Małe podróże · Rozmyślania

Lipsk. Mój?

Jak już wiecie wróciłam i … emocje opadły. Z jednej strony potrzebowałam czasu i nabrania dystansu do podsumowania mojego pobytu w Lipsku i skrobnięcia paru słów. Ale z drugiej strony wiem, że wspomnienia blakną, a nawet gdy nie blakną, to zmieniają kolor – czy też macie tak, że po jakimś czasie wspominacie głównie tylko dobre momenty? Ja tak mam. Ba, złe momenty wypieram całkowicie z umysłu, fałszuję więc nie tylko swoją rzeczywistość, ale też przeszłość. Może to źle, może dobrze – nie wiem. Faktem jest, że pewnie po części tej umiejętności zawdzięczam to, że nie mam żadnej życiowej traumy, że nic mnie jakoś nie podłamało. Owszem, były złe i smutne momenty, oj były. Pewnych osób nie ma już w moim życiu, ale ja już ich nie potrzebuję, choć nawet czasami już nie pamiętam czemu ich nie ma… Do rzeczy.

Mój Lipsk. Bardzo miał być mój. Pojechałam z głową pełną planów, marzeń, oczekiwań, scenariuszy. Chciałam uciec od swojego życia. Chciałam zacząć nowe. Może chciałam uciec od samej siebie? Wróciłam… cóż, nie ma co ukrywać, przeszczęśliwa, że jestem z powrotem. A w międzyczasie przeszłam totalną emocjonalną huśtawkę: od poczucia samotności i tęsknoty, przez autentyczną radość z poznawania nowych ludzi i wymiany kulturowej, po rozgoryczenie, smutek i żal. Wiele się o sobie nauczyłam. I dzisiaj jest miejsce na tą refleksję. Wnioski na końcu, najpierw mój lipski alfabet.

IMGP3922

A jak aklimatyzacja

Dotychczas myślałam, że mogę mieszkać wszędzie. Faktem jest, że nie przywiązuję się za bardzo do miejsc i przedmiotów, za to bardzo do ludzi. Przeprowadzki są dla mnie bolesne tylko z powodu pożegnań, resztę mam opanowaną 😉 Z rodziną mieszkałam w 3 różnych miejscach, czyli przeprowadzaliśmy się dwa razy, w Poznaniu mieszkałam już w 8 lokalizacjach w kilku różnych dzielnicach (Winogrady, Winiary, Wilda, Jeżyce, Stare Miasto), do tego mogę teraz dorzucić jeszcze prawie półroczne pobyty w Marburgu i w Lipsku. I przerobiłam też chyba wszystkie możliwe konstelacje: domy, mieszkania, stancje,kawalerki, akademiki. Legalnie i „nielegalnie”. Sama i z kimś. Jak z kimś to z obcymi, z Polakami, z obcokrajowcami, ze znajomymi, z chłopcami i z dziewczętami, młodszymi i starszymi, studentami, pracującymi i bezrobotnymi. Nie wiem co takiego we mnie tkwi, że na razie nie mogę wysiedzieć w jednym miejscu, nie mogę zapuścić żadnych korzeni. Przyznaję, że powoli męczą mnie te przeprowadzki, ale zawsze czuję lekkie podekscytowanie na myśl o nowym miejscu i nowej przygodzie. Poza tym nie posiadam już praktycznie niczego – nie licząc Misiowego ekwipunku i biblioteki cały mój dobytek mogę zmieścić praktycznie w dużej walizce. I to jest mój cel na przyszłość. Nie boję się nowych miejsc. Nie sypiam źle w nowym łóżku. Nie mam obsesji na punkcie posiadania własnych mebli czy toalety. Nie przykładam do tego większej wagi. Nie przeszkadza mi ani bałagan (okej, czasem zaczyna przeszkadzać, ale musi już być naprawdę znaczny, uwierzcie na słowo), ani hałas. Nie jestem konfliktowa, więc jeśli tylko ktoś mówi, to raczej się ze wszystkimi dogadam. A jednak, a jednak. Do Lipska nie mogłam się przyzwyczaić. Pierwsze dwa tygodnie to w ogóle był mój dramat, chciałam się spakować i z Misiem stopem wrócić do Polski. Nie opisując już szczegółowo dnia po dniu mam w głowie taki obraz: siedzę na brudnej podłodze, bo nie mam na czym siedzieć w pustym pokoju, w którym dookoła stoją tylko moje torby i reklamówki. Nie mam czym posprzątać. Nie mogę niczego rozpakować, bo nie mam gdzie – nie mam żadnych mebli, szafy, łóżka. Mam Misia klatkę i stolik z IKEI z przeszłością. Na szczęście mam już od niedawna w pokoju prąd i goła, samotna żarówka daje mi światło. Jestem sama w mieszkaniu, nie mam kogo o nic zapytać, nie mam do kogo się odezwać. Nie mogę wyjść na zakupy, bo nie mam kluczy. Nie mogę więc ani zakupić żadnych mebli, ani zrobić niczego do jedzenia. Nie mam żadnego kontaktu do właściciela. Siedzę więc na podłodze, chce mi się płakać i czytam jedyną książkę, którą sobie przywiozłam. Po 5 godzinach książka prawie przeczytana. Słyszę szczęk kluczy w drzwiach i myślę: „jest nadzieja”. You go, girl!

