Rozmyślania

BFF

Opowiem Wam dzisiaj historię o pewnej przygodzie, jednej z najpiękniejszych w moim życiu, która rozpoczęła się parę lat temu i trwa do dziś. Bogu dzięki, nic nie zapowiada się na to, by się kiedyś skończyła.

W październiku 2007 roku przeprowadziłam się do Poznania i rozpoczęłam studia. Mimo wszystko taki trochę trudny to czas, bo w głowie jeszcze tlą się licealne wspomnienia i wyniki matur, ale niestety okres ochronny się kończy i trzeba dorosnąć w przyspieszonym czasie. Wybrać – choćby na pozór – swoją przyszłą drogę.  U nas na lingwistyce też łatwo nie było. Chyba od razu pierwszego dnia zakolegowałam się z Emilią (buziaki :*), ale nawiązywanie innych kontaktów szło trudniej, chociaż w sumie nie mam z tym większego problemu. Od początku postanowiłam sobie, że w nic angażować się nie będę, żadne starostwa grupy i tego typu sprawy, dlatego jak ognia unikałam naszej świeżo wybranej starościny grupy, która już w pierwszym tygodniu zaczęła wszystko ogarniać. Nie, żeby jakoś bardzo działała mi na nerwy, ale wolałam unikać ludzi, których wszędzie jest pełno, których wszyscy znają i którzy znają wszystkich. Ale pewnego dnia starościna nie pozostawiła mi wyboru i perfidnie, ignorując brak zainteresowania z naszej strony, dosiadła się do mnie i do Emilii. No i cóż, tą starościną jak łatwo się domyślić okazała się Ania, a tamten piątek początkiem pięknej, choć trudnej, wieloletniej przyjaźni. Ta historia wygląda trochę inaczej z Ani punktu widzenia – zawsze żartuje, że nas „wybrała” 😉

Jeśli macie prawdziwych, PRAWDZIWYCH przyjaciół, to wiecie pewnie, co mam na myśli pisząc „pięknie, choć trudno”. Żeby naprawdę się z kimś zaprzyjaźnić, trzeba zjeść razem beczkę soli. My też wiele przeszłyśmy – bywało ciężko jak spędzałyśmy ze sobą czasami za wiele czasu, jak byłyśmy razem na Erasmusie, nawet w tym roku miałyśmy lekki kryzys. Ale przez te prawie 8 lat nigdy się chyba nawet nie pokłóciłyśmy. Nigdy nie było tak, żebyśmy na siebie nakrzyczały, obrażały, nawrzucały i rozeszły w gniewie. Zawsze w ciężkich momentach szczerze potrafiłyśmy wyłożyć przysłowiową kawę na ławę, przemyśleć w spokoju i samotności, a później na spokojnie przegadać. I wszystko wracało do normy, bez żadnych kwasów, bez otwartych ran, bez dziur w sercu. To jest wartość tej przyjaźni, którą chyba cenię najbardziej.

Ja przez całe życie ciągle miałam „przyjaciółki” i ciągle cierpiałam z tego powodu. Całe życie miałam wieczną potrzebę szukania akceptacji u innych, dopasowywania się do wszystkich, marzenia o zbudowania własnej paczki przyjaciół, chciałam po prostu dać się lubić. Wszystkim. I wiecie co? To nie zadziałało. To nigdy nie działało. Oczywiście, ja też swoje za uszami mam, potrafię być wredna, zazdrosna i zołzowata jak mało kto. Ale podchodziłam do wszystkich z sercem na dłoni, naiwnie wierząc, że tym razem znalazłam kogoś na śmierć i życie i… zawsze kończyło się tak samo. Najpierw wylewałam hektolitry łez w ramiona mamy, później przelewałam smutki na papier, a potem szukałam pocieszenia u mojego ówczesnego chłopaka. Aż zrozumiałam, że prawdziwa przyjaźń nie istnieje, jest tylko w książkach i w filmach, zaakceptowałam ten fakt i na wiele lat wymazałam to słowo ze swojego słownika…

