się na jego koncert, który akurat będzie grany w Polsce. Zachwycam się jakimś niedawno obejrzanym filmie, a tu już w rozmowie ktoś akurat do niego się odwołuje. Przykłady można mnożyć i mnożyć.

Pewnie, można sobie logicznie wytłumaczyć, że pewnie te słowa/książki/zespoły, etc. były cały czas mniej lub bardziej obecne, tylko nie zwracaliśmy na nie uwagi. Może i tak – nie wiem.

Przedwczoraj i wczoraj rozmyślałam nad prawieniem komplementów, umiejętnością ich przyjmowania (bądź też brakiem takowej), mówieniu miłych, ciepłych słów i ich konsekwencji. A także nad krytyką.

I co dzisiaj? Natrafiam przypadkiem na obrazek, który akurat polubił ktoś ze znajomych:

10917220_441449309335409_2088913139375522234_o

 

 

Miłe słowa a cecha narodowa

Czy nieumiejętność mówienia miłych rzeczy naprawdę jest naszą cechą narodową? Gdy tak się głębiej nad tym zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że w moim życiu  jest o wiele więcej krytyki i przykrych słów, niż miłych rzeczy i ciepłych myśli.

Już od dzieciństwa raczej mnie nie głaskano. Moi rodzice (choć kochają mnie ogromnie) próbując wychować mnie na silnego człowieka chyba wychodzili z założenia, że jeśli na wszystko mnie przygotują, to później będzie łatwiej. Nie chcę tego oceniać, bo nie wiem, co by było gdyby było inaczej. Nie wiem jaki jest lepszy (mądrzejszy?) sposób na wychowanie dziecka: trzymanie go pod kloszem i utwierdzanie w przekonaniu o własnej wyjątkowości, czy przyzwolenie na zderzenia z rzeczywistością połączone z mniej lub bardziej brutalną prawdą o świecie. Pewnie tak jak ze wszystkim: nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

To oczywiście też nie tak, że jako dziecko brakowało mi czułości. Przeciwnie, rodzice poświęcali mi bardzo dużo czasu i do dzisiaj mamy bardzo dobry kontakt – a nawet wydaje mi się, że wraz z upływem lat coraz lepszy. I oczywiście są też plusy: tak jak śpiewał już zespół Włochaty „twoje kości nie są ze szkła, możesz zderzać się z życiem”. Na to jestem chociaż trochę przygotowana, często umiem stawić czoła problemom i wyzwaniom.

Tylko, że już od dziecka wiedziałam, że nie jestem wyjątkowa. Zawsze wiedziałam, że jestem „normalna”. I to mi zostało do dziś. Wiem, że za bardzo nie wychylam się ze społecznych ram. Tak, jak w tej piosence Hey („Cudzoziemka w raju kobiet”):

„Za mądra dla głupich,
a dla mądrych zbyt głupia. A huuu!
Zbyt ładna dla brzydkich,
a dla ładnych za brzydka. A huu!
Za gruba dla chudych,
a dla grubych za chuda. A huuu!”

This is the ugly truth

Ciągle się przekonywałam o tym, że nie jestem nikim szczególnym, a jeśli przez chwilę wydawało mi się, że jest inaczej, to zaraz ktoś skutecznie mi to wyperswadował.

Kiedy rozsypywały się moje szkolne przyjaźnie moi rodzice nie głaskali mnie po głowie tłumacząc, że wszystko będzie dobrze, tylko uczulali na to, że tak już będzie, bo przyjaźń nie istnieje.

Kiedy kończyłam szkołę i wraz z przyjaciółmi obiecywaliśmy sobie kontakt po wsze czasy oraz regularne spotkania rodzice uświadamiali mnie, że nie mam się za bardzo nastawiać, bo każdy pójdzie w swoją stronę i wszystko się skończy. Bo tak to już w życiu jest.

Kiedy denerwowałam się wynikami matur i odmownymi decyzjami w rekrutacjach na studia, ewentualnym „straconym” rokiem usłyszałam, że nie ma się co przejmować, rok i tak nic nie znaczy w stosunku do całego życia.

Gdy cierpiałam po rozstaniu i płakałam nad straconą miłością, wszystkim wspólnymi błędami i minionym czasem też spotkałam się z konkretnym komentarzem: dobrze się stało tak, jak się stało, to nie był partner na życie.

I wreszcie gdy po studiach zastanawiałam się nad wymarzoną pracą i dalszą drogą życiową ponownie spotkałam się ze stwierdzeniem, że nie ma co rozmyślać, bo pracy idealnej nie ma, a pracować trzeba. I że prawie nikt nie pracuje w miejscu, które kocha, w którym się realizuje i rozwija i jeszcze dostaje za to odpowiednie wynagrodzenie.

Po latach widzę, że mieli racje. Ba, sama zaczęłam przejmować te zachowania. I teraz, gdy mój przyjaciel użala się nad swoim życiem, nie potrafię zmusić się do współczucia, tylko odpowiadam „przestań się nad sobą użalać, nie jesteś wyjątkowy”.