B jak biurokracja

O matko. Gęsia skórka na samo wspomnienie. Nie cierpię wykonywania telefonów do urzędów. Ani chodzenia tam osobiście. Nie odnajduję się w bankach. Nie lubię uzupełniania formularzy, bo zawsze czegoś nie rozumiem. Nie mam cierpliwości do stania w kolejkach. Generalnie nie lubię niczego, co wiąże się z załatwianiem jakichkolwiek formalności. Jestem w tym beznadziejna, serio i to żadna kokieteria. Myślałam, że najgorszym krajem jeśli chodzi o biurokrację jest Polska. Kiedy tu mieszkasz, często wydaje ci się, że wszędzie jest lepiej, tylko u nas najgorzej. Ale potem wyjeżdżasz i … eureka, iluminacja, oświecenie! Nie, polska biurokracja się CHOWA do niemieckiej. W wielkim skrócie: 2 tygodnie zajęło mi załatwienie formalności na uczelni, zakup niemieckiego numeru telefonicznego, zameldowanie się w urzędzie i założenie konta w banku. W Poznaniu nigdy się nie meldowałam, w Niemczech ku mojemu nieszczęściu jest taki obowiązek – masz na to dwa tygodnie od momentu przeprowadzki. W urzędzie pan pyta „Paszport? Jest. Potwierdzenie z uczelni? Jest. Umowa o mieszkanie? Nie ma”. Jak to, jest wymagana? Tłumaczę, że właściciel Holender, nie mieszka w kraju, trochę to potrwa, Pan wyraża zrozumienie i nadzieję, że uda mi się to załatwić w ciągu dwóch tygodni. W banku pani pyta „Czy jest Pani umówiona?” – okazuje się, że na wszystko trzeba mieć w tym kraju umówiony „TERMIN” – to chyba ich najulubieńsze słowo. Udało się zagrać mało rozgarniętą blondynkę i jak już myślałam, że coś załatwię, to… pani pyta „Potwierdzenie o zarejestrowaniu w urzędzie?” – „Nie mam, bo nie mam umowy o mieszkanie, itd. …” „Przykro mi, w takim razie nie możemy otworzyć rachunku.” Idę do sklepu z siecią telefoniczną zakupić niemiecką kartę (co jest także nad wyraz skomplikowane, bo trzeba podpisać umowę!) Pan pyta „Niemiecki numer konta?”, „Nie mam, bo nie mam potwierdzenia z urzędu, bo nie mam umowy o mieszkanie”. AAAAAA ratunku, myślałam, że oszaleję! Dwa tygodnie zajęło mi wypytanie znajomych o wszystkie najkorzystniejsze opcje, banki, sieci telefoniczne, ale kluczowe było ustalenie kolejności załatwiania spraw – i wiecie co się okazało na końcu? Poszłam jeszcze raz do tego urzędu, po otrzymaniu uroczej kartki z napisem „37 osób czeka razem z Panią” i odczekaniu godziny trafiłam do innego Pana, który spojrzał na mnie jak na idiotkę i powiedział „Umowa mieszkaniowa?! Niepotrzebna! Kto Pani to powiedział?!”. Ręce opadają, przecież mogłam to wszystko załatwić od razu, tamtego pierwszego dnia! Na koniec jeszcze ciekawostka: za relokację dostaje się 150 EUR, więc mimo wszystko warto swoje przecierpieć i się zameldować (chociaż nie wiem czy to dotyczy wszystkich, jakieś wyjątki są na pewno). Ale w sumie jak się tu zameldować, skoro nie znasz adresu? Tzn. znam nazwę ulicy i numer kamienicy: Naumburgerstr. 35, ale skąd mam wiedzieć jaki numer mieszkania? Dopytuję współlokatorów, właściciela, nikt nie wie. Say whaaat?! I co się okazuje? Kluczowe jest naklejenie swojego nazwiska na domofonie i skrzynce pocztowej – inaczej listonosz niczego Ci nie doręczy, bo przecież nie wie pod którym numerem mieszkasz, bo przecież nie ma numerów! A w urzędach zapisywane są informacje w następujący sposób: Joanna Wypusz, zam. Naumburgerstr. 35, drugie piętro, drugie drzwi po prawej stronie. No comments.