I dopiero po latach Ania uświadomiła mi świadomie i podświadomie, że jest inaczej, że nie mam racji, że tkwiłam w błędzie. Z perspektywy czasu widzę, że pracowała nade mną konsekwentnie parę lat. Że wcale nie byłam tak otwarta, jak mi się wydawało. Że też potrzebowałam czasu, by opowiedzieć komuś o sobie wszystko. Ale wiecie co? Jej się zawsze chciało słuchać. Nigdy nie zabrakło jej sił i energii, by wysłuchiwać moich wielogodzinnych rozkmin życiowych i analiz rzeczywistości głównie na ten sam temat.  Była zawsze przy mnie wtedy, gdy tego potrzebowałam i wtedy, gdy twierdziłam, że wcale tego nie potrzebuję. Jak było dobrze i jak było beznadziejnie. Kiedy na studiach bywało lepiej i gorzej, ona była przy mnie – aż wypracowałyśmy taką formę współpracy, że studia do końca minęły bezboleśnie. Kiedy przeżywałam najpiękniejsze momenty swoje życia, jak np. zaręczyny, była pierwszą osobą na świecie, która się o tym dowiedziała. I kiedy wydarzył się najgorszy czas w moim życiu, to Ania mnie przygarnęła – za pierwszym razem miałam u niej w mieszkaniu i piżamę, i laczki i szczoteczkę do zębów, bo praktycznie tam mieszkałam. Za drugim razem wypowiedziała za mnie umowę o mieszkanie, znalazła nowy pokój i współlokatorów, dorobiła klucz do swojego mieszkania, pomogła z przeprowadzką i co tu dużo mówić – dźwignęła mnie na nogi. Kiedy ostatnio przeżywałam znowu swoje wzloty i upadki to Ania wpadła do mnie z misją ratunkową: lodami czekoladowymi, ciastkami czekoladowymi i bitą śmietaną. Bo ja byłam w takim stanie emocjonalnym, że miałam chyba tylko wino w lodówce. Kiedy skręciłam kostkę, wpadała w odwiedziny w co drugi dzień zawsze pytając czego potrzebuję. A kiedy rozjebałam sobie kolano od razu zapytała, czy wysłać mi wódkę pocztą. Kiedy miałam problemy z pracą tłukła mi tygodniami do głowy, że tak się nie da – aż w końcu zrozumiałam i się uwolniłam, zresztą nie tylko od pracy. Kiedy potrzebowałam pomocy w knajpie, żeby się uwolnić od jakiegoś natręta, zawsze była w gotowości. I kiedy brakło mi odwagi, by do kogoś zagadać też – jest mistrzynią w gmatwaniu rzeczywistości, w tym pozytywnym sensie, zawsze tak zakręci, że dowie się tego, czego chce. Kiedy potrzebowałam kogoś, by za mnie nakłamał, ona też mi pomogła, niejednokrotnie przez telefon, podrabiając mój głos. Po prostu była przy mnie zawsze, zawsze w gotowości, zawsze do dyspozycji, zawsze skuteczna, zawsze wiedziała, czego potrzebuję. Żebyście nie myśleli, że jest chodzącym aniołem po ziemi – wczoraj kiedy widziałam w sklepie t-shirt „bad to the bones” jakoś najpierw pomyślałam o niej 😉 – bo przecież też potrafi mnie zdrowo zjebać, że przesadzam, że za dużo analizuję, że coś robię źle. No i zawsze ma rację- z każdym pytaniem, wątpliwością, rozterką, szukając odpowiedzi, zawsze w ciemno do niej, chyba nigdy się nie myli.

Teraz po 8 latach już nie boję się na głos powiedzieć, wreszcie nie boję się przyznać przed samą sobą, że mam przyjaciół. Nie miałabym, gdyby nie Ania. Ona jest i zawsze już będzie number one. BFF. Till the end of time. Życzyłabym sobie być dla niej chociaż w 50% tak dobrą przyjaciółką, jak ona jest dla mnie. I w dupie mam, jeśli dla was jesteśmy siostrami, bliźniaczkami, lesbijkami, że jesteśmy takie same. Jeśli nie umiecie nas rozróżnić, to zgodnie z kubańską filozofią – czy to nasz problem? Ja wiem, że to co nas łączy, wypracowuje się latami. Nie zdarza się każdemu, nie zdarza się wiele razy w życiu. Sama przekonałam się, że miłość przychodzi i odchodzi, ale rodzina i przyjaciele zostają przy tobie na zawsze. Doceniajacie swoich bliskich i nie bójcie się mówić im miłych rzeczy. Żal mi tych ludzi, którzy nie mają przy sobie przyjaciół, dlatego każdemu z Was życzę takiego przyjaciela/przyjaciółki na zawsze. Która będzie przy tobie wbrew wszystkiemu i wszystkim, nawet jeśli cały świat będzie przeciwko tobie. Która zadzwoni i zapyta w momencie twojego kryzysu „brać urlop i przyjeżdżać?”. Do której ty możesz zadzwonić o każdej porze dnia i nocy, z każdym problemem. Która wie o tobie więcej i zna cię lepiej niż ty sama. Takiej, o której myślisz kiedy wyobrażasz sobie całe swoje życie: wieczory panieńskie, imprezy, śluby, wakacje, pogrzeby i wyciąganie z aresztu za kaucją 😉

