Małe podróże · Rozmyślania

Kuba.

Od naszej podróży na Kubę minęły ponad dwa miesiące. I dopiero teraz jestem w stanie cokolwiek napisać, bo zeszły ze mnie emocje, opadły troszeńkę uczucia, wyblakła opalenizna, powróciłam do rzeczywistości.

Łatwo nie było. Nie mogę tej wycieczki uznać za „podróż”. Nie napiszę więc, że to była podróż życia. Nie były to jednak też typowe wakacje. Po prostu spełniło się moje największe podróżnicze marzenie, kurczę, nigdy nie myślałam, że to się wydarzy! A jedyne co czuję teraz to… niedosyt.

Jak to w ogóle się stało, że się udało? Sama nie wiem. O Kubie marzyłam od kiedy pamiętam, ale nie ukrywajmy – taki wypad jest dość niszczący finansowo 😉 Wiecie już, że nie lubię podróżować sama. Udało mi się namówić Anię. Tzn. za długo nie musiałam namawiać, bo ona biedna spragniona urlopu była nieziemsko, ale niewątpliwie Kuba nie była jej number one.  Pewnie nie wiecie, że przyjaźnimy się z Anią od 8 lat, ale prawie nigdy z sobą nie podróżujemy. Owszem, zdarza się nam wyjechać gdzieś na weekend, pojechać na jakiś festiwal, ale na wakacjach nie byłyśmy nigdy, nigdzie razem. Dlaczego? Bo się zupełnie różnimy. W przyjaźni nadajemy na tych samych falach, rozumiemy się dobrze i co najbardziej sobie cenię- wszystko możemy sobie powiedzieć, wszystko przetłumaczyć, wszystko wyjaśnić. Ale w podróżowaniu jesteśmy trochę jak ogień i woda. Ale ponieważ tym razem nie chcę pisać o przyjaźni, tylko (w miarę) rzeczowo o Kubie, to nie będę tego tematu dalej rozwijać. W każdym razie jeśli zależało nam na tym, by pojechać razem, musiałyśmy pójść na kompromis. Musiałyśmy także pójść na kompromis finansowo-czasowy, bo nie byłoby nas stać na dłuższe wakacje i fizycznie nie miałyśmy czasu. Ale od razu uprzedzam: tydzień to stanowczo za mało, mimo, że mam wrażenie, że świetnie ten czas wykorzystałyśmy. Kompromisem okazała się tygodniowa wycieczka objazdowa z RainbowTours. Dla mnie to trochę survival, kurczę nie dość, że biuro podróży, to jeszcze dreamliner, noclegi w hotelach… Ale postanowiłam zagryźć zęby, mocno się postarać, narzekać mniej niż zwykle, a w skrytości ducha i tak wiedziałam, że gdy tylko będzie okazja, odłączymy się od grupy. Chyba obie się postarałyśmy, by nie spieprzyć sobie tego wyjazdu, myślę, że się udało 🙂

Co udało nam się zobaczyć? Nie jestem w stanie opisać wszystkich zabytków, wymienić wszystkich miejsc, moje wspomnienia dotyczą bardziej ludzi, kolorów, rozmów, smaków, dźwięków. Kilka dni spędziłyśmy w Hawanie, jeden dzień w Valle de Viñales i Pinar del Rio. Później byłyśmy w Cienfuegos, Trynidadzie i Santa Clarze. No i spędziłyśmy też jeden dzień na wyspie, której nazwy nie pamiętam w hotelu all-inclusive (proszę o minutę ciszy). Patrząc na poniższą mapkę okazuje się, że zwiedziłyśmy prawie połowę Kuby! I to jest fantastyczne, bo dzięki autokarowi zobaczyliśmy jeszcze dużo, dużo więcej i byliśmy w setkach małych miasteczek, których nazw nie byłabym w stanie spamiętać.

6e7d031408438167a0ee0d8525993713

Oczywiście w programie wycieczki był absolutny standard: widzieliśmy plantacje tytoniu, zwiedzaliśmy fabryki rumu i cygar, uczestniczyliśmy w koncercie Buena Vista, byliśmy na Placu Rewolucji i w Muzeum Rewolucji, w kolonialnym Trynidadzie, w Santa Clarze, gdzie „zwiedzaliśmy” słynny pociąg rewolucjonistów i w mauzoleum Che (tzn. tam ja akurat nie byłam 🙂 Generalnie bardzo dużo dowiedziałam się o historii Kuby i o samej rewolucji, trochę zrewidowałam nawet swoje poglądy, a  poza tym jak zwykle nie obyło się bez rozkmin egzystencjalnych. Mieliśmy świetną przewodniczką (nadal przepraszam Monikę), wspaniałego kierowcę (nadal wzdycham do Indio), zabawnego kubańskiego przewodnika (nadal pozdrawiam ciule Juana) i wesołą grupę (a tu pozdrawiam lekarzy).

