Kino · Książki · Małe podróże · Muzyka · Rozmyślania

Ani ładu, ani składu (uwaga: długość tekstu znacznych rozmiarów)

Żyję ostatnio bez kalendarza, organizera, zegarka. Nie wiem jaki jest dzień miesiąca, nie wiem jak jest dzień tygodnia, czasem noc zlewa się z dniem. Pamięć zawodzi jak zawsze – stąd ten wpis mający na celu tylko i wyłącznie to, by podsumować ostatnie kilka tygodni i nie zapomnieć ich do reszty. Jakoś nie miałam siły, energii i czasu pisać wcześniej, więc teraz wszystko naraz, bez ładu i składu.

————————————————————————————————————————–

KSIĄŻKI

Ostatnio czytam i czytam. W Lipsku, po wypadku miałam jakąś gigantyczną niemoc nie tylko twórczą, ale też odtwórczą, mimo nadmiaru wolnego czasu. Wróciłam do domu i pochłaniam książki w zaskakującej ilości.

Właściwie czytam teraz wszystko, co mi wpada w ręce z jednym wyjątkiem – nie jestem w stanie czytać książek podróżniczych. Nie wiem, świadomość, że inni mogą/chcą/potrafią podróżować jakoś mnie obecnie wykańcza. I wszystkie fejsbukowe podróżnicze grupy. Ale z drugiej strony i tak nieustannie sprawdzam tanie loty, kupuję bilety koncertowe, planuję weekendowe wypady.

Odkryłam też dla siebie Jakuba Żulczyka i po lekturze „Ślepnąc od świateł” jestem nim absolutnie zachwycona. Cytatów mogłabym podać i z 50, do tej książki na pewno będę wracać, bo po prostu – autor czasem trafia tak w punkt, że porusza najgorsze zakamarki twojej duszy i największe tęsknoty. A paradoksalnie książka opisuje tydzień z życia dilera na ulicach Warszawy. Kto by pomyślał, że tak odnajdę siebie w tym półświatku.

————————————————————————————————————————–

KINO

W czerwcu i lipcu filmy oglądałam namiętnie, nawet codziennie po 1-2. Tak mi się nudziło, że zarejestrowałam się na filmwebie i w ciągu kilku dniu oceniłam jakieś 700 filmów, które widziałam. Teraz z kolei tworzę tylko listę filmów do zobaczenia, bo w domu – standardowo – oglądam niewiele. A jeśli chodzi o kino to też generalnie mogę oglądać wszystko – nadrabiałam więc zaległości rozpoczynając od starych, gangsterskich, amerykańskich filmów, przez klasykę polskiego kina po nowe, durnowate komedie.

Ostatnio wreszcie byłam w kinie – teraz gdy mogę zginąć nogę do 90 stopni powoli wracam do normalności i jestem w stanie już wysiedzieć w kinie, a nawet prowadzić auto. Byłyśmy z Anią na „Papierowych miastach” i „Amy”, w domu obejrzałam jeszcze dokument o Cobainie „Montage of Heck” i nie ma co ukrywać – jestem zachwycona. Ale po kolei. Książkę Johna Greena „Paper Towns” czytałam jak wszystkie inne tego autora – gdybym była nastolatką, pewnie byłabym zachwycona po uszy, a tak tylko dobrze mi się czytało. Podoba mi się konsekwencja autora i uporczywe wplatanie wątku podróży nie tylko do każdej książki, ale także do każdego opowiadania. Bohaterką jest Margo -tajemnicza, błyskotliwa i lekko szalona dziewczyna, przede wszystkim od najmłodszych lat żyjąca według swoich zasad. I jej sąsiad Q, zakochany w niej również od najmłodszych lat. Margo znika, a Q wraz z grupką przyjaciół postanawia ją odnaleźć (bardzo upraszczam, ale trudno). Co jest najfajniejsze? Zakończenie – niestandardowe – jak na amerykańskie standardy 😉 Paradoksalnie można odnaleźć w nim gorzkie dla siebie prawdy, nawet jeśli nie ma się już 16 lat. Czasem trzeba zrozumieć, że „pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć” i trzeba po prostu odpuścić. Ja się nadal tego uczę.

