Rozmyślania

„Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, …

… opowiedz mu o Twoich planach na przyszłość.” – Woody Allen

Właściwie to nie mogłam się zdecydować jak zatytułować ten wpis. Wydaje mi się, że „śmiać się czy płakać” lepiej się nadaje na podsumowanie, a wpis pt. „Moje życie to jakiś żart” na pewno się już pojawił 😀 Może „Absurd goni absurd”?

Wierzę w znaki. Wszechświat zdecydowanie próbuje mi coś powiedzieć, ale jeszcze nie udało mi się tego odczytać. Ale po kolei.

O wypadku z kolanem na siatkówce już wiecie. Dzisiaj do listy moich pierwszych razów dołożyłam badanie rezonansem magnetycznym. Najbardziej zadowolona byłam z tego, że nie musiałam dostać zastrzyku 🙂 Oczywiście przed wejściem dostałam 4 strony A4 instrukcji – najpierw opis badania, a potem pytania i pytania. Co prawda nie potrzebowałam jakiegoś specjalnego płynu (stąd ten zastrzyk niepotrzebny), nie potrzebowałam środków uspokajających, ale później żałowałam, bo w opisie było napisane, że po przyjęciu tych środków nie wolno przez 24 godziny: prowadzić samochodu, pić alkoholu i podejmować znaczących decyzji życiowych. Przepraszam, czy ja mogę taki środek zwalniający z podejmowania decyzji życiowych przyjmować codziennie? 🙂 Zgadnijcie co jest najgorsze w tym badaniu? Nic nie robienie i leżenie bez ruchu. Serio, w telewizji wygląda to super, ale jak się jest w środku, to nie do końca – napierdalają jakieś kosmiczne dźwięki, w tle jest taki techno beat, ale co chwilę dochodzą inne dźwięki z różną częstotliwością. A przez to, że nie możesz się ruszać całe ciało zaczyna … boleć. Mega to było dziwne, no bo jak to, nic nie robię i boli? Myślałam, że oszaleję, bo musiałam się każdą szarą komórką powstrzymywać, żeby się nie poruszyć. A badanie trwa od 20 do 40 minut.

Później wizyta u lekarza i ten sam pan doktor, który tym razem był spokojny i miał dla mnie czas – nikt nie wydzwaniał dziś, że emergency, bo za 30 minut na dachu szpitala ląduje helikopter z ofiarą z wypadku i trzeba biec ratować mu życie. W skrócie okazało się, że rzeczywiście wyskoczyła mi rzepka, tylko po wskoczeniu na swoje miejscu coś nie do końca jej się udało. I oderwał mi się też fragment kości. Na 90% więc w przyszłym tygodniu czeka mnie operacja, ale najpierw jeszcze konsultacja u jakiegoś specjalisty od stawów. Muszą usunąć ten fragment kości i ustawić rzepkę na swoim miejscu, bo inaczej będzie mi się ten uraz ciągle odnawiał. Ostatni miesiąc w Lipsku jest więc wielce fantastyczny 🙂 Najpierw najprawdopodobniej operacja i tygodniowy pobyt w szpitalu. Później nie wiem jeszcze jak to będzie wyglądać z wizytami kontrolnymi i rehabilitacją. Pan doktor powiedział, że chodzić normalnie będę mogła po około 8-tygodniach, a pełny powrót do formy i do uprawiania sportu zajmie mi… pół roku. W związku z tym najprawdopodobniej muszę zrezygnować z wyjazdu do Hiszpanii na początku września. Mam tylko nadzieję, że inne plany wyjazdowo-koncertowe uda się zrealizować (hmmm golden circle na AC/DC o kulach?). Czekają mnie więc nie tylko fantastyczne ostatnie tygodnie tutaj, ale w ogóle cudowne zbliżające się pół roku. Powrót do pracy, na uczelnię, na zajęcia, szukanie mieszkania, trzymajcie mnie… I w ogóle jak to tak do szpitala? Króliki mogą przebywać na oddziale? Gorąco tam nie jest? Mają wegetariańskie menu? I w ogóle, czy ja na pewno muszę?

