Rozmyślania

Znaki z niebios.

Halo świat. Tu rozgoryczona i rozczarowana Asia.

Macie czasem tak, że czujecie, że cały wszechświat próbuje Wam coś powiedzieć? Tylko nie wiadomo jak odczytać te znaki? Ja tak.

Jestem tutaj w Lipsku od kilku tygodni, może kilkunastu. Powoli zaczęło mi się wszystko tutaj układać, w przygotowaniu nawet wpis o moim Lipsku. Miasto i uczelnia podobały mi się od początku, ale mam trochę problem z przyjaźniami, z mentalnością, z samotnością – wiecie, że ja zwierzę społeczne jestem, z sercem na dłoni, ekstrawertyczna do szpiku kości, żeby nie powiedzieć ekshibicjonistyczna. A tu bardzo trudno się zaprzyjaźnić, więc cierpię. A miałam szaleć, imprezować, przeżywać przygody, poznawać nowych ludzi (no i pisać też…)

I wreszcie zaczęło się układać. Mam trochę nowych znajomych. Uprawiam sport. Mam czas dla siebie. Zaczęłam chodzić na imprezy i koncerty. Często mam odwiedziny z Polski. Głowa pełna planów i pomysłów, bo przecież jeszcze tyle chcę zrobić i tyle zobaczyć w samym Lipsku, ale i okolicy. A czasu coraz mniej.

I co na to wszechświat? Po raz kolejny przypomina mi się to powiedzenie, że jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to opowiedz mu o swoich planach. Więc rozśmieszyłam. W zeszłym tygodniu fatalnie się czułam, w swoim stylu znalazłam się znowu na dole sinusoidy: od euforii do rozpaczy, bo u mnie emocje to zawsze na 100%. Nie ma stanów pośrednich. Nie ma „jakoś to będzie”. Nie ma „coś porobimy”. Pisałam nawet o tym we wcześniejszym wpisie, no dramat, depresja, samotność i smutek. Nic nie robiłam, tylko marudziłam wszystkim, wszystkimi dostępnymi kanałami. Żeby się chociaż trochę wygadać i żeby chociaż trochę lepiej się poczuć, że w ogóle mam się komu wygadać.

I przyszedł piątek rano. Postanowiłam, że wstanę z nowym nastawieniem i z nowymi podejściem do życia, bo dwa dni zamulania stanowczo wystarczą. Ale spałam na podłodze, bo łóżko rozwaliło się do końca. Więc wstałam wcześniej, wymalowałam się, ubrałam sukienkę, buty na obcasie nawet! Wychodzę z domu: rower nie działa. Tzn. da się jechać, ale ktoś chyba w niego kopnął, albo wjechał, w każdym razie prawy pedał tak wykrzywiony, że jadąc haczy mi o łańcuch i osłonę, blokuje ruchy, hamuje prędkość. W parku postanawiam to naprawić, bo przecież tak mnie to denerwuje, nie umiem. Cała brudna. I zła. Spóźniam się na hiszpański. Psują mi się sandały. Wracam do domu, rozwalają mi się okulary przeciwsłoneczne. Sprzątam pokój, psuje się odkurzacz. No kurde, serio?! Coś jeszcze?!