„Amy” to tak wzruszający dokument, jakiego od dawna nie widziałam. Wydawało mi się, że temat jest mi względnie bliski, bo przecież i znałam i słuchałam jej muzyki, o życiu osobistym też co nie co wiedziałam, ale… wyszłam z kina pod ogromnym wrażeniem, przedyskutowałam temat z kilkoma osobami, a całą powrotną drogę słuchałam płyty Back to Black. Najgorsza dla mnie była świadomość tego, że wydawało się, że Amy zaczęła wychodzić na prostą i jej śmierci można było uniknąć… Z drugiej strony, teksty piosenek, wczesne nagrania, zachowanie rodziców, wypowiedzi samej Amy mają charakter wręcz proroczy, a teraz mając świadomość końca jej historii o wiele więcej można z nich zrozumieć… Zachowanie jej rodziców, szczególnie ojca, byłego męża, ludzi z wytwórni , dziennikarzy i paparazzi obrazują to, jakimi ludźmi nigdy nie powinniśmy być. Nigdy. Na takie traktowanie moim zdaniem nie zasługuje nikt. Myślę, że ona tak jak Kurt po prostu potrzebowała miłości. Całe życie rekompensowała sobie jej brak, najpierw popadając w jakieś dziwne związki, potem zagłuszając problemy związkowo-rodzinne wszelkiego rodzaju używkami. Piękne w tym dokumencie jest jednak to, że nie masz wrażenia, że jej postać zostaje wybielona – doskonale widzimy także wady Amy i wiadomo, że wiele złego zawdzięcza samej sobie. Ale mimo wszystko uczucie, które towarzyszyło mi po wyjścia z kina przez długi czas to… żal. Artyści są wrażliwsi niż my, to wiadomo nie od dziś – błysku fleszy i krzyku paparazzi ja miałam dosyć już po paru ujęciach. Gdyby wszyscy pozwolili być jej tym, kim chciała być pewnie śpiewałaby teraz standardy jazzowe w zadymionych i zatłoczonych barach. I byłoby pięknie, bo talent miała ogromny, bez wątpienia. Po prostu pozostał wielki żal. Poza tym miałam wrażenie, że trochę nas łączy – ostatnio moją lekką obsesją stał się Klub 27, ale myślę – tak poważnie – że to mi nie dane. Ufff!

Montage of Heck – jak widać i Kurt i Amy mieli ze sobą więcej wspólnego, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Owszem, Klub 27 może i rzuca się w oczy od razu, ale najbardziej przerażający jest fakt, że po prostu brakowało im miłości… Ostatnio w ogóle temat mi bliski i odsyłam znowu do artykułu z WO w poprzednim poście. Marysia Sadowska śpiewała kiedyś „Bo kiedy nie ma miłości, co dalej? co dalej? Tak mało mi zostaje, prawie nic” Trudno się nie zgodzić, prawda? Mnie przeraża fakt, że wychowanie – mniej lub bardziej udane – ma wpływ na całe nasze dorosłe życie. Borykałam się niestety z tym na co dzień w pracy, ale stety/niestety nie widziałam jakie efekty przynosi to w przyszłości. Tak naprawdę myślę, że każdy z nas jakoś przepracowuje ten temat w dorosłym życiu, nawet jeśli miał szczęśliwe dzieciństwo. Wracając do Kurta porąbane relacje rodzinne, brak zrozumienia i brak miłości widać od razu. Nagrania dwuletniego i trzyletniego Kurta rozsyłającego całusy są absolutnie ujmujące. Fragmenty pamiętnika świadczące o głębokim poczuciu wyobcowania są absolutnie przygnębiające. Animowane wstawki świetnie pasują do zamiłowania Kurta do rysowania, a fragmenty pamiętników też robią wrażenie. Historia utraty dziewictwa jest przerażająca. Do tego trzeba dołożyć sławę, która była efektem ubocznym grania koncertów na żywo (które uwielbiał) oraz życie na „świeczniku”, którego nienawidził: wywiadów, autografów, czekających wszędzie tłumów. Przecież on bał się obcych ludzi, był ultrawrażliwy, marzył jedynie o tym, by mieć prawdziwy dom i rodzinę. Dziwne, że tego rodzinnego szczęścia szukał u boku Courtney, bo ich relacja była oczywiście toksyczna, pełna wzlotów i upadków, fajerwerków. Ale do cholery – to było jego życie i jego wybory, na pewno bywali szczęśliwi. Na pewno wcześniej nie był „szczęśliwszy”, a czy byłby później? Nie wiadomo. Mnie osobiście przeraża jeszcze wtrącanie się mediów we wszystko, realne przeświadczenie o tym, że „mają prawo” oceniać, negować, krytykować, kłamać. I chociaż to lata 90te, co oznacza, że media tak naprawdę będą dopiero rosły i rosły w siłę, z gwardią paparazzi i celebrytów, to już przeraża mnie ich wpływ na życie wrażliwego, zagubionego człowieka. Do tego wystarczy dorzucić „zalążki hejtu” – zjawiska niestety nie tylko w internecie, którego ja nie cierpię i nie rozumiem – listy od fanek pisane do Kurta, w niewybredny sposób oceniające Courtney, opinie dziennikarzy… Moment, w którym Kurt ze sceny prosi fanów o ciepłe pozdrowienie dla Courtney ujął mnie za serce – jeśli oni byli ze sobą szczęśliwi, to dlaczego cały świat nie chciał im na to pozwolić? Nigdy nie byłam gigantycznym fanem Nirvany, ale byli niepodważalną legendą muzyki grunge, a ja głęboko wierzę, że takie składy osobowościowe zdarzają się tylko raz na jakiś czas. Dla mnie Kurt nie był geniuszem, ale nie sposób odmówić mu ogromnego talentu – a to co mnie trafia zawsze najbardziej, to autentyczność. On był prawdziwy, naprawdę nikogo i niczego nie udawał, naprawdę nie przejmował się tym jak wygląda, ile zarabia, czy jest sławny i na czym polega show business. Ja to doceniam. Jak kończy się jego historia wiemy wszyscy – albo właściwie nie wiemy. Ja osobiście myślę, że prędzej, czy później i tak by do tego doszło – cóż, wybrańcy bogów umierają młodo.

