Rozmyślania

To nie takie proste, ta cała miłość. Przez pierwsze 30 lat życia dowiedziałam się tylko, czym nie jest.

Pierwszy raz tutaj nie mój „tekst”. Ale nie mogę go zgubić, nie wolno mi go zgubić, muszę mieć go gdzieś na zawsze. Wklejam z WO, link tu: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,80530,18581830,to-nie-takie-proste-ta-cala-milosc-przez-pierwsze-30-lat-zycia.html

————————————————————————————————————————–

Nie jest na przykład poczuciem winy, w które wpędza małą dziewczynkę rodzinny dom, pełen przemocy i nienawiści. Nie jest strachem o starszą siostrę, która czasem zasłania, przyjmuje cios i mówi: „Nie płacz, zajączku, wszystko będzie dobrze”

Szukałam tam, gdzie nie mogłam znaleźć. Choćbym się nie wiem jak starała, ile bym wysiłku włożyła, ciągle jej nie było. Bo nie mogło być. Tylko że takie rzeczy wie się dopiero później. Widzi z perspektywy. Wyczytuje na twarzy przyjaciółki, kiedy opowiadamy jej o poszukiwaniach i po raz pierwszy samą siebie słyszymy. Albo na fotelu u terapeuty, kiedy nagle (no, nie tak nagle) wszystko się wyświetla. Że tutaj jej nie ma, że tak się nie uda znaleźć, nie w tym czasie ani miejscu, nie tymi sposobami, i że tak naprawdę nie do końca wiesz, o co w tym wszystkim chodzi. Najgorsze to zdać sobie sprawę, że wszystko robiło się na opak.

Bo to nie takie proste, ta cała miłość. Przez pierwsze 30 lat życia dowiedziałam się tylko, czym ona na pewno nie jest.

***

Nie jest na przykład poczuciem winy, w które wpędza małą dziewczynkę rodzinny dom, pełen przemocy i nienawiści. Pustką – ojciec odszedł, zanim zdążyłam cokolwiek o nim zapamiętać sama, wszystko powiedziała mi mama (że to potwór, że zniszczył jej życie i zostawił jej nas dwie na tego pamiątkę). Nie jest też wstydem, że mimo wszystko do tej mamy – która wychowuje, ale głównie krzyczy, nazywa „porażką swojego życia”, szarpie, zamyka w łazience, bije – chce się przytulić i rysuje się laurki 26 maja. Nie jest strachem o starszą siostrę, która czasem zasłania, przyjmuje cios i mówi: „Nie płacz, zajączku, wszystko będzie dobrze”.

Nie jest słowami pierwszego chłopaka o niebieskich oczach. Druga klasa liceum, wyjazd na Słowację i „zróbmy to w końcu”. Nie jest tym uczuciem po, bólem, żalem i złością na siebie, że to za wcześnie. Ani zaskoczeniem, że „to tylko tyle?”, że nic się nie zmieniło, choć nie do końca wiadomo, co miałoby się zmienić. Ani porzuceniem przez niego tuż przed maturą i tęsknotą za ramionami, w które lubiłam się wtulać.

Miłość nie jest chłopakiem, z którym spotykałam się na pierwszym roku studiów. Kilka razy, nic ważnego, któregoś dnia po prostu przestał dzwonić, a ja przez następne tygodnie zastanawiałam się dlaczego. Nie jest poczuciem, że może coś ze mną nie tak, ani pilną potrzebą, by temu zaprzeczyć, idąc do łóżka z innym, kolejnym, następnym.

Nie jest trzyletnim związkiem, który miał być po grób, a skończył się bez wyraźnego powodu. Nie jest asymetrią: dzieleniem z kimś życia, staraniem się, żeby tej drugiej osobie było dobrze, żeby czuła się zadbana, ważna, nie otrzymując w zamian obietnicy podobnego starania. Nie jest nieczekaniem, aż ktoś wróci z delegacji, niewychodzeniem po kogoś na dworzec, zapominaniem o tym, że przedwczoraj obiecało się coś zrobić. Zasypianiem w kokonie z kołdry, tak żeby się nie dotykać. Niemówieniem „dobranoc”. Nie jest obiadem zjadanym w milczeniu, bo to, co istotne, mówi się tym, którzy chcą słuchać, a myśmy już siebie nie byli ciekawi. Nie jest smutkiem z powodu tej „nieciekawości”.

