Rozmyślania

Projekt Trzydziestka – czyli jak do tego doszło, że to wymyśliłam i w ogóle po co?

Wiecie co? Nie jest dobrze. Fatalny dzień, kumulacja samych złych i smutnych wiadomości. Przełożenie operacji, poustalane terminy, samotność i stres, że nie zdążę/ nie wyrobię się/ nie dam rady nie pomagają. Zakupy, czekolada i wino też nie.

Mówi się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Że co się stało, to się nie odstanie. Że nie płacze się nad rozlanym mlekiem. Wniosek: mam zaakceptować rzeczywistość i przestać się dołować. I staram się, kurde bardzo się staram, ale czuję się samotna, sfrustrowana i rozgoryczona. Bo ostatni miesiąc oprócz weekendowych migawek naprawdę był beznadziejny. Bo kolejne, już trzecie wakacje z rzędu, będą nieudane. Bo jakby tak podrążyć temat, zagłębić się nieco, to … ostatnie dwa lata też nie były fantastyczne.

Ostatnie tygodnie upływają mi na nic nie robieniu, godzinach spędzanych codziennie na skype/facebooku/whatsappie/mailu i komunikowaniu się z rodziną/przyjaciółmi/znajomymi. Tygodnie przeplatane są chwilami radości, kiedy wychodzę z domu i atakami paniki, kiedy za dużo rozmyślam i przeraża mnie wszystko to, czego jeszcze nie zrobiłam, ale przede wszystkim to, czego już nigdy nie zdążę, bo słowo „koniec” wwierca mi się w mózg wszystkimi kanałami, a potem nade mną wisi jak topór kata. A może to nie koniec, a skończoność? Jest takie słowo w ogóle?

Więc czym się zajmuję? Sprzątam kuchnię. Uczę się nazw wszystkich krajów na świecie po angielsku – właściwie to już się nauczyłam, teraz uczę się ich lokalizowania na mapie. Potem chcę się nauczyć nazw i lokalizacji wszystkich stanów, potem pewnie stolic świata, a potem nie wiem. Oprócz tego jak idę na zakupy, a ostatnio się to wydarzyło dwukrotnie i to nie był supermarket (!) to sprzątam w przymierzalniach. Poza tym powtarzam słówka z hiszpańskiego w aplikacji. Śpiewam. Uczę się tekstów piosenek na pamięć. Oglądam filmy – nadrabiam kilkuletnie odległości i oglądam absolutnie wszystko – od durnowatych, nielogicznych komedii, przez filmy, które wypada znać, ale w sumie nie wiadomo dlaczego, aż po dramaty, które dołują mnie jeszcze bardziej. No i klasykę oglądam też.  Słucham muzyki trochę. Dziś na przykład w Lidlu włączyła mi się stara punkowa piosenka i znowu przeżyłam iluminację – teoria plusów i minusów w matematyce zawiera odpowiedzi na temat udanego związkowego życia. Nawet to rozpisałam, tylko nie pamiętam komu wysłałam. Śpię po południu i noc zlewa mi się z dniem, a dzień z nocą. Poza tym nie odpisuję na wiadomości wszystkim i nie czytam maili, bo mi się nie chce. I nie piszę. I w ogóle nie czytam za bardzo, bo mi się odechciało. Za to doszukuję się znaków we wszystkim co robię i wymyślam nowe teorie, a raczej naginam rzeczywistość tak, żeby pasowała mi do tych teorii – w końcu wszystko da się wytłumaczyć na wszystkie sposoby.

I w całej tej beznadziei… doznałam kolejnej iluminacji. Może czuję się tak źle jak się czuję, bo nie mam pojęcia do czego zmierza moje życie. Mam ten syndrom życia w biegu, potrzeby ciągłych zmian, mobilności, bez żadnego stałego punktu w moim życiu – oprócz ludzi. A to życie niestety kruche, bo ludzie odchodzą, a ja sobie z tym nie radzę. Kompletnie sobie z tym nie radzę, jestem beznadziejna w rozstaniach, pożegnaniach i w ogóle wszelakich końcach. Ale nie będę już pisać o tym – jak doszło do tego, że to wymyśliłam – tylko, że to wymyśliłam. Stwierdziłam, że skoro na razie moje życie wygląda tak jak wygląda i ani praca, ani mieszkanie, ani nawet miasto czy kraj, ani partner nie są stałymi punktami w moim życiu, to… wychodzi na to, że jedynym względnie stałym/stabilnym punktem jestem na razie ja (jeśli wybudzę się z narkozy hehe ;)). Nie wiem czy teraz nagle mam potrzebę stabilizacji? Czy wyznaczenia jakiegokolwiek celu w życiu i dążenia do niego? Czy może po prostu chciałabym wreszcie odpowiedzieć sobie na pytanie Quo vadis? Ale czemu mam wrażenie, że nigdy nie znajdę odpowiedzi…?