Po południu miałam jechać na siatkówkę (no ale musiałam iść pieszo) i czekałam na odwiedziny cioci. Ciocia zapomniała komórki, więc plan był taki, żeby zwolnić się z zajęć i jakoś ją odnaleźć na dworcu. Na siatkówce wyjątkowo dużo ludzi, ale początek bardzo trudny, bo wyglądało to jak zajęcia dla niepełnosprawnych, oczywiście jeśli chodzi o poziom gry. No dramat. Nie wiedziałam, że w XXI wieku znajdują się jeszcze w Europie ludzie, którzy mają zerowe pojęcie na temat techniki gry i zasad (okej, ja też nie umiem świetnie grać w szachy, ale wiem, że do tego potrzebne są pionki, a nie piłka….) Ale przyszło więcej osób, zrobiło się fajnie, mamy kilka drużyn, co się nigdy nie zdarza, gramy. Ja w drużynie z fajnym Francuzem, nieśmiałą Białorusinką i aroganckim Niemcem, przekonanym o swojej wyższości i niestety nieświadomym swoich prawdziwych umiejętności (czyli znikomych). Więc gra nam się średnio. I w czwartym meczu co się dzieje? Ja w górze, noga się wykrzywia, upadam na ziemię i już wiem, że nie jest dobrze. Pierwsze co mi przychodzi do głowy to „O kurwa!”, ale oczywiście muszę to wyartykułować po niemiecku, w zdaniach podrzędnie złożonych z szykiem końcowym! Ale nie wiem co się stało, nic nie umiem opisać, boli jak nic nigdy w życiu. Więc skupiam się na przeklinaniu w trzech językach. Leżę na ziemi, nie mogę wstać, wszyscy dookoła mnie, ja w centrum wydarzeń, czego nie cierpię, a głowie kołaczą mi się kolejne myśli „Gdyby nie popsuł Ci się rower, to miałabyś czas pojechać do domu, przed odebraniem Cioci z dworca, więc nie brałabyś nic do przebrania, tylko przyjechała w stroju sportowym, a tak wzięłaś te lżejsze trampki, żeby nie zajmowały za dużo miejsca, a nie porządne adidasy, chociaż wiedziałaś, że się ślizgają na tej hali, bo chciałaś się szybko przebrać i zdążyć na dworzec i jeszcze wyglądać jak człowiek”. Fuuuuck! Znowu znak? Karma? Moja wina? Nieroztropność? I druga myśl: „Jak tu wstać i jak tu do cholery pojechać na dworzec, żeby odebrać Ciocię? Nie mogę zadzwonić i wytłumaczyć jej, żeby dojechała sama, bo komórka została w domu, 500 km stąd.” Fuuuuck! Znowu znak? Karma? Wszyscy się przejęli, ja nie mogę się ruszyć, do głowy przychodzą mi jakieś konstrukcje zdaniowe typu „das hat unheimlich wehgetan!”, w końcu podnoszą mnie, chwytając za ramiona i w tym momencie część mojego kolana wskakuje – jak mi się wydaje – na swoje właściwe, poprzednie miejsce. Nie wiem czy rzepka, dziękowałam Bogu, że miałam długie spodnie i tego nie widziałam, bo uczucie i dźwięk były tak okropne, że nikomu tego nie życzę. Nie życzyłabym tego nawet największemu wrogowi, gdybym takiego miałam. Ohyda, okropność, fuj. Wszystkie siły koncentruję na tym, żeby nie uronić ani jednej łzy, nie przy tych wszystkich ludziach. Siadam na ławce i kto siedzi przy mnie? Ten arogancki Niemiec. Fuuuck! Znowu znak? Że nie powinnam tak źle o nim myśleć i tak się denerwować? Po kilkunastu minutach jest lepiej i nawet mogę chodzić. Organizatorzy pytają się mnie do kogo zadzwonić, kogo mogę poprosić o pomoc i ja ze strachem i smutkiem uświadamiam sobie, że nie ma absolutnie żadnej osoby, do której mogłabym podać numer telefonu. Że nie mam tutaj absolutnie nikogo, na kogo mogłabym liczyć w sytuacji, gdy mam jakiś problem. Że może i mam znajomych, z którymi mogę wyjść na piwo, ale nie ukrywajmy – czasem po 1,5h nie mamy o czym rozmawiać. W większości przypadków nie mamy do siebie numerów telefonów. Nie wiem nawet jak mają na nazwisko. A nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że jedyna osoba, która mogła mi pomóc wyjechała z miasta. I mieszkanie też puste. Mój kolega, jedyny z całej grupy, jakoś zupełnie się nie przejął, na szczęście znalazł się ktoś, kto miał samochód i zawiózł mnie na dworzec. Ale do samochodu doczłapałam się już sama, nikt mi nie pomógł, ten kolega też nie. Pewnie, że byłam wdzięczna, jak nie wiem co, już za samą podwózkę. No i wysadził mnie na przejściu dla pieszych. Znalazłam jakoś peron, aczkolwiek uwierzcie na słowo – przejście po całym dworcu od informacji do HBF Tief było niezłym wyzwaniem. Cały czas byłam w sportowym topie i w dresie, ale nie starczyło mi sił na dojście do toalety, więc przebrałam się na peronie, stojąc na jednej nodze, prosto pod kamerą monitoringu, bo nie miałam już sił dojść dalej. Hit. A potem ciocia. Szczęście w nieszczęściu, że przyjechała teraz i mnie uratowała. Bo ja bez gotówki w portfelu nawet nie mogłabym zamówić sobie taksówki na pogotowie. Na izbie przyjęć spędziłyśmy prawie 8 godzin – uwierzcie mi na słowo, byłam bliska rozpaczy. To znaczy najpierw się śmiałam w głos, bo dotarł do mnie absurd tego dnia, tej sytuacji i mojego życia. Na sytuacje stresowe, w których jestem bezsilna zawsze tak reaguję. Ale po kolei. Dotarłyśmy po szóstej. Po trzech godzinach dostałam lód do chłodzenia kolana. Cztery godziny czekałyśmy na 5minutową wizytę u lekarza i skierowanie na roentgen. Lekarz rzeźnik. Wyginał mi nogę we wszystkie kierunki świata, łzy ciekły mi strumieniami, więc miałam chociaż satysfakcję, że za to jego chamstwo i arogancję pobrudziłam mu łóżko i tuszem do rzęs i podeszwami butów. Wszystko rozumiem – nocny dyżur, nagłe wypadki, stresującą pracę. Ale przenoszenie swoich złych nastrojów i stresów na innych ludzi – tego nie zrozumiem nigdy. Zawsze najpierw staraj się być człowiekiem. No ale my na ten roentgen. Ja pierwszy raz na wózku inwalidzkim. Kurde, w moim zbieraniu pierwszych razów nie o takie rzeczy mi chodziło… Po zdjęciu czekałyśmy kolejne 3 godziny, już praktycznie w pustej poczekalni… Wykończone, zmęczone, głodne, no i ja jeszcze obolała, z wyrzutami sumieniami. Bo chciałam Cioci pokazać mój Lipsk, a nie apteki i pogotowia… O 2:00 dostałam zastrzyk przeciwbólowy, ortezę i kule. Pani przemiła pielęgniarka jeszcze pyta jaki kolor? Czarny, szary, czy żółty? Naprawdę nie byłam w stanie podjąć tej decyzji, trzy razy mówiłam, że wszystko mi jedno. Byłam już tak wykończona, że totalnie nie rozumiałam co mówią do mnie po niemiecku, czemu mnie ciągle pytają o to samo… Zanim trafiłyśmy do domu podjęłam jeszcze dwa wyzwania: wejście do taksówki i wejście po schodach kamienicy na drugie piętro.