Miłości nie ma też we flircie, który ma poprawić humor po rozstaniu (w knajpie przy drinku, na weselu koleżanki). W platonicznej fascynacji dużo starszym kolegą z pracy. W jedynym w życiu one-night standzie. W byciu zdradzoną przez mężczyznę, który, jak mówił, bardzo chciał, żebym była matką jego dzieci, i oświadczył się podczas koncertu mojego ulubionego zespołu, ani w banalnej historii z facetem, który miał być rozwodnikiem, a okazał się żonatym ojcem trójki dzieci. W spotykaniu się z kolegą z pracy, który powie później, że dobra ze mnie przyjaciółka. I nic więcej. W przelotnej znajomości kilka miesięcy później, która miała dać to, czego brakowało. Od razu, natychmiast. Nie ma jej w romansie byle jakim, żeby tylko nie być samej. W profilach na portalu randkowym. Nie ma jej w nadmiarze oczekiwań, niecierpliwości, desperacji.

***

Ani w uczuciach, które wychodzą na wierzch, kiedy się patrzy w lustro. W przekonaniu, że to moja wina i że w zasadzie czemu tu się dziwić, co tu jest do kochania? Może i niegłupia, doktorat napisała, w pracy chwalona, kredyt spłaca bez trudu, ale takich to na pęczki. Może i interesująca, jest z nią o czym pogadać, ale życie z nią układać to już niekoniecznie. Może i niebrzydka, ale nigdy do niej nie wzdychali, nie przebierała w propozycjach, może i zadbana, ale żadna z niej laska. Uśmiechnięta, ale kąciki ust raczej do dołu.

To wszystko wiem dziś. Pięć lat po tym, kiedy zaczęłam się sobie w tym lustrze przyglądać. Te wszystkie „najpierw musi być ci ze sobą dobrze, żeby”, „najpierw musisz pokochać siebie”, zawsze uważałam za bzdury. Najpierw musiałam dowiedzieć się, co to w ogóle znaczy „miłość”. A byłam przekonana, że wiem, tyle o niej słyszałam, czytałam, widziałam dookoła. Byłam pewna, że znam definicję, w teorii wydawała mi się przejrzysta i racjonalna. Szukałam: bezpieczeństwa, dowartościowania, docenienia. Starania się o mnie. Podziwiania. Stymulowania. Inspirowania mnie, motywowania, wspierania. Wydawało mi się, że to właśnie jest miłość – mieszanka tych wszystkich rzeczy w odpowiednich proporcjach i natężeniu. Plus chemia, niewytłumaczalny i nieracjonalny składnik, który te proporcje ze sobą miesza. Tego potrzebowałam. Bez tego moje życie było, myślałam, nie dość ważne. Niewystarczająco istotne. Jak z kolorowanką – bardzo je lubiłam, kiedy byłam mała: niby kontury są wyraźne i tworzą całość, widać powstały z nich obrazek, ale dopiero kolor naprawdę go wydobywa. W każdym razie na pewno jest wtedy ładniejszy.

Tak mi się zawsze wydawało.

Terapeuta, któremu opowiedziałam o tym kolorowaniu i o wszystkim, o czym opowiadam ci teraz, tylko lekko się uśmiechnął: „Dlaczego uważasz, że tamten jest brzydszy?”. Nie umiałam odpowiedzieć.

***

Do psychologa wysłałam się sama, kiedy pewnego dnia gapiłam się w lustro i nie chciało mi się nawet nałożyć makijażu. A pomalowana jestem zawsze, także gdy nie wychodzę z domu. Tamtego dnia pierwszy raz pojawiła się myśl „a po co to wszystko”. Przestraszyłam się tej rezygnacji. Bardzo. Zobaczyłam w lustrze siebie za 30 lat, zgorzkniałą, pomarszczoną od smutku. A potem zobaczyłam w tym odbiciu swoją matkę.

Mówiłam i mówiłam przez cały następny rok. I słuchałam – siebie i psychologa, bez którego nie umiałabym zrozumieć, co właśnie wtedy ze mnie wyłazi. To on pomógł mi rozgryźć tę całą zagadkę, zobaczyć, że szukałam czegoś, czego znaleźć w kimś nie można. Że to wszystko muszę sobie poukładać sama. Ba! Że ja już to mam, tylko zupełnie nie tam, gdzie mi się wydaje. Że miłość to zupełnie co innego. Nie źródło zasobów, którymi z zewnątrz trzeba siebie zasilać, ale przywilej, którym się dobrowolnie obdarzamy. To zaproszenie kogoś do swojego życia nie po to, żeby dawał, ale żeby był, bo sama jego obecność jest ważna. I bliskość, którą daje dobrowolnie i którą z taką samą wolnością się mu ofiarowuje.