No to żeby się pokrzepić i nieco pozytywniej spojrzeć na świat wymyśliłam, że do ukończenia 30 mam jeszcze 3 lata i do tego czasu wyznaczę sobie 30 celów. Dużą radość daje mi jednak wykonywanie zadań, których efekty są (nawet wcale nie tak szybko) zauważalne. Bo takie pisanie np. to piszesz i piszesz i końca nie widać, a w momencie zbierania źródeł i czytania, to już w ogóle jakiś dramat. Godziny mijają, a na papierze nie pojawia się ani jedno zdanie. A jak posprzątasz kuchnię, to od razu masz efekt. Albo jak skończysz studia. I jakoś te efekty dają mi siłę, nawet jeśli bywają drobne, to cieszę się, że coś ukończyłam, że chociaż na chwilę jestem usatysfakcjonowana.

Skąd wezmę te swoje 30 celów? Nic prostszego, z mojego listy „Before I die…” Niektóre będą bardzo proste, ale i tak dla mnie ważne, a niektóre z kolei będą bardzo trudne, a ich realizacja będzie wymagała dni, jeśli nie tygodni.

Dlaczego 30? Bo to piękna okrągła liczba, a poza tym nie mogę od razu zrealizować wszystkich swoich celów, bo przecież musiałabym już umierać, bez sensu. To mniej więcej 1/3 mojej listy na dzień 15.07.15. Wybiorę więc takich 30, które mi się podobają dzisiaj i pewnie nie każdy z nich będzie miał fantastyczne uzasadnienie. Ale to moje cele i marzenia, więc nie muszą mieć uzasadnienia, a wy nie musicie ich rozumieć.

Dlaczego piszę o tym tutaj? Bo ta lista tkwi na moim pulpicie i owszem raz na jakiś czas coś tam odhaczam, ale chcę bardziej, więcej, częściej, intensywniej. A jak o tym napiszę na blogu, to łudzę się, że będę miała większą motywację. Poświęcę nawet temu osobną zakładkę – okazało się, że umiem to zrobić.

Dlaczego nie jest to lista wyłącznie marzeń? Cóż, niektóre cele na tej mojej liście dają się wytłumaczyć tylko potrzebą pracy nad sobą i przełamywaniem swoich barier i ograniczeń. Przecież nie może być łatwo, pięknie i kolorowo. Najtrudniejsza w życiu jest praca nad samym sobą i ja z tym walczę. Trzeba ruszyć dupę.

Dlaczego na tej liście nie ma żadnych określonych marzeń podróżniczych? Bo swoje największe marzenie już spełniłam, a wybrać nie umiem. Nie potrafię i nie chcę się ograniczać. Wiecie jak to jest z podróżami – czasem życie kieruje nas w takie miejsca, o których nigdy byśmy nie pomyśleli. A z drugiej strony tam gdzie powinniśmy jechać, żeby np. odwiedzić znajomych, to jakoś się nie składa. Poza tym chciałabym wrócić też wszędzie tam gdzie już byłam. Wniosek: musiałabym wypisać wszystko, więc to na starcie bez sensu. Podobnie zresztą jest z koncertami – wszystkie największe marzenia już spełniłam, choć oczywiście tylko w ramach możliwości. Nigdy nie wiadomo co mi jeszcze wpadnie do głowy i na jaki festiwal się wybiorę, dlatego nie jestem w stanie teraz tego dookreślić, zbyt dużo zależy od line-upu, a te przecież nie są przygotowywane na 3 lata naprzód 😉

Kolejność spisania 30 pomysłów przypadkowa. Kolejność realizacji też będzie przypadkowa.

PS. Oczywiście cała lista „Before I die…” jest tak sformułowana, że nie ma szansy jej zrealizować 😉 Ale to chyba jej cel?!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s