————————————————————————————————————————–

MUZYKA

Koncert Roberta Planta – 21.07.2015 Dolina Charlotty, Ustka

Wyjazd na koncert jeden dzień po wyjściu ze szpitala i wyprowadzce z Niemiec to była jakaś mission impossible. Takie lubię najbardziej! Nie będę się w tym miejscu rozpisywać jak wyglądały ostatnie dni w Lipsku, może przyjdzie na to jeszcze kiedyś czas, a może nie, ale faktem jest, że w poniedziałek po południu wypuścili mnie ze szpitala, ja ledwo chodząc (naprawdę ledwo) pozałatwiałam wszystkie konieczne formalności na uczelni i w banku, a tata z Zuzią wyprowadzili mnie z mieszkania. Wyprowadzka przebiegła więc bezboleśnie, nawet bez pożegnania. To chyba dobrze, bo nie lubię pożegnań i jestem w tym beznadziejna. Dotarliśmy do domu w nocy, rano rozpakowaliśmy tyle, ile się dało i pojechaliśmy do Ustki na koncert Planta. Miałam na ten wyjazd 5 celów do zrealizowania: dotrzeć na koncert, zjeść rybę, zjeść loda, zjeść gofra, zamoczyć zdrową nogę w morzu. I wiecie co? Udało się zrealizować wszystkie! 🙂 Zagryzłam zęby i z dużą pomocą rodziców i Ani jakoś się udało – przede wszystkim wchodzić i wychodzić z auta. A koncert? Cóż, koncert FANTASTYCZNY!!!! Kocham Roberta Planta miłością absolutną. Dosłuchałam się 7 zeppelinowskich kawałków, oczywiście w zmienionych wersjach – ale za to uwielbiam Roberta jeszcze bardziej, nawet wówczas, gdy tylko dzięki znajomości tekstu mogę rozpoznać dany utwór. Czy byłoby lepiej gdyby nie grał w ogóle starych utworów? Nie, przecież na to najbardziej czekają ludzie, na to też czekam ja, bo niestety w latach 70tych nie było mnie na świecie, żebym miała szansę wysłuchać ich na scenie w oryginalnym składzie. Czy byłoby lepiej, gdyby Plant zatrudnił jakiegoś gitarzystę, nieudolnie próbującego podrobić Jimmy’ego Page’a? Oczywiście, że nie! Podobne zabiegi zobaczyć można było w axel’owskim Guns ‚n Roses – cóż, ja tego nie kupuję. Oczywiście, że Robert nie ma już takich warunków głosowych jak 35 lat temu, ale to absolutnie nie odejmuje mu ani uroku, ani energii. Charyzmą i energią powala na kolana, uczyć się tego mogą od niego rzesze wokalistów obecnie popiskujących w świecie „muzyki rozrywkowej”, ale podejrzewam, że pewnych rzeczy się nie da wyuczyć, albo się to ma, albo nie.  Momenty, kiedy na scenę wchodził czarnoskóry „skrzypek” (niestety nie pamiętam z jakiego afrykańskiego kraju) był też wspaniałe. A ja mimo zeppelinowskich standardów takich jak „Black dog”, „Dazed and Confused” czy „Whole Lotta love” i tak popłakałam się tylko na „Rainbow”. Urzekł mnie też opowieści konferansjera o tym, co jadł, pił i robił Robert w Dolinie Charlotty, nawet jeśli to nie była prawda, to i tak był to przyjemnie wypełniony moment oczekiwania na gwiazdę wieczoru. Ponoć Robert zauroczył się okolicą i za dwa lata ma przyjechać znowu – cóż, ja nie muszę pytać samej siebie, czy tam będę. Nawet pomimo faktu, że Dolina Charlotty akustycznie i organizacyjnie, to zupełnie nie moja bajka… Naprawdę, pozwólcie, że nie wyrażę tutaj dosadnie swojego zdania. Piknikowo-festynowa atmosfera delikatnie mówiąc nie jest mi bliska, a to, że na koncercie byłam praktycznie jako „niepełnosprawna” sprawiło, że zwracałam uwagę (i nadal zwracam) na rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałam. Sam koncert trwał prawie półtorej godziny – dla mnie w sam raz, dłużej bym pewnie nie wytrzymała. Moja ślubna piosenka na drugim bisie – wisieńka na torcie, I knew it! Poniżej playlista skopiowana standardowo z http://www.setlist.fm