C jak czas wolny

Najpierw błogosławiłam, a potem przeklinałam. Oj, odpoczynku mi było trzeba. Wreszcie miałam czas, by pomyśleć trochę o sobie. Zapisałam się na zajęcia z samby. Zaczęłam biegać i miałam przy sobie mój ukochany rower, więc to były idealne sposoby na poznawanie miasta. Wróciłam po tylu latach do siatkówki. Chodziłam do kina. Na spotkania tandemowe. Do pubów na mecze. Do pijalni na polską wódkę. Na językowe spotkania obcokrajowców. I na randki. Przyjmowałam gości. Odnawiałam stare kontakty. Zwiedzałam. Poznałam Erasmusów i byłam nawet na jednej czy dwóch erasmusowych imprezach. I na jednej wycieczce do Erfurtu, z organizacją studencką Wilma. Swoją drogą fajna inicjatywa dla takich samotnych erasmusowców jak ja. W ogóle dużo ludzi poznałam, szczególnie moją ulubioną latynoską ekipę. Ale potem – jak wiecie – skręciłam kolano. I ostatnie tygodnie, kiedy wreszcie coś zaczęło się rozkręcać, kiedy wreszcie spotkałam ludzi, których polubiłam, kiedy odnalazłam się do reszty w mieście, kiedy wreszcie miałam SZALEĆ … spędziłam w pokoju na łóżku polowym. I wtedy zaczęłam ten czas wolny przeklinać. Bo na dworze było ze 40 stopni, wszyscy jeździli nad jezioro, a ja … dupa. Doszły stresy z uczelnią, stresy z operacją, stresy z policją (no dobra, wszystko to raczej lekkie śmiechy-chichy, ale jednak trochę spraw do załatwienia było). Co prawda miałam odwiedziny – i z Polski (które mnie uratowały) i nowych znajomych z Lipska (które mnie czasem dobijały). Jak już dotarłam po raz milionowy na koniec internetu, odpisałam na wszystkie wiadomości, obejrzałam zaległe 50 filmów, nauczyłam się nazw wszystkich krajów po angielsku, nauczyłam się chodzić jako tako z tą nogą, to … przyszedł czas na operację i znowu to samo od nowa. Oczywiście cały ten nadmiar czasu wolnego absolutnie nie przyczynił się do tego, bym ruszyła z doktoratem. Jakoś mnie to nie dziwi. A noga, cóż, na szczęście jest już coraz lepiej!