Dla ciebie to może banały, ale dla mnie to było zupełnie nowe. Objawienie. „Ach, więc to o to chodzi!” To tak jak w szkole, kiedy uczyłam się matematyki, która zawsze była moją słabą stroną. Siostra tłumaczyła mi ją na wszystkie sposoby, ale różniczki nijak nie wchodziły do głowy. Aż któregoś dnia na zastępstwo przyszedł inny nauczyciel i rozpisał wszystko na tablicy jeszcze raz, krok po kroku. I nagle różniczki okazały się tak oczywiste, że aż głupio mi było, że wcześniej na to nie wpadłam.

***

Te zdania, dzięki którym nagle wszystko zrozumiałam, wypisałam markerem na lodówce i powtarzałam codziennie rano. A potem zaczęłam szukać znów.

I znalazłam miłość w przetworach babci, mamy mojej mamy, które dostawałam od niej przy każdej wizycie. Przypomniały mi się dni, w których starała się przekonać moją matkę do odwyku, i te, w które zabierała nas do siebie.

Znalazłam w słowie „ciocia”, które wypowiada pięcioletni Jasiek, syn mojej siostry, i w jej domu, tak różnym od tego, który obie pamiętamy z dzieciństwa. W tym, że udało jej się tę inność zbudować. W spojrzeniu, którym darzy ją jej mąż, bardzo fajny, czuły facet, troskliwy ojciec. Znalazłam w kartonowych pudłach noszonych przez moich przyjaciół na ostatnie piętro kamienicy, do której się przeprowadziłam. W ich szczerej radości, że tak jak chciałam, wylądowałam w końcu na wymarzonym Kazimierzu. W widoku z okien w nowym mieszkaniu, na które zapracowałam sama. Siedząc na tapicerowanych własnoręcznie krzesłach. W myśli, która pierwszy raz zagościła w mojej głowie i nie przeraziła – że może tam, pod oknem, byłoby dobre miejsce na dziecięce łóżeczko.

Na zdjęciach z wyjazdu do Kenii. Pojechaliśmy tam z N. w zeszłym roku. Poznałam go dwa lata temu na służbowym wyjeździe. Konferencja, na której prowadziłam panel, on siedział w drugim rzędzie. Po spotkaniu podszedł i zaprosił na kolację. Tak po prostu. Zgodziłam się i pierwszy raz w życiu nie pomyślałam, że „Boże, może to ten?”, tylko że „chętnie poznam tego faceta, może być miło”.

I było. Swobodnie, bez nadmiernego starania się, bez wybiegania od tego restauracyjnego stolika o pięć lat do przodu („czy mu się podobam?”, „czy będziemy razem?”, „czy będzie ojcem dla moich dzieci?”). I bez tego idiotycznego, bezsensownego żalu, który nie ma adresata, że „to nie fair, że nie poznałam go wcześniej”. Bo po tej kolacji były następne spotkania. Niezbyt często, bo N. jest z Warszawy i tam pracował, a ja miałam swój Kraków, etat w firmie i pół na uczelni. Po kilku miesiącach pierwszy wspólny weekend, skałki na Jurze, później tamten wyjazd do Afryki. Powoli. Nigdzie mi się nie spieszyło.

Chyba dopiero wtedy znalazłam definicję tego, czego szukałam. To widać o ten brak pośpiechu cały czas mi chodziło. O uwolnienie od potrzeby zaspokajania kimś swojego głodu.

I dlatego mogłabym ci teraz godzinami opowiadać o tym, jaki N. jest, zamiast o tym, jakie moje życie teraz dzięki niemu jest w końcu kompletne. Bo jest, tylko zupełnie nie dlatego, że on mi je zbudował. Masz rację, bardziej pasowałoby: pokolorował. A jaki jest? Cierpliwy, spokojny. Ma ładne brązowe oczy i pasję, która czyni go jeszcze bardziej interesującym człowiekiem, o której cudownie opowiada (i na pierwszych randkach, i dziś). Chce ze mną być i niczego poza tym byciem nie wymaga, nie stawia warunków. I ja mu ich nie stawiam.

Jesteśmy razem od półtora roku. W styczniu N. przeprowadził się do Krakowa, od niedawna szukamy większego mieszkania. Miesiąc temu dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

wysłuchała Magdalena Kicińska

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s