Muzyka · Rozmyślania

Na maksa.

Na maksa. Na 100%. Na całego. Ze wszystkich sił. Do oporu. Z całej epy. Z całych sił.

Lubię banały, prostych ludzi, łatwe decyzje, nieskomplikowane sytuacje. Dlatego po raz kolejny bliżej mi do banalnych złotych myśli, niż do traktatów filozoficznych. I ostatnio dotarło do mnie, że tak właśnie chcę żyć:

Na maksa. Na 100%. Na całego. Ze wszystkich sił. Do oporu. Z całej epy. Z całych sił.

Byłam ostatnio na koncercie Cuban Beats All Stars. Tak rzadko bywam teraz na koncertach, tak rzadko wychodzę z domu, że to naprawdę wydarzenie! Byłam z kolegą z Kolumbii i mimo tego, że byłam jedyną nietańczącą osobą i że nie znałam ani jednej piosenki, koncert był fantastyczny. Wszystko mi się zaraz przypomniało zaraz z naszej wycieczki, talenty muzyczne i taneczne, wrodzony luz, radość życia… Później dotarł znajomy Meksykanin. A później jeszcze trzech kolegów z Salwadoru (2) i Meksyku (1). I tak sobie pomyślałam, że tym na wskroś niemieckim Lipsku udało mi się znaleźć/stworzyć/wpaść w mały kącik Ameryki Łacińskiej i Południowej. Do tego stopnia stało się to dla mnie normalne, że przestałam traktować moich nowych znajomych jak coś egzotycznego, przestałam pytać „skąd jesteś”? Często mają tak skomplikowane historie życiowe, że na z pozoru banalne pytanie nie da się odpowiedzieć. To trochę tak jak w internetowych grupach nomadów: tam, gdy ludzie pytają o rady dotyczące podróży do określonych krajów też nikt nie pyta „kim jesteś?” albo „skąd pochodzisz?”, tylko „z jakiego kraju masz paszport?” Piękne, prawda?

Znowu miało być nie o tym. Ostatnio często używam słowa „iluminacja”. Wiesz, to ten moment, kiedy coś ci się składa w całość. Kiedy przychodzi jakieś oświecenie i masz ochotę krzyknąć „Eureka!” jak Archimedes. I na tym koncercie dwa razy wybuchnęłam śmiechem. Najpierw, kiedy z rozrzewnieniem przypomniał mi się koncert podróby Buena Vista i nasze tańce na scenie. A później nie wiedzieć czemu przyszła mi do głowy myśl, że w ogóle przegrałyśmy życie, bo nie tańczyłyśmy na Kubie z żadnymi prawdziwymi, niepodrabianymi Kubańczykami i to na normalnej imprezie. A potem przypomniała mi się Casa de la Musica i tańce w barze na wyspie…. 🙂

I właśnie w tym momencie dotarła do mnie prawda absolutna, która okazała się tak ważna, że musiała zostać wyartykułowana. Muszę, chcę, powinnam robić wszystko w życiu na 100%. Do tej pory sprawdzało się to głównie w pracy i na studiach, trzeba było coś wykonać, okej, w swoim tempie i w swoim stylu pracy, ale na 100%. Nie potrafiłam czegoś olać, odpuścić, zignorować. Teraz muszę to przełożyć na swoje życie. Póki jeszcze mogę.

Następnym razem więc (jak już będę miała zdrową nogę i nic nie będzie mnie ograniczało fizycznie) jak pójdę na imprezę i będę chciała tańczyć, to będę tańczyć na 100%, do utraty tchu. Nie będę czekać na innych na parkiecie, na odpowiednią ilość alkoholu we krwi, czy na ulubioną piosenkę. Jak zacznie padać deszcz i będę chciała biegać boso po trawie, to będę i nie będę się przejmować, co inni na to. Jak będę chciała wypić wino na dachach miast, to wejdę i nie będę się myśleć na zapas nad tym, co by się mogło wydarzyć. Jak będę chciała pojechać na wakacje stopem, to wyjdę na drogę, wsiądę w czyjeś auto i pojadę.

Przynajmniej taki jest plan. Bo inaczej co wspominać w przyszłości? Teraz siedzę od 3 tygodni ze strzaskanym kolanem i myślę nieustannie: „A miałam jeszcze to zrobić…”, „A chciałam jeszcze tam pojechać…”, „A miałam jeszcze tam pójść…”. I za późno. Przyjechałam tu z wielkimi oczekiwaniami, no i niestety po raz kolejny zawiodłam samą siebie. No expectations, no disappointments. Niby to wiem, ale jak tu się w ogóle na nic nie nastawiać? Owszem, wszystko wydarzyło się trochę na skutek przypadku, nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, wypadku, ale trochę też z własnej winy – przecież pierwsze 2 miesiące mogłam wykorzystać lepiej. Mogłam oddychać pełną piersią. Żyć na maksa. Bawić się do rana. Tańczyć do upadłego. Zwiedzać do oporu. Bawić się na maksa. Mogłam, ale nie zrobiłam tego. Dlatego siedzę od trzech tygodniu sama w pokoju (nie licząc weekendów). Sama z moimi niespełnionymi oczekiwaniami i z moimi rozżaleniami i rozczarowaniami. I powinnam winić za to tylko siebie. Dlatego na przyszłość…

Na maksa. Na 100%. Na całego. Ze wszystkich sił. Do oporu. Z całej epy. Z całych sił.

A odnośnie samego koncertu? Wokalista fantastyczny. Śpiewał tak szybko, że nie dało się zrozumieć słowa. Do tego jak tańczył! Dj – do posikania ze śmiechu, szczególnie jak się popisywał i miksował tyłem. Bębny, jak to w kubańskiej muzyce, robią tło, ale rzadko wybijają się na pierwszy plan. Gitary, jak to gitary, zawsze robią szał 🙂 I jeden z muzyków, który śpiewał, tańczył, grał na gitarze, na klawiszach i skrzypcach. Energia, luz, radość życia, muzykalność = poziom master.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s