D jak demonstracje

Pierwsze dwie minuty w Lipsku. Pierwszy szok kulturowy przeżywam już zresztą w autobusie, bo pan kierowca najpierw informuje o 10-minutowym opóźnieniu i uroczo przeprasza, wygłaszając  10-minutowy monolog, następnie z trasy informuje nas, że opóźnienie uległo zmniejszeniu do 7 minut, a na koniec… przyjeżdżamy o 2 minuty za wcześnie. I po co to wszystko? Wysiadam z autobusu, który akurat dzisiaj wyjątkowo zaparkował nie tam gdzie zawsze, patrzę na swoją prowizoryczną mapę, której oczywiście nie chciało mi się drukować, więc postanowiłam ją odrysować. Niestety zagubiła się pewnie gdzieś, bądź ją wyrzuciłam, ale łatwo sobie ją wyobrazić: to była tylko jedna kreska, niech będzie, że zabłysnę matematyczną wiedzą, nie odcinek, a łamana (może być?). A teraz wszystkie drogi poblokowane, policja… wszędzie. Radiowozy małe i duże, blokady ulic, policjanci w pełnym rynsztunku, helikoptery krążące nad głowami i demonstranci, grzecznie spacerujący, wykrzykujący raz na jakiś czas lekko rasistowskie hasła. O co chodzi dowiedziałam się dopiero później i mimo, że wiele razy na ten temat dyskutowałam, to i tak nadal tego wszystkiego nie rozumiem i pewnie już nie zrozumiem. Legida – na wzór Pegidy w Dresden – to demonstracje wymierzone teoretycznie przeciwko islamizacji Europy, praktycznie trąci to odradzającym się neonacjonalizmem we wschodnich Niemczech, a do tego pasują oczywiście rasizm, kseonofobia i homofobia. Demonstracje odbywały się z pewną regularnością w poniedziałki, na wzór „tradycyjnych” demonstracji wolnościowych w latach 90tych. Na pewno cieszy fakt, że zdecydowanie więcej ludzi jest przeciwko Legidzie, a oni też tworzą różnego rodzaju ruchy, ugrupowania i kontrdemonstracje. Osobiście nie poznałam nikogo, kto by miał poglądy zgodne z Legidą i całe szczęście. Kiedy widziałam przygotowania policjantów do demonstracji już na kilka godzin przed, a potem czytałam o zamieszkach w mieście (wybita jedna szyba na przystanku i rzucony jeden kamień), to chciało mi się śmiać, żartowałam, że tyle policji i sprzętu to my pewnie w całym kraju nie mamy, ale prawda jest taka, że takie ugrupowania mnie przerażają. Kilka tygodni później na sąsiedniej dzielnicy został pobity na śmierć młody chłopak, najprawdopodobniej tylko dlatego, że miał egzotyczny wygląd i nieeuropejskie pochodzenie. I tego się boję – nie tego, że mi osobiście coś grozi. Boję się radykałów, fanatyków, ludzi, do których nie trafiają żadne merytoryczne argumenty, ludzi, którzy nie potrafią wyartykułować swojego zdania, tylko powtarzają to, co ktoś natłukł im do głowy, robiąc przy okazji pranie mózgu. I boję się tej spirali nienawiści.