Myślę, że pojechałyśmy na Kubę w możliwie najlepszym czasie. Są już otwarci na turystów, ale jeszcze widać tam komunistyczną mentalność, w zakamarkach da się poczuć ducha rewolucji… Zafascynowałam się do dna. Bałam się, bardzo się bałam po Lizbonie, że na Kubę pojadę z wielkimi oczekiwaniami i się nie zachwycę. Matko, jak się myliłam! Chłonęłam wszystko każdą komórką ciała, czułam się tam bardzo dobrze, zakochałam w Kubie po uszy. Oczywiście czemu to też idealny wiek na Kubę? Bo jeszcze jesteśmy młode, ale nie mamy już 15 lat. No i jesteśmy wolne. Nie ukrywam, cuda się nie działy, ale było pięknie 🙂 Czego mi brakowało? Znajomości hiszpańskiego! Kurcze, gdybym mogła się swobodnie komunikować działoby się pewnie jeszcze więcej… Kolejny niedosyt 😉 Co zrobiłam więc po powrocie do Polski, a właściwie po wyprowadzce do Niemiec? Zapisałam się od razu na kurs hiszpańskiego. Motywacja utrzymuje się na tym samym wysokim poziomie, chociaż tutaj właściwie uczę się hiszpańskiego głównie w praktyce 😀

Co zrobiło na mnie największe wrażenie? Co mi się najbardziej podobało? Co zapamiętałam najbardziej? Nie wiem, wszystko było „naj”. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to właśnie ten niedosyt… za krótko, za mało intensywnie, zbyt mało wrażeń, za grzecznie, ale ne mogłyśmy na to nic za bardzo poradzić.