Znak czasów?

Tendencja jest zdecydowanie rosnąca. Zauważyłam, że nie tylko moi rodzice „kontrują” mnie takimi argumentami i stwierdzeniami. Także inni bliscy ludzie: z rodziny, z pracy, przyjaciele, znajomi. Ile razy częściej usłyszysz „A ty co masz dzisiaj na sobie?” niż „Jeju, jak pięknie wyglądasz!” „Znowu wydałaś kasę na ciuchy?” zamiast „Jaka fantastyczna spódniczka!”. „A nie pomalowałaś się dzisiaj czasem za mocno?” zamiast „Przepiękny kolor szminki, gdzie kupiłaś?”. „Może mogłabyś się trochę wziąć za siebie” zamiast „Jebać to, i tak jesteś super”.* Może po latach jestem przewrażliwiona, ale więcej ciepłych słów spotyka mnie w sklepie i na ulicy od obcych ludzi, niż od tych bliskich (szczególnie teraz, gdy status związkowy to: single). W związku przecież można jeszcze liczyć na komplementy od partnera (przynajmniej na początku). I żeby było jasne: nie mam problemów z konstruktywną krytyką, szczególnie w życiu zawodowym.

Dlatego ja od dawna mam taką misję, że jeżeli widzę coś miłego, ładnego, to staram się tych ludzi skomplementować. Nawet obcych. Poprawić komuś dzień. Wywołać uśmiech na czyjejś twarzy. To pewnie dlatego zdarza mi się wdawać w rozmowy o życiu z obcymi ludźmi. Ale lubię to. Marzę o tym, żeby zanieść kiedyś wszystkie noże z mieszkania i naostrzyć je u „Pana Ostrzarza” z Jeżyc albo z Wildy (to ten sam, tylko się przemieszcza). Albo kupić wszystkie kwiaty i bazie kotki od tej babci, która zawsze stoi na rogu rynku. Albo wrzucić całą wypłatę tej babci, która stoi czasem na mieści i gra na flecie (swoją drogą to temat na kiedy indziej, czy naprawdę ci ludzie po wszystkich latach pracy zasłużyli na to, by stać na ulicy, żeby zarobić na leki?). Kiedy widzę fajną nastolatkę, to też mam ochotę jej powiedzieć coś fajnego. Albo elegancką starszą panią. Albo fajnego chłopaka. Pewnie, czasem mi brakuje odwagi, nawet częściej niż czasem. Ale staram się.

Wolę to, niż wiadomość od dawnej przyjaciółki z licem o treści „Ty zawsze byłaś i pozostaniesz piękna”. No pewnie, że miło się zrobiło, tylko dlaczego mi nigdy tego nie powiedziała? Dlaczego ludzie wychodzą z założenia, że wszystkiego się domyślamy, że wszystko wiemy? „No jak to, przecież zawsze cię kochałem”. „Zawsze ciebie szukałem w innych.” „Zawsze się podziwiałem.” „Zawsze ci zazdrościłem.” Czemu nie potrafiłeś powiedzieć? Ja tego nie wiem, nie jestem tak domyślna.

Myślę sobie, że teraz jestem 26letnim człowiekiem znającym życie na tyle, że wiem, czego się mogę od niego spodziewać. Wiem, że czas przemija, wszystko się kończy, związki, przyjaźnie, prace, ale czy lepiej mi z tą świadomością? Może wolałabym żyć w szklanej bańce i hasać po łące na jednorożcu, puszczając bańki i śpiewając Mariah Carey do utraty tchu?**

Jest przecież też druga strona medalu. Nasz styl życia i sposób wychowania determinują nasze decyzje i wybory. Ja niestety raczej nastawiam się na coś negatywnego niż otwieram na coś pozytywnego. Nie umiem przyjmować komplementów. Odwracam wzrok, gdy uśmiechem, gestem, słowem ktoś mnie zaczepia – zaraz myślę, nie jak to, przecież to na pewno nie chodziło o mnie. Nie wierzę w siebie. Często wychodzę z założenia, że po co próbować, skoro i tak mi się nie uda?

Nie wiem jaka jest recepta. Może gdybym była przekonana, że jestem pępkiem świata miałabym mniej przyjaciół, ale czułabym się lepiej sama z sobą? A może wcale nie, bo czułabym się samotna, otoczona fałszywymi ludźmi, którzy mówią miłe rzeczy, wcale nie mając ich na myśli?

Nie umiem tego przeskoczyć. Nie potrafię tego w sobie zmienić.

*Mówię tutaj o normalnym życiu, a nie o facebooku, gdzie pod nowo dodanym zdjęciem wszyscy są w stanie napisać wszystko, tylko jakoś szczerze nikt nie potrafi powiedzieć.

** Nie, proszę, tylko nie Mariah Carey.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s