Wiecie jak mam Anię zapisaną w telefonie? Ania Pomimo. Bo kiedyś powiedziała, że nie kocha mnie za to moje nieogarnięcie życiowe i wrodzony chaos, tylko pomimo tego. Ale chyba powinnam to zmienić na ICE Ania Pomimo – In Case of Emergency. Co prawda tata już też jest wpisany pod ICE, ale gdy świat mi się wali na głowę, to Ania jeśli nie jest pierwszą osobą, do której uderzam jak w ciemno, to drugą po rodzinie.

604172_10206209059136469_718418241483259207_n

Ania łapie się za głowę, a to jej się często zdarza 😉

ANIU!!!

Nie potrafię może przygotować pięknej urodzinowej kartki z śmieszną grafiką. Nie potrafię wyszukać zdjęć gwiazd rocka i dodać zabawnych komentarzy. Nie umiem wszystkiego pięknie ująć w słowa. Ale to czego chcę Ci dzisiaj życzyć, płynie prosto z mojego poklejonego serducha.

Życzę Ci, żebyś spotkała wreszcie kogoś, kto na Ciebie zasługuje. Przy kim będziesz czuła się bezpiecznie, przy kim nie będziesz musiała uważać na to, co mówisz i udawać, że jesteś głupsza niż w rzeczywistości. Kogoś, komu będzie się chciało, kto będzie miał jaja, by ponosić odpowiedzialność za swoje czyny i będzie miał odwagę podejmować decyzje.

Życzę Ci, żebyś znalazła wreszcie swoje cztery kąty. Na razie tymczasowe, a potem stałe, żebyś miała trochę spokoju i wygody i nie musiała mieszkać w hotelach i na lotniskach 😉

Życzę Ci dalszych sukcesów w pracy, żebyś dalej się rozwijała i miała satysfakcję z tego co robisz, bo jesteś w tym świetna i wszyscy to wiedzą! Prawie najmłodsza menago w historii 😉

Życzę Ci, spokojnej głowy w życiu rodzinnym i towarzyskim, żeby otaczali Ciebie tylko tacy ludzie, którzy coś do Twojego życia wnoszą. Żebyś mogła na nich zawsze polegać i nie musiała za wszystkich myśleć 😉

Życzę Ci, wiary we własne siły, wcale nie mierzenia siły na zamiary, tylko wiary w najbardziej absurdalne i niemożliwe do zrealizowania pomysły. Mam nadzieję, że plan Łorsoł jeszcze kiedyś dojdzie do skutku, sprawdzisz się w swojej roli jak zawsze rewelacyjnie i załatwisz mi to spotkanie z Roguckim, które obiecałaś 😉

Życzę Ci akceptacji swoich słabości, kompleksów i wad – wiadomo, że cierpi na to każdy z nas, ale po co? Życzę Ci świadomości tego, że to wszystko jest nieważne i niepotrzebne, ważne jakimi ludźmi jesteśmy w środku. A jeśli coś wewnętrznie Ci przeszkadza, życzę Ci siły, cierpliwości i wytrwałości do tego, by to zmienić.

Życzę Tobie radości z każdego dnia i codziennych drobnostek, które poprawiają humor: wybierania krótszych kolejek w supermarkecie, nastawiania budzika na parę minut dłużej, słońca na twarzy kiedy wychodzisz i wracasz do domu, podwójnej ilości parmezanu na wszystkim co zamawiasz do jedzenia, ulubionej piosenki w radiu w tramwaju albo w sklepie, maila od dawno niewidzianej osoby, planów na każdy sobotni wieczór.

A prawie na koniec życzę sobie, żebyś zawsze była.

I na koniec życzę Ci… hektolitrów alkoholu, party hard dużej dawki testosteronu, co obiecuję  spełnić, jak tylko wrócę. Choćby z jedną nogą!

Dedycja muzyczna: https://www.youtube.com/watch?v=gJLIiF15wjQ

Chyba pierwszy raz w życiu przeczytałam tekst 😀

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s