    1. Trampled Under Foot
      (Led Zeppelin song)
    2. Turn It Up
    3. Black Dog
      (Led Zeppelin song)
    4. Rainbow
    5. The Wanton Song
      (Led Zeppelin song)
    6. Spoonful
      (Willie Dixon cover)
    7. The Rain Song
      (Led Zeppelin song)
    8. No Place to Go / Dazed and Confused
    9. Little Maggie
      ([traditional] cover)
    10. The Lemon Song
      (Led Zeppelin song)
    11. Fixin’ to Die
      (Bukka White cover)
    12. Cross Road Blues / I Just Wanna Make Love to You / You Need Love / Whole Lotta Love / Who Do You Love / Whole Lotta Love
    13. Encore:
    14. Satan Your Kingdom Must Come Down / In My Time Of Dying
    15. Encore 2:
    16. Rock and Roll
      (Led Zeppelin song)
 Mister Robert Plant, tym razem wygrałeś tylko 1:0. A przy okazji spóźnione wszystkiego najlepszego!

 

Koncert AC/DC – 25.07.2015 Stadion Narodowy, Warszawa

Z AC/DC było już trochę łatwiej, w końcu od operacji minął już cały tydzień! Prawie sama opanowałam już wsiadanie i wysiadanie z auta, no i dojechałam sama pociągiem do Poznania i potem nad ranem do domu. Nie uwierzycie, jak takie drobne rzeczy, których na co dzień nie dostrzegacie, można zacząć doceniać. Np. kąpanie się, ubieranie skarpetek, malowanie paznokci, siedzenie w kinie, chodzenie po schodach – to wszystko tak cieszy! 🙂 Ale do rzeczy: dojechaliśmy pod Narodowy i tam oczywiście rzesze poprzebieranych fanów AC/DC, wystylizowanych lasek, wystylizowanych chłopców, ale gdzieniegdzie czuć jeszcze było ducha rock’n rolla 🙂 To mój pierwszy koncert w Golden Circle, czy jak kto woli Inner Barrier, niestety poszaleć zupełnie nie mogłam, tylko jak emerytka trzymałam się tylnych rzędów. No i dlatego miałam tyle czasu na obserwacje i rozmyślania. Nie jestem jakimś wielkim fanem AC/DC, ot znam pewnie kilkanaście standardowych hitów, ale bardzo żałowałam, że nie pojechałam na ich koncert w 2010. Teraz pomyślałam sobie, że to może być jedna z ostatnich szans zobaczenia ich na żywo, więc czemu by nie? I absolutnie nie żałuję. Dają takie piekielne show, że warto to zobaczyć choćby dla samych efektów wizualnych. Co prawda nagłośnienie było do dupy i ja, która nie zna większości tekstów na pamięć, czasami nie mogłam zrozumieć ani słowa. Ale nie przeszkodziło mi to w dobrej zabawie (oczywiście w ramach dopuszczalnej zabawy z unieruchomioną nogą), ani w odczuwaniu atmosfery – łez nie było, ale gęsia skórka i owszem – a ich piosenki często sprawiają wrażenie jakby grały i śpiewały się same – publiczność je niesie. A propos publiczności – nadal jestem głęboko przekonana, że polska publiczność koncertowa – mimo, że często