Rozmyślania

Poniedziałek w czwartek.

Czwartek rano, a czuję się jak w poniedziałek. Dobrze, już nie rano. Ale dalej, jakby poniedziałek. Wiem, że to banał, że coś z tymi poniedziałkami nie tak, ale co ja poradzę na to, że to prawda?

Czuję się fatalnie, właściwie od wczoraj wieczora, a zawsze jak się tak czuję, to chcę pisać. Już tak mam, że ciągle wypływają ze mnie strumienie słów, niekończące się monologi, rozkminy życiowe prosto z serca i nierzeczowe analizy prosto z mózgu. Siedzę więc teraz w blibliotece z czekoladą Milka Oreo i butelką wody, a zamiast się uczyć czy pisać patrzę jak pracują inni ludzie. Nie jestem w stanie napisać dziś nic pozytywnego, wykrzesać z siebie jakiejkolwiek nutki optymizmu, czy pozytywnej energii. Swoją drogą dziwne to: jeszcze przedwczoraj słuchając w głośnikach „Pomaluj moje sny” w wersji Cugowskiego i Kozakiewicza taka byłam radosna, że tańcząc jadąc na rowerze zupełnie się zapomniałam, dopóki nie zobaczyłam śmiejących się do rozpuku- zapewne ze mnie- czterech twarzy. A dzisiaj najlepiej nie wyszłabym spod kołdry (z łóżka to za wiele powiedziane, nie mam łóżka).

Jak to się dzieje? Przecież teoretycznie jestem takim samym człowiekiem dziś jakim byłam wczoraj. Takim samym człowiekiem w tym tygodniu, jakim byłam w zeszłym. Dlaczego w zeszłym tygodniu 6 wieczorów spędziłam poza domem, śmiejąc się do utraty tchu, a dzisiaj odwołałam spotkanie, bo nie mam siły ani ochoty wyjść z domu? Przecież nic się nie stało. To znaczy nic nowego, o czym nie wiedziałabym od tygodni czy miesięcy.

Mam czasem tak, że wiem, że mogę wszystko. Ba, wyzywam i złoszczę się na tych, którzy twierdzą, że jest inaczej. Nie rozumiem tych, którzy nie podzielają mojej opinii. A potem mam tak jak dziś, że jakieś niedokończone sprawy wbijają mnie w ziemię. Że wyrzuty sumienia przejmują górę nad dobrym samopoczuciem. Albo tak jak wczoraj, że nie jestem w stanie wyjść z łóżka i robić czegokolwiek oprócz durnowatego klikania w internecie, czego przecież nie cierpię. Że wykańcza mnie pisanie maili i wiadomości, a przecież na nic innego tak nie czekam. Jakiś absurd totalny.

Dziś na wykładzie trafiłam na wpis na blogu dziewczyny, która podróżuje sama od 3,5 roku. Bardzo rzeczowy wpis, o finansach taki. I uświadomiłam sobie znów parę rzeczy. Że po pierwsze nigdy nie zrealizuję tego, o czym marzę. Wybaczcie, dzisiaj nie wierzę w marzenia. Po drugie, że w moim życiu nie mam żadnej wartości. Po trzecie, że nic nie potrafię. Jestem nijaka, bez wyrazu, bez umiejętności, wypadam niezwykle blado na tle ogółu społeczeństwa.

Nie pojadę tu i tam, gdzieś daleko, bo zabraknie mi odwagi, pieniędzy, ludzi. Nie znajdę miłości życia, bo za wiele już zmarnowałam, bo za późno, bo tak jest tylko w filmach i książkach. Nie znajdę swojej drogi w życiu dopóki nie dorosnę, dopóki nie będę ciągle oglądać się na innych, ciągle pytać o radę, o wskazówki. Ciągle czekam na to, aż ktoś powie mi jak żyć. W pracy czekałam na to, aż ktoś za mnie odkryje moją życiową drogę. W życiu czekam na to, aż mnie ktoś z kimś zeswata. Weźmie za rękę, zawiezie na koniec świata. Od ludzi ciągle oczekuję, że ktoś mi w czymś pomoże, uwolni od czegoś, wyręczy, ściągnie ze mnie poczucie odpowiedzialności i konieczność podejmowania decyzji.

