Muzyka · Rozmyślania

Dziesięć rzeczy, których nie wolno robić na koncertach.

Żyję dla muzyki. Ubolewam nad tym, że nie potrafię ani śpiewać, ani grać na żadnym instrumencie, ani nie mam słuchu muzycznego, ani nie jestem krytykiem muzycznym. Ba, nawet za bardzo się na muzyce nie znam. Dla mnie wyznacznikiem są emocje.

Dlaczego muzyka jest dla mnie taka ważna? Bo ma stałe miejsce w moim życiu od kiedy pamiętam. Gusta się co prawda mniej lub bardziej zmieniają, ale muzyka towarzyszy mi od dziecka. Bo mam wrażenie, że w dźwiękach i tekstach odnajduję samą siebie, spotykam ludzi, którzy czują i myślą to samo co ja. Bo najpiękniejsze chwile w moim życiu mają określony podkład muzyczny. Bo za dźwiękiem idzie wspomnienie – wystarczy, że usłyszę dawno niesłyszaną piosenkę, a okazuje się, że po latach nadal pamiętam tekst, a za dźwiękiem czasem idzie nawet smak czy zapach. No i przede wszystkim muzyka jest receptą na wszystko: na szczęścia i smutki, na dobre i złe chwile, można w niej odnaleźć wszystkie nastroje i wszystkie odcienie życia.

Publicznie nie śpiewam. Dzisiaj co prawda śniło mi się, że występowałam w eliminacjach do Eurowizji (!), ale na szczęście można było śpiewać z playbacku 😉 Dlaczego więc żyję dla muzyki? Bo kocham koncerty. Biletowane czy niebiletowane, na wielkich stadionach, we wsiach na plenerach, lekko undergroundowe koncerty w dusznych salach nieznanych mi zespołów  i wielkie gwiazdy na drogich festiwalach = wszystko biorę w ciemno. Muzyka dostarcza mi chyba największych emocji. Chociaż ze sportem jest podobnie. Ania mi kiedyś powiedziała, że chyba niczym nie można mną tak zmanipulować jak muzyką. Owszem, łzy w oczach, gęsia skórka, drgawki, łamiący się głos nie są mi obce. Na koncertach jak radość mnie rozpiera ściskam z podniecenia wszystkich dookoła. W młodości szalałam w pogo, siniaki, zadrapania i rozcięte wargi były na porządku dziennym. Dziś już tak nie szaleję, nie wychodzę też pierwsza na parkiet na imprezach, ale potrafię i pójść na koncert sama i nie pić alkoholu i też świetnie się bawić. Zawsze w tłumie, nigdy na trybunach, gdyż kojarzą mi się z festynową atmosferą, ograniczeniami fizycznymi spowodowanymi wiekiem i … nudą.

Lubię być blisko muzyków. Mam jakieś takie najwyraźniej nigdy nie spełnione ambicje życiowe, bo imponują mi ludzie, którzy coś tworzą, a gdy ma to jakąś jakość, to imponują mi bardzo. Pewnie dlatego też marzę o własnym rockmanie 😉 Mam trochę znajomych, którzy grają we własnych zespołach i zawsze gorąco im kibicuję. Żeby daleko nie szukać – ostatnie kilka miesięcy mieszkałam z Kolumbijczykiem i Dominikańczykiem, którzy w swoim zespole grają na gitarach, a grają szeroko pojętą muzykę latynoamerykańską z domieszką rocka. No bajka. Wracasz do domu, wszędzie gitary, wzmacniacze, czasem coś tam sobie brzdąkają, ciągle podśpiewują, w odwiedziny wpadają interesujący znajomi i robią sobie małe jam session (chociaż tam w Niemczech mówią na to „chillen”) – ale niestety nie udało mi się ani dotrzeć na próbę, ani na oficjalny koncert. Poza tym udało mi się już spotkać w życiu paru moich muzycznych idoli i zawsze kończyło się tak samo – albo taki strach mnie opanowywał, że nie byłam w stanie się odezwać, albo wypełniał mnie nadmiar energii i ze stresu wyznawałam wszystkim miłość. By wspomnieć tylko tegoroczne spotkania: Krzysztof Grabowski, Andrzej Nowak, Marek Piekarczyk.