przypadkowa nadal jest jedną z najlepszych na świecie. Co prawda często wszyscy budzą się tylko na największe hity – np. na Highway to hell miałam wrażenie, że stadion wybuchnie od tego krzyku i tej euforii, ale poza tym wszyscy ochoczo podchwytują wszelkiego rodzaju zabawy i kiedy jesteś na płycie, a trybuny robią fale (jeszcze przed rozpoczęciem koncertu, bez żadnych ustaleń ze sceny!) to naprawdę wygląda to super. Albo kiedy wszyscy dzikimi okrzykami reagują na grzmoty i pioruny. Cóż, atmosfera była iście piekielna, nawet jeśli troszkę na pokaz 😉 Ja jestem usatysfakcjonowana – dostałam wszystko, czego można oczekiwać od takich rockandrollowych dinozaurów – zresztą spójrzcie sami na setlistę:

    1. Intro
    2. Rock or Bust
    3. Shoot to Thrill
    4. Hell Ain’t a Bad Place to Be
    5. Back in Black
    6. Play Ball
    7. Dirty Deeds Done Dirt Cheap
    8. Thunderstruck
    9. High Voltage
    10. Rock ‚n’ Roll Train
    11. Hells Bells
    12. Baptism by Fire
    13. You Shook Me All Night Long
    14. Sin City
    15. Have a Drink on Me
    16. Shot Down in Flames
    17. T.N.T.
    18. Whole Lotta Rosie
    19. Let There Be Rock
      (with Angus Young guitar solo)
    20. Encore:
    21. Highway to Hell
    22. For Those About to Rock (We Salute You)

 

11800029_1095897430438451_9115351835960964377_n

Angus ze swoim charakterystycznym tańcem i wspaniałymi solówkami, łącznie z turlaniem się w koło na wynoszonej w górę platformie = bajka. Chociaż momentami bałam się, że mogą tego koncertu nie przeżyć, przecież nie odpoczęli sobie na żadnej ckliwej balladzie 😉

 

Woodstock – XXI

Dupa. Nic tu nie napiszę. Woodstock XXI, ten który miał być moim 12 Woodstockiem spędziłam w domu. Przed komputerem. Śledząc transmisję online. Jest to jedyna – i na dodatek tak ważna dla mnie – rzecz, którą musiałam odpuścić całkowicie w te wakacje. Wmawiam sobie, że zrekompensuję sobie to w przyszłym roku jadąc na całe dwa tygodnie, no ale w głębi duszy wiem, że o to trudniej z roku na rok. Ale zobaczymy. Na razie jeden Woodstock mi wypadł i teraz już będę się gubić „w obliczeniach”, ale czy to ważne? Może kiedyś było. Teraz bardziej cieszy mnie woodstockowe piwo i koszulka od Emilii i Pawła, prezenty, których się absolutnie nie spodziewałam. Takie są najlepsze, prawda? 🙂

————————————————————————————————————————–

MAŁE PODRÓŻE

Ustka, Warszawa, Poznań, Holandia, Gdańsk, Norwegia, Poznań, Wieleń

Nie powiem, że wszystkie plany wakacyjne wzięły w łeb, bo wbrew pozorom prawie wszystko udało się zrealizować. Tylko z ograniczeniami. Czyli nie tak jak planowałam. Więc już staram się nie planować.