1795556_1072251049469756_6063849385421247916_n

Rano przeczytałyśmy całą dokumentację i dowiedziałam się, że nie tylko mam na imię Johanna (to akurat standard), ale że i mam obywatelstwo niemieckie. I że to prawe kolano sobie strzaskałam, nie lewe. No i dostałam złą receptę, na lekarstwo, na które jestem uczulona, mimo wyraźnego wpisu w dokumentacji, że ibuprofenu nie mogę. Lekarz cham był najwyraźniej jeszcze bardziej wykończony niż ja 😉

I teraz mieszkam w salonie, a ciocia mnie obchodzi w jedną i w drugą. Może herbatki? Wody? Sałatki? Masz na coś ochotę? A boli? No rewelacja, mój współlokator mówi, że marzy o tym, by go to kiedyś spotkało i najlepiej, żeby miał dzwonek do wołania wszystkich. Tylko, że ja zamiast leżeć tygodniami w łóżku, wolałabym zabrać Ciocię w moje ulubione miejsce nad kanałem i na kawę u ulubionego Włocha. W środę chirurg, może dowiem się co mi jest. Złamania nie mam. I przede wszystkim jak długo potrwa rekonwalescencja.

Bo po dwóch dniach nie wiem już jak leżeć, jak siedzieć, co czytać, co oglądać. Wszystko mnie wkurza, męczy, przeszkadza. Potrzebuję do szczęścia przygód, ludzi, dworu. A nie snu, lenistwa i nic nie robienia. Ciocia mnie chce zabrać na zachód. Tata do Polski. Ale ja chcę tu zostać. Przecież sesja i ten doktorat nieszczęsny i chciałam jeszcze trochę tu pożyć, poużywać, na koncert pójść, nad jezioro pojechać, tak niewiele tu odkryłam dla samej siebie… Potrzebuję czasu, nie chcę by ta przygoda się już skończyła, zanim zaczęła się na dobre rozkręcać.

Muszę więc nauczyć się teraz nie tylko prosić o pomoc, ale też umieć ją przyjmować. Mam z tym czasem problem. I cierpliwie podchodzić do tego, że w ciągu dwóch dni nie mogę się wyleczyć. Z cierpliwością mam problem od zawsze. Ale dzielnie daję sobie zastrzyki w brzuch, nie forsuję nogi, tylko chłodzę, leżę i czekam. Na odwiedziny. I na atrakcje.

A ten kto wymyślił dawanie sobie zastrzyków w brzuch powinien zginąć śmiercią męczeńską. Przecież to jak jakieś pieprzone sado-maso! Nie można tego w tabletkach przyjmować? 😦

Daję sobie tydzień, potem wstaję. Ostatni miesiąc w Lipsku spędzony samotnie w domu w łóżku? No way!

11419986_1072513276110200_186814687_n

PS. Jestem pewna, że to znak. Czy karma? Nie wiem. Jak w zeszłym tygodniu zabiłam muchę, to popsułam łóżko. No to może jednak karma. Tylko ponoć tak szybko to nie działa.

PS2. Ale skoro znak, to jak to odczytać? Że mam siedzieć w domu i nic nie robić? Zwolnić? Teraz wcale nie żyłam szybko, zwolniłam przecież o 80%. Może, że mam pisać wreszcie? Ale nie mogę bez biblioteki. Więc jak to odczytać?!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s