Rozmyślania

Pato melo.

Bezsenność. Pracowity poranek. Piękny, słoneczny, ciepły dzień. „Belle Starr” Rival Sons w głośnikach. Nadrabiam zaległości.

Strasznie się tutaj rozleniwiłam. Rzeczywiście początki były ciężkie i dały mi w kość bardziej niż się spodziewałam. Ale teraz jestem wreszcie na dobrej drodze i mam nadzieję, że w większej mierze zajmę się tym, czym powinnam i zajmę się sobą. Eksperymentami i planem naprawczym, ale o tym jeszcze będzie mowa 🙂

Tytuł dzisiejszego wpisu sponsorują Piaski. A czemu? Bo dziś postanowiłam wspomnieć weekend (a nie imprezę pożegnalną), a za jej kształt w dużej mierze odpowiadały Piaski.

Nie cierpię pożegnań. Jestem w tym beznadziejna, wzruszam się, płaczę, przeciągam w nieskończoność. Myślałam, że wszystkie pożegnania zawodowe i osobiste totalnie rozłożą mnie na łopatki, a zaskakująco dałam radę – co więcej popłakałam się tylko dwa razy: w sobotę nad ranem wychodząc z Kuźni i w biurze przy pożegnaniu z koleżankami i wręczeniu mi filiżanki (sic!). Postanowiłam zrobić imprezę pożegnalną i zaprosić tyle osób ile się da – po pierwsze, miałam nadzieję, że im więcej osób, tym fajniej, po drugie nie miałam czasu żegnać się i spotykać z każdym indywidualnie. Po trzecie oficjalnie żegnałam się na pół roku – niewiele osób wiedziało, że planuję być dłużej nieobecna (trzymać kciuki!).

Oczywiście, że to nie była epicka impreza marzeń. Jakoś tak moi znajomi nie są za bardzo imprezowi 😉 Ale myślę, że ekipa z Piasków ją uratowała, a ja pod wpływem alkoholu i tysiąca uścisków czułam się tak dobrze, że było mi wszystko jedno.

Cudownie było zobaczyć wszystkich w jednym miejscu. Cudownie było usłyszeć tyle miłych słów. Cudownie było być tak wyprzytulaną i wyściskaną, przecież ja to uwielbiam! No i kubek z Andrzejem Nowakiem i pociesznik z pięknymi wpisami od wielu bliskich mi osób. Emocjonalno-sentymentalna podróż.

Co jeszcze pamiętam z tego weekendu? Ani cudowne rockowe grafiki. Sangria. Zepsuty okap. Perfumy z Egiptu. Sąsiadkę tancerkę. Przedłużenie imprezy na sobotę. Kolejna domówka na placu. Tańce w Atmosferze. Tańczący Sergio. Makaron o 5 nad ranem. Popisy aktorsko-taneczne Adama. Rozkminy. Dzień Kobiet następnego dnia. Moje girls: Ewelina, Natalia, Ola.

Fuck, będę tęsknić. Już tęsknię. Pół dnia spędzam na facebooku, skype, mailu i whatsappie. Ale pomimo mojego całego wstrętu do technologii, jakbym miała wytrzymać bez niej?

Nieustannie towarzyszy mi lęk przed zapomnieniem. Oblivion, tak jak w tym filmie dla nastolatek „Gwiazd naszych wina” (dobra, nie tylko dla nastolatek, sama widziałam kilka razy i zryczałam się jak bóbr). Może to i głupie, ale już tak mam. Zawsze miałam. Rozumiem nawet znajomego, który po powrocie do swojego kraju usunął konto na facebooku, bo nie mógł znieść myśli, jak wszyscy bawią się bez niego. Ja dostaję mnóstwo takich wiadomości. Pewnie, że miło, że akurat na imprezie ktoś o tobie pomyśli, ale przecież nic za tym nie idzie.  Mnie te wiadomości trochę dobijają, no bo ile razy mam pisać „super, bawcie się dobrze!”? Nie jestem fanem dokumentowania całej rzeczywistości, chociaż teraz trochę się tutaj tego uczę. Ale czy mam też wysyłać wszystkim zdjęcia z imprez i z randek? Może szczególnie moim znajomym, którzy są teraz sami i w nieco depresyjnym nastroju? Jakby się czuli? A może wstawiać na facebooka? Żeby pokazać, że sama też się świetnie bawię? Chociaż tak wcale nie jest, ale może udałoby mi się przy okazji wkurwić tych znajomych, którzy mi piszą, że czują się samotni i nie mają przyjaciół? A może żeby podbudować się jakoś? Udawać, że mam nowych, lepszych, wspanialszych znajomych? Jakoś to do mnie nie przemawia. Wolę chyba jednak myśleć o uczuciach innych osób i nie ranić ich niepotrzebnie. Moi bliscy są dla mnie najważniejsi na świecie, nie zawszę potrafię być szczera w 100%, ale tylko dla ich dobra. Chociaż to trudna miłość.

A relacje tutaj? Ciągle poznaję nowych ludzi. Jestem w tym całkiem niezła, chociaż z natury raczej nieśmiała, to jakoś nie mam problemów z otwieraniem się (mimo sparzenia się 100 razy i upadku na dupę z trzeciego piętra). Tylko, że te znajomości są wszystkie takie same – zmienia się jedynie język konwersacji. No bo jak się nie znamy, to o czym rozmawiać? Jak się nazywasz, co studiujesz, co lubisz… Tylko, że zapomnij o głębszych rozmowach na trudne tematy. Nie ma komu się wygadać, bo nikt nie wie kim jesteś. Właściwie nikogo to tak bardzo nie obchodzi. Czasem nawet już znajomych z PL – pewnie pytają między uczelnią, a pracą, pracą a domem pisząc krótką wiadomość na fb: „jak tam, co nowego?” I co ja mam napisać chujowo? Nie ma czasu na wyjaśnienia, albo nikt nie jest zainteresowany, nie drąży. Ja też jakoś nie zamierzam się narzucać, bo przecież każdy ma swoje życie. Powoli przejmuję więc amerykański styl życia „How are you? Fine, thank you. This is my friend.” Matko, jak prosto. Tylko potem smutki muszę zapijać alkoholem, a tu nie ma się z kim napić. Wszyscy piją mniej niż ja. Boki zrywać.

Bez ładu i składu ten wpis. Taki jak ja 🙂

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s