IMGP3821

E jak ekologia 

Kolejne ulubione niemieckie słowo. Ekologia jest w modzie. Segreguje się więc wszystko: odpady biologiczne, papiery, plastiki, szkło. Szkło dzielimy oczywiście na zielone, brązowe i białe. Wszystkie butelki i puszki mają kaucję, ale żeby nie było tak łatwo – nie wszystkie możesz oddawać wszędzie. Musisz więc pamiętać jaki napój kupowałeś w jakim miejscu. Moi współlokatorzy piwo pijali raczej chętnie, więc butelek u nas były setki. Jak już nie mieli co jeść, to raz na kilka tygodni wynosili wszystko i potrafili z tego uzbierać kilkadziesiąt euro. No ale mnie ta kaucja przede wszystkim wkurzała. Aż nauczyłam się pić wodę z kranu i problem praktycznie zniknął. Uwielbiam w Niemczech to, że można pić alkohol w miejscach publicznych oraz grillować w parkach. Absolutnie to kocham. Dzięki temu przestrzeń miejska żyje. W parku możesz spotkać wszystkich prawie o każdej porze dnia (i czasami też nocy)- od emerytów, przez rodziców z dziećmi, po studentów. Aktywnie spędzających czas na jeżdżeniu na deskorolkach, czy chodzeniu po linie oraz pasywnie spędzających czas, czyli leniuchujących i chillujących (kolejne słowo klucz), najczęściej przy piwie i grillu. A rano, po wszystkim, przyjeżdża służba porządkowa i sprząta wszystko to, co zostawili ludzie – ale wielkiego bałaganu nie ma, raczej każdy po sobie sprząta. I to jest piękne, te obrazki ukradłabym do Polski od razu! Poza tym zabrałabym jeszcze niemieckie targi staroci i wystawki. Z tymi ostatnimi związane są dwie sytuacje: jak już wspominałam w moim pokoju nie było żadnych mebli i coś musiałam zorganizować. Pojechałam z koleżanką na targ staroci, ale łóżko polowe i starą szafkę znalazłyśmy dopiero przez internet. Ogólnie odbiór, transport i wnoszenie tych mebli na górę, to kolejna opowieść. Ale wyobraźcie sobie, że kiedy ja z Agą w pocie czoła wnosiłyśmy polówkę na górę, ktoś na dole już upolował moją szafkę za 5 EUR! Schodzimy na dół, szafka już zapakowana i jakaś para powoli zaczyna się oddalać. Ale wywalczyłyśmy ją z powrotem – uwierzcie mi, stała na dole jakieś 5 minut i naprawdę była w katastrofalnym stanie. Ma to jednak swoje plusy – przy wyprowadzce wszystko to, co nam się nie zmieściło zostawiliśmy na dole z karteczką „do zabrania 🙂 ”: dwa stoliki, rozwaloną polówkę, słynną odrestaurowaną szafkę, suszarkę do prania, kartony, koszyk na rower. Tata z Zuzią wszystko nosili i pakowali, a ja siedziałam w aucie i obserwowałam. Całość zniknęła w ciągu 5 minut. Z domu obok wyszła trzyosobowa ekipa i z autentyczną, dziecięcą radością wszystko zabrali. Prawie, że krzycząc z podniecenia i skacząc z radości. Fajny widok, drugie życie dla rzeczy, których już nie potrzebujesz i autentyczna radość punkowców, którym to się na pewno jeszcze przyda. Ciekawe jaki los spotkał mój rower.

F jak finezja

To łatwe. Nie ma jej, prawie nie istnieje w ogólnej świadomości. Gigantyczne różnice – jak dla mnie – po 26 latach wolności można zauważyć w mentalności zachodnich i wschodnich Niemców. Tutaj niby też wszystko jest poukładane, niby Ordnung muss sein. Rzeczywiście nie sposób czegoś załatwić po swojemu, jak my to mówimy „ogarnąć, wykombinować”. Fraza „jak to się nie da, wszystko da się!” byłaby tu absolutnie nieprzetłumaczalna 😉 Ale z drugiej strony mieszkałam w fajnej dzielnicy, w takich trochę bardziej opuszczonych Jeżycach. I tutaj już prawie na każdym roku dało się zauważyć jakieś przejawy kreatywności, np. darmowe sklepy czy Vokü, czyli tzw. kuchnię dla narodów. Ta dzielnica na razie jeszcze nie żyje, nie pulsuje w niej rytm miasta, właściwie tylko na jednej ulicy coś się dzieje. Zbyt dużo tutaj pustostanów, za mało się dzieje. Ale powoli, powoli coś się budzi do życia. Ja się tam czułam wbrew pozorom bardzo dobrze – jest przepięknie położona, wśród parków i kanałów, niby blisko centrum, ale jednak już za rzeką, po drugiej stronie miasta, niby tu niebezpiecznie, ale nic mi się nigdy nie stało. A do domu wracałam przecież o różnych porach. Wrócę tam za jakiś czas i na pewno będzie pięknie.