Moja Kuba? To momenty. Uśmiechy. Zachody Słońca. Rozmowy łamanym hiszpańskim. To mlaskanie i cmokanie na ulicach, gdzie naprawdę można się poczuć jak Miss Polonia. To Guillermo i Vlady w barze 24h na wyspie (tam, gdzie tak bardzo cierpiałam) i tekst „Masz ładne włosy, czemu nie masz narzeczonego?” To spacery nocą po Maleconie, gdzie jest jedna wielka impreza. To rastamani szukający skrawka papieru w czeluściach plecaka, żeby tylko zapisać mój e-mail (który notabene niecelowo przekręciłam). „Póki nas nie gonią, jest okej” To pół nocy spędzonej z Amerykanami z Bostonu i tańce w Casa de la Musica, bez alkoholu się nie da, uwierzcie na słowo. Chcecie kokainę? To wizyta nocą, nad ranem w Casa particular i jeszcze szybsza, wstydliwa ucieczka i znowu „co by było, gdyby”. To przewodnicy cmentarni i kubańska Milagrosa. To negocjacje dotyczące zniesienia ruchu wizowego. To zdumienie na naszych twarzach, kiedy wyszłyśmy z klubu i okazało się, że nikogo z naszej wycieczki już nie ma – to mina Moniki rano w hotelowej jadalni, kiedy zobaczyła, że jesteśmy całe i żywe i z radości nas wycałowała. To miny wszystkich innych podróżujących i komentarze już do końca wycieczki „Dziewczyny są?! To jedziemy!” To moje wyrzuty sumienia pomieszane z radością, bo przecież to była taka cudowna noc! To kubańskie taksówki, przejażdżka cabrioletem, rozwiane włosy. To Daiquiri w ulubionym barze Hemingwaya. To Pinacolady wszędzie, matko jakie to było pyszne! I ryż z fasolą, i ryby cudowne. Owoce rosnące wszędzie na polach. Cygara kupowane na lewo w kubańskim domu. Picie rumu w autobusie i doprowadzenie do kłótni małżeńskich. To tańce w barze (nie na barze) z całą kubańską obsługą – Dj Lidier, Elier aka Zielona Mila – ich popisy drinkowe, naszych tańców nie mogę nazwać popisami tanecznymi 🙂 Ale alkohol lał się strumieniami, a my trochę przeżyłyśmy Dirty Dancing, w polskim tłumaczeniu haha. To spacery wokół hotelu i ambasady rosyjskiej, gdzie martwić się mogłyśmy o skręty szyi wszystkich biegaczy. To 100.000 przymiotników i miłych słów, którymi nas otaczano: mango, guapa, bella, chica, muchacha, preciosa, hermosa, bonita! To typ, który krążył za nami jak gubiłyśmy się w uliczkach Hawany, a Ania się bała. To skoki, skoki w każdym miejscu, dziesiątki prób. To fantastyczny kubański zespół Mezclarte, z dziesiątek które widziałyśmy wszędzie. To ten ich wrodzony luz, radość życia, uśmiechy, tańce. Serio, każdy tam umie śpiewać, grac i tańczyć. To pan kelner w hotelu w Hawanie, który zobaczył Ani T-Shirt i zaczął śpiewać Show must go on. To rodzeństwo, które nas zgarnęło spod Hotel Nacional de Cuba i zabrało do knajpy El Conejito (a co to może oznaczać dowiedziałam się dopiero wczoraj od Katalończyka!). To zespół złożony z samych dziadków śpiewających na Plaza de Armas, spontanicznie tańcząca pani, mój nieudany filmik i staruszek, który jak dowiedział się, że jesteśmy z Polski wykrzyczał nazwiska chyba 10 Polaków: Wałęsa, Lewandowski, Jaruzelski, Pudzianowski! To nasza „przednia” lekarska ekipa z Leszna, szczególnie Pan Artur i Pan Mirek usilnie starający się wyglądać i zachowywać na młodszych niż są i żarty, żarty, żarty „Monika! Musimy zatrzymać autobus, dziewczyny chcą do toalety!”. To oczywiście nasza wspaniała przewodniczka, która co prawda powtarzać się lubiła, ale była niesamowicie inteligentna, kochana i zabawna. To kierowca Indio – nieśmiałek, który tak przesłodko zareagował, gdy cała wycieczka zapytała go o odwiedziny u kuzynki „Prima??”. I jego sygnety, garnitur bez względu na pogodę i podawanie ręki przy wysiadaniu z autobusu. Wysiadanie z autobusu już nigdy nie będzie takie samo. To nasz przewodnik Juan „Viva Kabanos!”, który zjadł w hotelu pół nogi Jamon Serrano i cały następny dzień zdychał, który dostał rajstopy dla żony od Pana Romka i wszyscy w Trynidadzie się z niego śmiali. To słowo „Polonia”, które jest absolutnie magiczne i otwiera prawie wszystkie drzwi. Albo serca. To te krótkie dialogi, zawsze takie same „hej, skąd jesteście? Z Polski. Robert Lewandowski!! Wiecie, że dziś jest festiwal salsy i cygar, tylko dziś…/ Ewentualnie dziś jest rocznica śmierci Compaya Segundo. To ostatnie chwile wycieczki i gigantyczny smutek, podróż autobusem, moja choroba spowodowana pewnie jakąś mieszanką kaca, negowaniem powrotu, zmęczeniem, zatruciem, nie wiem. I godzina spędzona obok kierowcy na przednim siedzeniu. I mali Kubańczycy na pace samochodu, którzy wytykali nam języki i stroili miny, a my nie pozostaliśmy dłużni. To wszyscy, absolutnie wszyscy uczestnicy wycieczki, którzy chcieli mi pomóc. To Hawana, która jest bezpieczniejsza nocą i dniem niż wszystkie Paryże, Wenecje i Lizbony. To Kubańczycy, który chcą tylko naciągnąć wszystkich na kasę, a w obmyślaniu sposobów zarobków są niezwykle kreatywni. To czarownice, wiedźmy siedzące na ulicach i czekające na robienie zdjęć. To teściowa Moniki, z paznokciami do ziemi. To małe restauracyjki pojawiające się nocą w oknach mieszkań. To słońce! Temperatury, ciepło, palmy. To stara Kubanka na Maleconie opowiadająca nam i Amerykanom o życiu w Hawanie w latach 50 – perfekcyjnym angielskim. To Kubańczycy, którzy robili sobie z nami zdjęcia, jak z atrakcją turystyczną, bo mamy jasną skórę i blond włosy. To dzieciaki proszące o cukierki, długopisy, mydełka, wszystko, tak samo jak dorośli. To Pan Rysiu, atrakcja wycieczki, który najbardziej żałował, że nie poszedł z nami na imprezę. TO Pan Waldemar Olinek Okrąglinek, który po naszych tańcach na Buena Vista stwierdził „Ja dziewczyn pilnowałem na początku, ale potem jak je ten Murzyn porwał, to już straciłem kontrolę!”. Właśnie, to nasze tańce na scenie, z kubańskim zespołem i tancerzem! Matko, wyglądało jak aerobik, ale dziewczyny z wycieczki stwierdziły, że tańczymy lepiej niż zespół haha. Szkoda, że nie ma video, chociaż może to i lepiej 🙂 To chińska dzielnica w Hawanie, w której ludzie zaczęli nas już rozpoznawać, np. pani sprzątaczka. 2 godziny w Hawanie i już mamy znajomych? 🙂 To śpiewanie Guantanamera na cały głos w autobusie z naszą kubańską Marzenką. I barman w Cayo Santa Maria, który stwierdził, że jesteśmy the most beautiful girls in the evening. Zresztą wszyscy barmani. I tańce na animacjach na scenie, wszyscy z Quebec, Canada, kurczę, co za szczęście, że ja nie musiałam!

Matko, pewnie było tego więcej, ale to tak na szybko spisane, z zakamarków pamięci, z głębi serca. Ależ mi tęskno teraz. Do tej kubańskiej radości życia, do tego kubańskiego słońca. Za oknem pada i 12 stopni, w mieszkaniu tylko Kolumbijczyk i Dominikanin, Dominikańczyk? (czy jak się mówi na kogoś, kto pochodzi z Dominikany?)

Wiem jedno. Jeszcze tam wrócę.

11115744_10206069003915176_2647278986265555658_o

Reklamy

4 thoughts on “Kuba.

  1. Się mówi Dominikańczyk 😉 Asiaaa zapomniałam o kłótniach małżeńskich!! A z pana Rysia zrobiłaś raz Romka 😀 ale podpisuję się wszystkimi rękami i nogami jakie mam do dyspozycji :*

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s