Udało się pojechać na jeden dzień nad morze, ale to już wiecie. I do Holandii, w odwiedziny do kuzynki, gdzie ku mojemu zaskoczeniu udało nam się zobaczyć i zwiedzić o wiele więcej niż mogłabym sama wymyślić. Byłyśmy w Eindhoven, Dorderchcie, Rotterdamie, Kinderdijk, Hadze i Utrechcie. A wieczory mijały nam na rozmowach, śmiechach, wspominkach i jedzeniu. Właściwie to czego my nie robiłyśmy? Byliśmy na koncercie plenerowym, zrobiłyśmy sobie wieczór filmowy, wieczór lat 90tych i wieczór Guitar Hero. A wisieńką na torcie okazał się wypad na plażę do Hagi, gdzie cały dzień ćwiczyłam wymowę „Den Haag” 😉 Pas restauracyjek i knajpeczek przepiękny, a gorąco kakao wypijane przy zachodzie słońca smakowało tak dobrze jak nic nigdy w życiu. Lubię nieoczywiste pamiątki z wakacji, dlatego muszelka z Holandii w portfelu pięknie przypomina mi o wszystkich miłych chwilach. Ponoć pobyt w Holandii nie liczy się jeśli nie jeździsz rowerem i nie palisz marihuany, cóż ja mój i tak zaliczam do wyjątkowo udanych, a resztę nadrobimy w przyszłości 😉 Dank je wel!

Dobę po powrocie z Holandii znowu pakowanie i wyjazd do Gdańska, a stamtąd już prosto do Bergen. Pierwsza rodzinna wycieczka samolotem. Wszystko przebiegło bezproblemowo, a ja odkryłam, że podróżowanie z ortezą i kulami jest wygodniejsze niż można się było spodziewać: wszędzie asystenci, drogi na skróty, priority class i miejsca w pierwszych rzędach. Bergen jest drugim największym miastem w Norwegii, nazywanym też bramą do fjordów, bo to dobra baza wypadowa. Poza tym Bergen słynie z deszczowej pogody, my za to trafiliśmy idealnie. Dla mnie to taka Norwegia w pigułce. Bez wątpienia Norwegia jest najdroższym krajem, w którym byłam, ale za to tak pięknym, że nie sposób poprzestać na jednej wizycie. Pięknie jest o każdej porze roku – chociaż czasem trudno. My w sierpniu trafiliśmy jeszcze na końcówkę, końcóweńkę tzw. białych nocy – co prawda nie było już jasno przez całą noc, ale prawie do 22:30, a w Polsce słońce zachodziło już przed 21. Niestety z powodu mojej nogi, wolnego tempa, a także braku czasu nie udało nam się pojechać np. na Trolltungę, ale cóż, trudno, może kiedyś. Za to byliśmy w oceanarium, zaprzyjaźniliśmy się z kilkunastoma norweskimi kotami, zdobyliśmy ze dwa wzgórza, jechaliśmy kolejką i wypłynęliśmy na rejs ku fjordom. I nawet mam jedno zdjęcie ze skokiem! Teraz muszę się tylko przekopać przez masę zdjęć. Bergen to zdecydowanie miejsce, w którym mogłabym zamieszkać, ale… nie sama. A to, że moja baardzo podstawowa znajomość szwedzkiego pozwala mi na rozumienie norweskiego nie przestaje mnie zaskakiwać i zachwycać. Co prawda od powrotu tata chodzi i mówi „Zapytaj mnie, który raz leciałem samolotem.”, ja grzecznie pytam, a on konsekwentnie odpowiada „Drugi i ostatni.” Ale czuję, że to nie koniec.