G jak gotyk

Największy festiwal gotycki w Europie – Wave Gothic Treffen odbywa się w maju w Lipsku. No bez dwóch zdań to jest wydarzenie. Do miasta zjeżdża kilkadziesiąt tysięcy osób, większość śpi na polu namiotowym na obrzeżach miasta i wygląda to trochę jak taki Woodstock, ale wszyscy są mocno umalowani i albo nie mają wiele na sobie ubrane, albo mają aż nadto, po kilka warstw 😉 Koncerty odbywają się w kilkunastu miejscach w mieście, więc nawet jeśli nie masz biletu, to i tak coś tam dla siebie „uszczkniesz” z tej atmosfery. Warto to zobaczyć, nawet gdy muzyka gotycka to nie twoja bajka. Goci przygotowują się do tego festiwalu miesiącami, niektórzy są naprawdę pięknie poubierani (polecam np. śniadanie w stylu wiktoriańskim), ale trzeba przyznać, że niektórzy są lekko przerażający – pająki we włosach jednak napędzają mi stracha. I praktycznie wszyscy uwielbiają jak się im robi zdjęcia.

H jak historia

Mam z tym problem. Kiedyś nie miałam. W końcu w moich żyłach też płynie niemiecka krew, studiowałam niemiecki, mieszkałam już wcześniej w Niemczech, a w odwiedziny przyjeżdżałam pewnie z kilkadziesiąt razy. Myślałam, że studia już mnie przygotowały na wszystko i nic mnie nie zaskoczy. A jednak. Trzy sytuacje.

  1. Siedzimy w akademiku, pijemy Żołądkową Gorzką  i gramy w Chińczyka. Niemiec, mówiący po polsku i Polka, mówiąca po niemiecku. Niemiec – mega pijany , Polka – lekko wcięta. Niemiec nagle wstaje i postanawia opowiedzieć mi w środku nocy, w stanie wskazującym losy swojej rodziny. Otóż dziadek z jednej strony wraz z rodziną zostali wypędzeni z Polski do Niemiec. Za to dziadek z drugiej strony w ciągu ostatnich kilku tygodni został wcielony do Luftwaffe. „Rodzina podwójnie poszkodowana”. Przysięgam, że wytrzeźwiałam i wyszła mi gęsia skórka. Chociaż kolega kolegą pozostał i wyraził nawet ubolewanie, że takie tematy porusza w takim stanie.
  2. Zajęcia ze szwedzkiego. Kolega nie może zrozumieć jak mam na imię – jak to tak, wszyscy na zajęciach mówią do Ciebie Asia, więc czemu podpisałaś się na liście pod imieniem Joanna? Robię krótkie wprowadzenie do polskich imion, na co kolega przerywa mi i pyta: to ty nie jesteś z Niemiec? Ano, nie, nigdy w życiu, no way. Pani nas ucisza, ale widzę, że aż się w nim kotłuje, żeby mi coś powiedzieć. I w końcu mówi podekscytowany: „Mój ojciec urodził się w Polsce”. Na co ja, niewiele myśląc „super, mówi po polsku? A ty coś mówisz?” Odpowiedź prawie zwaliła mnie z nóg – „no nie, właściwie tylko się urodził, a potem musieli uciekać, wiesz bo to było w latach czterdziestych.” A ja naiwna myślałam, że to potomek polskich emigrantów.
  3. Zajęcia z hiszpańskiego. Wpada tajemnicza Pani, która mówi po hiszpańsku lepiej niż wszyscy w naszej grupie i której narodowości długo nie udało się nam ustalić. Ale ponieważ ciągle, do znudzenia ćwiczyliśmy opowiadanie o sobie, w końcu przyszła kryska na matyska. Dopytujemy i okazuje się, że Pani jest Francuzką. Jej mama jest rodowitą Francuzką, a ojciec Niemcem. Pani nauczycielka dopytuje w jakim niemieckim mieści urodził się jej ojciec, a nasza Francuzka odpowiada: w Gdańsku. Musiałam od razu zareagować, że co jak co, ale Gdańsk to jest nasz, Polski!