W zeszłym tygodniu, tydzień po operacji, poniosła mnie ułańska fantazja i zdecydowałam, że mimo wszystkich przeciwności jadę na koncerty, na które bilety zakupiłam już dawno temu: Roberta Planta, mojego guru i absolutnej miłości oraz AC/DC rockmenów, których każdy powinien zobaczyć na żywo przynajmniej raz w życiu (o tym na pewno jeszcze napiszę). I dostałam pełno wiadomości „ty jesteś nie do zajechania”, „jesteś niemożliwa”, „ty nigdy nie odpuszczasz”. Na koncertach obcy ludzie mnie zatrzymywali i pytali co się stało, gratulowali siły i odwagi, doceniali poświęcenie i życzyli wejścia na scenę. A ja tylko odpowiadałam: „A co miałam zrobić? Odpuścić?!” Jak to w ogóle brzmi. Po prawie pół roku posuchy kulturalno-towarzyskiej nie mogłam do tego dopuścić, nie wybaczyłabym sobie. Kto by pomyślał, że już parę dni później będę musiała skapitulować i nie pojadę na swój ukochany Woodstock, którego potrzebuję jak powietrza, na którym ładuję akumulatory i zbieram pozytywy na cały rok, który jest stałym punktem w moim wakacyjnym kalendarium od 2005 roku i nie wyobrażam sobie bez niego wakacji. A tymczasem 21 Woodstock spędzę w domu, co najwyżej racząc się niepełną transmisją online, skomląc i płacząc w mojej rockowej duszy.

U mnie koncertom zawsze towarzyszą przemyślenia. Nie potrafię się rzucić bezmyślnie w wir zabawy i bezrefleksyjnie wyciskać z siebie siódme poty szalejąc w tańcu. Ja ciągle obserwuję i analizuję. Wszystko i wszystkich. Oczywiście też się bawię, ale na ostatnich dwóch koncertach w zeszłym tygodniu bawić się nie mogłam – z powodu mojej nogi i ortezy – za to analizować mogłam podwójnie. I stąd pomysł na ten post, chociaż jak zwykle aż nadto się rozpisałam…

Dziesięć rzeczy, których nie wolno robić na koncertach:

1. Upijać się do nieprzytomności – serio, nie rozumiem tego. Jak można zapłacić za bilet 350 zł, marzyć pół życia o zobaczeniu danego artysty na żywo, czekać miesiącami aż nadejdzie dzień koncertu, przygotowywać się czasami tygodniami, a później… upić się tak, że z koncertu nic się nie pamięta.

2. Kupować najtańszych biletów ze względów oszczędnościowych – odpowiedni sektor to kwestia, którą trzeba mocno przemyśleć. Jeśli denerwuje Ciebie ścisk i tłum skaczących, spoconych ludzi, naruszających twoją przestrzeń osobistą, jeśli przeszkadza ci fakt, że mało co widzisz – nie kupuj biletów na płytę (które często należą do najtańszych). Kup sobie bilet na trybunę i nie denerwuj ani siebie, ani ludzi dookoła. I odwrotnie: jeżeli przeszkadza Ci piknikowa atmosfera na trybunach, poszalej na płycie.

3. Denerwować się, że inni ludzie się dobrze bawią (albo że nie bawią się wcale) – to ich wybór i mają do tego prawo, a ty skup się na sobie, zamiast oceniać wszystkich innych dookoła. Jeśli przeszkadza Ci, że jest za głośno, że ludzie za bardzo pogują, że inni wcale się nie bawią, może lepiej zostań w domu i zrób sobie prywatny koncert z dvd? Wtedy zgodnie z upodobaniem albo będziesz mógł szaleć, albo zanudzać i nikt Ci nie będzie przeszkadzał.

4. Narzekać – zasada na całe życie. Po ostatnim koncercie AC/DC przeczytałam tylko kilka pozytywnych komentarzy, za to całą setkę negatywów. Że nagłośnienie nie takie. Że stadion do dupy. Że kolejki. Że ludzie na trybunach się nie bawią. Że ludzie na płycie się bawią za bardzo i nie można w spokoju słuchać muzyki. Że Inner Barrier nie nazywa się Golden Circle i że jest za duży. I w ogóle oddajcie mi moje pieniądze. Po co się chodzi na koncerty? Żeby narzekać?