W szpitalu była ze mną koleżanka i jak już wyszłam z gabinetu to w swoim stylu … roześmiałam się. Kiedy w moim życiu dzieją się jakieś nieprzewidziane wydarzenia, dochodzi do dziwnych zbiegów okoliczności, czy do sytuacji stresowych, zawsze tak reaguję. Albo gdy po prostu tak jak teraz – poziom absurdu przekroczył nawet moje wyobrażenia. I stan ten się utrzymuje, bo słuchajcie co było dalej…

1) Aga mówi, nie jedź tramwajem, za daleko na przystanek, jedź autobusem. Wsiadam i po pięciu przystankach co? Pan mówi „Wszyscy wysiadać, autobus popsuty.” Serio, tutaj też? 🙂

2) Poszłam do bankomatu i wychodząc widzę znajomą twarz. Ale myślę sobie, kurczę nie jestem pewna, widzieliśmy się tylko raz… Więc głowa w dół. I nagle słyszę na pół ulicy „ASIA!” – ale żebyście mieli pełny obraz sytuacji napiszę Wam to fonetycznie „EJŻIA!” 🙂 I kto to? Dla zorientowanych w temacie: Pan Czekoladka. No to poszliśmy na lody. Czekoladowe 😀

3) Opowiadam koledze z Gwadelupy, że może nie powinnam tak chodzić po mieście, bo w końcu to zwolnienie lekarskie, zajęcia miałabym normalnie o tej porze… i pewnie spotkam panią od hiszpańskiego. Mija 30 minut i kto idzie? Pani od hiszpańskiego! Ale chyba się jakoś wyplątałam… Zrobiłam najwyraźniej odpowiednio nieszczęśliwą minę 😉

4) Mija kolejne 30 minut, podchodzi do mnie jakiś facet i pyta: „A ty co sobie zrobiłaś?!” No to ja opowiadam w dwóch zdaniach, że sport to zdrowie, że siatkówka. Na co on wyraża oczywiście swoje ubolewanie i stwierdza, że no szkoda, trudno, ale to przecież nic, bo i tak nadal tak sexy wyglądam. Oczy mi się robią wielkie jak spodki kosmiczne, ale pan kontynuuje, że gdyby coś, to on chętnie, służy ramieniem, może mnie do domu odprowadzić, no przecież na pewno potrzebuję pomocy. Grzecznie podziękowałam. Pan Czekoladka pyta „Znowu nauczyciel?”, na co ja, nie, obcy facet… Zdarza się czasem 😉

5) Mija kolejne 30 minut, idziemy na przystanek tramwajowy i nagle słyszę „Hej! Hej ty!” Odwracam się w lewo, w prawo, do tyłu, nie ma nikogo oprócz nas, więc to chyba do mnie? Pytam, a w odpowiedzi „No ładnie, nie rozpoznajesz mnie?” Widzę już z daleka, że towarzystwo jak nie z Hiszpanii, to pewnie z Ameryki Południowej i z przykrością stwierdzam, że nie rozpoznaję. Na co kolega niczym niezrażony mówi „Ostatnia impreza u Was w mieszkaniu”. Z lekkim oburzeniem zasugerowałam, że kolega to miał jednak prostsze zadanie, bo latynosów u nas to było z 60, a blondynka, z Polski, na dodatek niepełnosprawna tylko jedna 😉 Kolega mówi „Jadę właśnie do was, do zobaczenia za 30 minut” 😉