Do małych podróży muszę też zaliczyć dłuższy weekend w Poznaniu – bo w końcu jechałam z plecakiem i to na wakacje. Po raz kolejny przekonałam się, że niewiele potrzeba mi do tego, by zostawić za sobą troski, zmartwienia i poczuć, że mam wakacje. Wystarczy, że zacznę się pakować, spakuję bilety, wsiądę w pociąg i … już mogę popijać zimne piwo, czytać książki na leżaku, zwiedzać, albo imprezować. W Poznaniu co prawda nie mam już za bardzo co zwiedzać (chociaż nie byłam jeszcze w Bramie Poznania i z Muzeum Rogalowym – do nadrobienia!), ale wszystkie inne punkty udało się zrealizować. Cudownie było odwiedzić stare śmieci: dawne miejsca pracy, ulubione sklepiki na Jeżycach, ulubioną panią na targu, ulubione knajpki i puby. Grill nad Wartą z Ostrowem Tumskim w tle i Kontenerami po prawej – rewelacja. Kurde, tęskniłam. Ale w piątek w nocy uderzyła mnie smutna refleksja, że chociaż to były/są moje ulubione miejsca, że chociaż mam tam przyjaciół, to ten Poznań piękny jest, wspaniały, ale … już jakiś taki nie mój. Nie wiem, ciężko mi to wytłumaczyć, niby wszystko okej, tańce, śpiewy, muzyka, hałasy, drinki, co prawda noga nie ułatwia odnajdywania się w towarzystwie, ale jest koncert, muzyka na żywo, barmani, jest okej, ale… no nie jest, czegoś mi brak. Głupie jest to uczucie, kiedy w domu nie czujesz się jak w domu. Miłe jest to uczucie, że pasujesz wszędzie, ale przerażające jest, gdy zdajesz sobie sprawę z tego, że nie należysz już nigdzie…

Musiałam odreagować, więc pojechałam na wakacje do babci. Mam 27 lat i nadal jeżdżę na wakacje do babci. To chyba stały punkt, chyba nie było roku, żebym nie pojechała tam na kilka dni. Niby to miasto, mieścinka, ale mój telefon traci tam zasięg. Babcia nie ma komputera, nie ma oczywiście wifi, ale jest czas na rozmowy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Czas na spacery do dawnych miejsc, wspominanie dzieciństwa ze śmiechem, podpatrywanie babcinych przepisów, zasięganie rad w najróżniejszych życiowych kwestiach. Czytamy książki, oglądamy niemieckie seriale, z których nic nie rozumiem (nie językowo, tylko całościowo) i gramy w remika. A ja przy okazji mam odwyk – nie tylko alkoholowy, raczej odwyk od rzeczywistości, jak ja to nazywam reset mózgu. Tych kilku dni nie zamieniłabym na żadne wakacje w żadnym ekskluzywnym hotelu w żadnym kraju. A że jestem bezrobotna i prawie bezdomna – obiecałam, że jeśli ten stan się za prędko nie zmieni – będę jeździć na takie wakacje co miesiąc.

Wróciłam do domu. Znowu na kilka dni. Plecak rozpakowałam, ale chyba nie ma sensu rozpakowywać kosmetyczki. Za trzy dni znowu Poznań. Szukam pracy, więc trzymajcie kciuki, albo i nie – nie wiem, jeszcze tego nie ustaliłam.

 

————————————————————————————————————————–

ROZMYŚLANIA

Luźne gadki – lepiej nie pytaj. Mam plan pięcioletni. Jeden dzień w sierpniu był bardzo dobry i nie dość, że podjęłam wiele decyzji ważnych dla swojej przyszłości, to jeszcze podjęłam kroki, by zacząć je realizować. Staram się nie planować, ale trochę muszę.

Jest średnio. Jak to się mówi: szału nie ma, dupy nie urywa. No expectations, no disappointments. Naucz się wreszcie.

Lubię podejmować nieoczekiwane decyzje, na przekór innym i sobie. Ale sam proces dokonywania wyboru odchorowuję i przychodzi mi z trudem. Nie umiem i nie lubię nikomu niczego udowadniać. Ale czy jeszcze muszę?

Rozkminiam ostatnio ciągle tematy związków, miłości, samotności. Jeśli jest się interesującym dla innych tak długo, jak się jest tajemnicą, to ja nie jestem w ogóle. Może to o to chodzi? W sensie też o to, bo przecież nie tylko o to?

Czy ze mną można koniec kraść? Czy jestem morowa? Czy dążę do tego, by być zawsze w centrum uwagi?

Nie wiem jak odnieść się do kwestii uchodźców. Nadal za mało wiem, by kogokolwiek oceniać. Boisz się tego, czego nie rozumiesz. Ja chcę zrozumieć. Chcę pomóc, bo wiem, że musimy pomóc, nie można inaczej. Ale trochę się boję. Nie ma rozwiązań. Pokój jest drogą.

No i szukam pracy. By wypełnić czas, zabić myśli, zagłuszyć wyrzuty sumienia, zarobić na marzenia. Ale mam mieszane uczucia.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s