5. Robić sobie tysiąca selfie i nagrywać miliona filmików – uwielbiam ludzi, którzy zamiast cieszyć się chwilą i przeżywać to, co się właśnie dzieje na scenie, wgapiają się w swoje telefony. Spróbuj tylko broń Boże ich dotknąć! Przecież obraz się poruszy i filmik będzie do dupy. Uwaga, teraz prawda, która może przyprawić Ciebie o szok! Twój filmik i tak będzie do dupy i nikt nie będzie chciał go oglądać. Nawet jeśli masz złotego Iphone’a w najdroższej wersji, to i tak jakość będzie beznadziejna. Nie da się takim sprzętem nakręcić nic porządnego, a profesjonalnego sprzętu nie wolno ze sobą zabierać na większość koncertów. Po co ci krzyki i śpiewy ludzi, po co Ci niewyraźny głos wokalisty i dźwięki dobiegające z głośników, wreszcie po co Ci poruszony obraz? I tak nikt nie będzie tego chciał oglądać, pewnie nawet ty sam. A czy na koncert przyszedłeś, żeby się wgapiać w telefon? Stanowczo za wiele pięknych, życiowych momentów przegapiamy wpatrując się w elektroniczne ekrany. I nigdy nie rozmawiaj przez telefon – a najlepiej zostaw telefon w domu, przynajmniej ani się nie zniszczy, ani nie zgubi.

6. Nie szanować artysty – jeśli już zakupiłeś bilet i pofatygowałeś się na dany koncert, szanuj artystę, który przed tobą występuje. Totalnie nie rozumiem ludzi, którzy potrafią kogoś wygwizdać tylko dlatego, że największy hit nie został zagrany i zaśpiewany. Albo bo nie spodobał się jakiś komentarz wykonawcy. Artyście należy się szacunek. Jeśli Ciebie na to nie stać, zostań w domu.

7. Wychodzić przed końcem – jak można stać kilkadziesiąt minut albo parę godzin w kolejce po to, żeby zająć jak najlepsze miejsce, a od razu po koncercie udać się do wyjścia, żeby szybciej zabrać kurtkę z szatni albo wyjechać autem z parkingu? Kolejki są wpisane we wszystkie wielkie wydarzenia. Dla mnie wychodzenie w trakcie każdego wydarzenia kulturalnego to wyraz braku szacunku. Oczywiście są wyjątki, ale jeśli musisz – staraj się zrobić to po cichu, po angielsku i w odpowiednim momencie. Samej zdarzyło mi się tylko raz wyjść przed czasem z koncertu, bo nie wytrzymałam poziomu – nawet nie pytaj. I jeszcze jedna zaskakująca prawda: po czym poznać, że koncert się skończył? Po zapalonym świetle. Jeśli więc artysta wychodzi na bis, zostań do końca i podziękuj mu za piękne widowisko. Obecnie chyba wszyscy grają chociaż jeden kawałek na bis i ja to absolutnie uwielbiam, tak samo jak koncertową konferansjerkę – zostań do końca. Póki nie zapalą się światła, artysta będzie wychodził na scenę. Może nawet na drugi i trzeci bis.

8. Krzyczeć beznadziejnych haseł – nie cierpię tego, dla mnie znów wiążę się to z szacunkiem. A raczej jego brakiem. Ci co mnie znają wiedzą, że do wielu spraw podchodzę z dystansem, a i przeklnąć lubię. Ale nie rozumiem, jak można wykrzykiwać hasła typu „Napierdalać!!” albo „(wstaw nazwę zespołu) grać, kurwa mać!” itp. I już totalnie nie rozumiem jak można wykrzyczeć coś, co obraża artystę. Wcale się nie dziwię, że co niektórzy przerywają wówczas koncert i bez słowa schodzą ze sceny. Pewnie zrobiłabym podobnie. Artyści czują więcej i mocniej, nic dziwnego, że reagują pod wpływem emocji.