6) Ucieka mi tramwaj, jadę autobusem, wchodzę do apteki, kupuję lekarstwa. Plus jest taki, że mój wypadek został zakwalifikowany jako wypadek w miejscu pracy, co w praktyce oznacza, że nie muszę płacić za lekarstwa (zaoszczędzone 120 EUR). Kupuję moje ulubione sado-maso zastrzyki z heparyny. Pan aptekarz mówi „Przyniosłem też chusteczki dezynfekujące”. Na co ja, że dziękuję, ale nie potrzebuję. Pan pyta z żywym zainteresowaniem „No to czym Pani dezynfekuje?” Na co ja z rozbrajającą szczerością: „Wódką!” Mina Pana i wszystkich innych w aptece – bezcenna 😀 W końcu jednak dałam się namówić i kupiłam te chusteczki, w cenie 0,05 EUR za sztukę, już i tak się dosyć zbłaźniłam 😉

7) Jadę kolejnym autobusem, wchodzę do supermarketu po zestaw emergency: zimna coca-cola, bo na dworze z 50 stopni, zimne piwo, truskawki i winogrona. Oczywiście nie mam w portfelu 1 EUR na wózek, oczywiście nie mam też wolnych rąk, bo przecież trzymam to wszystko i jeszcze dwie kule… Co się dzieje? Dzwoni właściciel. Pierwszy raz od kiedy tu mieszkam. 5 razy. Perfect timing, nie ma co 😀 Akurat dzisiaj i akurat ze mną musiał omówić kto się z nim spotka w sierpniu. W sierpniu!!!

8) Wchodzę do mieszkania wykończona. Ledwie żywa. Na dworze z 50 stopni. Jest 16, a ja tylko o śniadaniu o 8 rano i lodzie. Moi współlokatorzy jak zwykle pełen chill – witają mnie w samych majtkach i pytają z rozbrajającym uśmiechem „Chcesz haszyszu? Właśnie przygotowałem!” Nie, dzięki, chyba coś zjem najpierw. Albo wypiję. Otwierają się drzwi do mieszkania i wpada kolega z miasta – po dwóch godzinach. 30 minut dla nas to zdecydowanie nie to samo co dla nich 😀

9) Wchodzę do pokoju, a tu niespodzianka: Misiu ma rozwolnienie. Oszczędzę Wam szczegółów 🙂

I to by było na tyle… Jeśli o niczym nie zapomniałam. Tylko kiedy to piszę jest 18:00. Ciekawe czy coś się jeszcze wydarzy? Powiedzcie mi, jak tu podchodzić do życia poważnie? Jak tu traktować wszystko na serio? Przecież nie da się 🙂 W takich dniach jak ten nie pozostaje mi nic innego, jak napić się piwa i z opcji „śmiać się, czy płakać?” wybrać wariant pierwszy.

Welcome to my world.

PS. Znaki z niebios. Nie dokończyłam aplikacji do Hiszpanii, bo od miesiąca mają problem ze stroną internetową. Znak? Wszyscy znajomi zaplanowali odwiedziny na czerwiec. Chyba po to, żeby pomóc mi w tym nieszczęściu. Znak? Tak w ogóle, to mam najlepszych przyjaciół i najwspanialszą rodzinę na świecie. Wiecie ile dostałam dzisiaj wiadomości z pytaniem jak tam po lekarzu? Kilkanaście!! I to wielotorowo: facebook, telefony, maila, whatsapp, skype. Kochani jesteście wszyscy, uwielbiam Was, dziękuję! Jestem wzruszona! :’-) Wystarczy mi już, że odpisuję w 3 językach, dlatego ten post jest dla jeszcze niezorientowanych, ale mimo to zainteresowanych polskojęzycznych 🙂

PS.2 Nie pytajcie co to teraz będzie. Na razie się nie zastanawiam. Znowu się przekonałam, że planować nie warto 🙂 Powrót będzie dla mnie jak porażka, ale czasem trzeba zrobić krok w tył, by później pójść trzy kroki naprzód. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Plan na dziś

11720038_1084280984933429_205584700_n

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s