Okropna jestem. Chłopakom zarzucam, że nie są mężczyznami, że kryzys męskości, że nie dorośli. A ja dorosłam?  Ludziom zarzucam, że są nudni, że nic nie robią ze swoim życiem. A co ja robię? Co takiego niby zrobiłam, co odróżnia mnie od innych? Nic. Uciekam i biorę wszystko na przeczekanie. Ciągle mówię o tym samym: liście before I die, której nigdy nie zrealizuję, podróżach, które się nigdy nie odbędą, koncertach, na które nigdy nie dojadę, opowieściach z dnia codziennego, które nikogo nie interesują, jeśli mam być szczera, to nudzą nawet mnie samą. Sama siebie nudzę.

Wy mówicie, że nawet w piekle znajdę przyjaciół. Że pięknie opowiadam. Jestem miła i spoko. Mam ładne oczy, włosy i sandały. I że uwielbiacie moje historie. Że zazdrościcie przygód i podróży. A ja wam mówię, że to wszystko nieprawda. Co to za nowi przyjaciele tutaj, z którymi po godzinie nie masz o czym rozmawiać? Co to za przygody, które się nigdy nie wydarzyły? Co to za osiągnięcie być miłym? Wszyscy są mili. Sandały też możecie sobie takie kupić. To wszystko nieprawda. Nie zazdrościcie mi tego, że uciekam od samej siebie i od swojego życia, ale nie mogę od tego uciec, bo to nie moje życie, miasto, praca, rodzina były kiedykolwiek problemem, tylko ja sama. Nie zazdrościcie mi tego, że większość czasu spędzam na swoim „łóżku”, które jest jednocześnie krzesłem, miejscem pracy, miejscem do spania, stołem kuchennym i miejscem rozmów. I że zasypiam sama i budzę się sama, od dawna. Nie zazdrościcie mi tego, że ciągle zaczynam od nowa, bo nie potrafię na dłużej nigdzie zagrzać miejsca, mam jakąś wrodzoną niepełnosprawność. I nie zazdrościcie mi tego, że nie będę miała do kogo i do czego wracać, bo wszyscy pójdziecie naprzód ze swoim życiem, ja nie. Nie zazdrościcie mi tego, że ze wszystkich uczuć świata to, które towarzyszy mi najczęściej to strach. I nie zazdrościcie mi tego, że nie potrafię powiedzieć nie, że ciągle wplątuję się w jakieś durne sprawy i relacje, na które nie mam ochoty, kosztem własnego czasu, własnych sił, własnych spraw, że zawsze najpierw myślę o innych, a potem dopiero o sobie.

Trwam w jakiejś szklanej bańce, w jakimś pustym, dziwnym życiu. Gdzie akceptacji i wiary w siebie szukam w innych ludziach. Gdzie od nich uzależniam swoją siłę i wartość. Gdzie w ludziach szukam pomysłu na siebie, pomysłu na życie. Gdzie wydaje mi się, że jak obie strony będą regularnie zdawać sobie relację ze swoje życia, to nic się nie zmieni w tych relacjach, to was nie stracę. Stawiam pytania, na które nie umiem odpowiedzieć, więc oczekuję odpowiedzi od was. Że powiecie mi co robić, jak żyć moim życiem.  Jestem tu już tyle lat, czas ucieka, a ja nadal nie wiem o co mi chodzi.

I najgorsze, że mam tę świadomość, że pewnie nigdy się nie dowiem. Chcę wszystkiego, nie robię nic. I tak nie możesz dostać wszystkiego, więc po co w ogóle zaczynać? Ciągle tylko te układy, rezygnacje, kompromisy. Nawet jeśli to wszystko rzucę i wyjadę na koniec świata, to czy tego chcę? Przecież usycham w samotności. Przecież wykańczają mnie te relacje „How are you?”. Ale jak wrócić, jak zostać? Jak żyć?

Do dupy.

PS. Wybaczcie, dziś nie umiem inaczej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s