9. Wnosić ze sobą niepotrzebnych rzeczy – ludzie potrafią ze sobą zabrać dosłownie wszystko. Od termosów z herbatą i śmierdzących kanapek z mięsem i jajkiem, przez tony sprzętu elektronicznego, po wszystkie udogodnienia typu małe krzesełka na ryby. Serio?! Czy koncert ma być piknikiem i wiejskim festynem, czy wydarzeniem kulturalnym? Wszystko w granicach zdrowego rozsądku. To samo dotyczy też stroju. Wiadomo, że do opery czy filharmonii należy ubrać się w odpowiedni sposób. Koncerty rockowe oczywiście nie mają żadnego oficjalnego dress code’u – wszelka dowolność mile widziana, ostatnio widziałyśmy Pana w klapkach, hawajskich spodenkach w palmy i koszuli w kratkę. Czy jakoś tak. W niektórych miejscach – jak np. na Woodstocku – im ciekawiej, kolorowiej, bardziej ekstrawagancko – tym lepiej. Dla mnie wygląd nie gra większej roli, ale kupowania koszulek z nazwami zespołów na koncertach i przebierania się w nie pod sceną nie rozumiem. Może dlatego, że swoje gusta muzyczne przestałam manifestować gdzieś we wczesnych klasach liceum. Ale przebierania się na koncerty nie rozumiem. Tutaj bliżej mi do filozofii Andrzeja Nowaka, który mówi, że brzydzi się udawaniem i prawdziwy rockman jest rockmanem zawsze, nie tylko na scenie. Dla mnie to dotyczy też fanów – wariacje-stylizacje typu różowe rogi i różowe shorty do połowy pośladków, a do tego buty na obcasie jakoś do mnie nie trafiają 😉

10. Nie szanować ludzi dookoła Ciebie i psuć im zabawy – jeśli rozpuszczasz włosy i namiętnie uprawiasz headbanging zwróć uwagę na ludzi stojących za tobą. Jeśli kochasz stage diving i crowd surfing rób to tam, gdzie wolno – jeśli widzisz przed sobą tłum wychudzonych gimnazjalistek nawet nie próbuj. Jeśli jesteś wielkim, spoconym facetem i zdejmujesz koszulkę nie ocieraj się proszę swoim śmierdzącym i mokrym ciałem o innych ludzi – uwierz, że innym też jest gorąco. Nie śpiewaj za głośno, zagłuszając artystę i to jeszcze beznadziejnym angielskim i wymyślonymi słowami. Jeśli lubisz napierdalać w pogo udaj się do pierwszych rzędów – nie rób rozpierduchy z jednym z kolegów nie bacząc na wszystkich dookoła.

A na koniec i na pocieszenie: nie mam wielkiego doświadczenia w uczestniczeniu w zagranicznych koncertach. Ale głęboko wierzę, że polska publiczność jest wyjątkowa. Potrafimy być entuzjastyczni, spontaniczni, specjalnie przygotowywać się na koncert artysty organizując różne spektakularne akcje. Chętnie podchwytujemy wszelkie zabawy typu meksykańska fala, dzielenie się na strony i robienie wall of death, naśladowanie wokalisty i podśpiewywanie „eo, eo” i „io, io”, przekrzykiwanie się wzajemne mężczyzn i kobiet, rytmiczne klaskanie i machanie rękami. Nie wiem czy to wynika z jakiejś naszej cechy narodowej typu otwartość czy spontaniczność (btw. nie wiem czy istnieje w ogóle coś takie jak cecha narodowa), czy może z tego, że tak wiele lat żyliśmy za żelazną kurtyną i tyle wydarzeń kulturalnych nas ominęło, że jesteśmy stęsknieni dobrej muzyki i tłumnie ruszamy na koncerty. Ale jestem przekonana, że to właśnie nasze zachowanie sprawia, że muzycy lubią do nas wracać. Bo atmosfera potrafi być rewelacyjna. Mój ukochany Woodstock to najlepszy przykład tego, jak można stworzyć fantastyczną koncertową atmosferę, w gronie przypadkowych ludzi, bez festynowego klimatu, z szacunkiem dla często nieznanych artystów. Nie do opisania.

PS. Ostatnio przy okazji porządków znalazłam dziesiątki biletów koncertowych. A ostatnio przed tym ostatnio trafiłam na bloga chłopaka, który notuje wszystkie swoje wyjścia koncertowe. Owszem, może i to trochę creepy, ale bardzo mi zaimponowało. Dlatego od teraz tworzę zakładkę koncerty, którą będę systematycznie uzupełniać – nie łudzę się, że spiszę chociaż połowę zespołów, na których byłam, dat i miejsc nie pamiętam już w ogóle. Ale to chyba ostatni moment na to, by wszystkiego nie zapomnieć do końca.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s