IMGP3912

I jak interkulturowość

Moja bajka. Lubię uczyć się nowych języków, lubię poznawać nowych ludzi, szczególnie z dalekich, egzotycznych krajów, lubię dopytywać o ich tradycje i zwyczaje, interesuję się czasem ich kulturą, dużo potrafię na ten temat czytać. I kiedy już niby wydaje Ci się, że jesteś taki toleracyjny, taki open-minded, taki towarzyski, przygotowany na tzw. culture-clash, czyli „kulturowe szoki”, to … okazuje się, że to wszystko nieprawda. Są pewne sytuacje, w których nie czujesz się komfortowo i już, nie możesz się na to przygotować. Bo jak zareagować, kiedy kelner w restauracji od razu rozpoznaje, że nie jesteś Niemką i po Twoich pierwszych słowach przechodzi od razu na angielski? Albo kiedy 50letni rozwodnik z Syrii zaprasza Ciebie do restauracji na kolację, a kilka minut później proponuje twojemu koledze z Hiszpanii sprzedaż kobiety z Maroka? Albo gdy w tramwaju dosiada do ciebie chłopak, który usilnie chce jechać z tobą do domu i zostać twoim chłopakiem, a kiedy odmawiasz całuje cię i wychodzi z tramwaju? No kurczę, tego nie ma w podręcznikach i w przewodnikach! W Lipsku paradoksalnie najmniej kontaktu miałam z…. Niemcami. Nawiązywanie tych znajomości przychodziło mi z wielkim, ogromnym trudem i długo nie mogłam tego przeboleć. Później jak już udało się z kimś zakolegować, to najczęściej okazywało się, że mentalnie jakoś do siebie nie pasujemy (jeśli chodzi o charakter i temperament). Tzn. ja nie zdradzałam się od razu z tym, że mam tę świadomość, raczej zaciskałam zęby, dusiłam przemyślenia i – wstyd się przyznać, ale to prawda – trochę z braku laku i tak podtrzymywałam te znajomości. Faktem jednak jest, że dużo więcej znajomych miałam z Europy i ze świata. No i zdecydowanie więcej miałam kolegów, niż koleżanek – to też było duże pole do popisu jeśli chodzi o moje „zrozumienie i poszanowanie przedstawicieli innych kultur”. Mimo wszystko uważam, że warto, że taka nauka jest niezwykle przyjemna – nie tylko dowiadujemy się więcej o świecie, ale przede wszystkim o nas samych – konfrontowanie swojej kultury z innymi na pewno należy do moich ulubionych tematów rozmowy z obcokrajowcami. Potem zaczynam zwracać u nas uwagę na takie rzeczy, zachowania, nawyki, których wcześniej w ogóle nie dostrzegałam. Myślę, że ta kolorowa mieszanka obcokrajowców tak naprawdę uratowała jakoś tę moją lipską egzystencję – bez nich, w otoczeniu tych smutnych Niemców, byłoby mi naprawdę ciężko. I wiem, że generalizuję i nie jest tak, że nie lubię Niemców – mam wielu znajomych, porozrzucanych po całym kraju i nie tylko, bliższych i dalszych i bardzo sobie cenię te znajomości. Tylko w Lipsku jakoś się nie udało. Z Polakami też się zresztą nie trzymałam i to z wyboru – „Polonia” i nasi erasmusowi studenci jakoś nie należą do moich ulubionych 😉 I w tym miejscu pozdrawiam (ale i tak wiem, że tego nie przeczytają) moich znajomych z Włoch, Bułgarii, Szwecji, Luksemburgu, Ukrainy, Grecji, Hiszpanii, Francji, a także ze Stanów, Meksyku, Nikaragui, Kolumbii, Dominikany, Salwadoru, Argentyny, Chile, Peru, Gwadelupy. No i okej paru Niemców i parę Niemek też 🙂

J jak Johannapark

Wyobraźcie sobie, że w Lipsku jest park mojego imienia. Johannapark. Ulubiony park studentów, bo znajduje się bardzo blisko centrum i ulubiony park nowożeńców, bo jest tam nad stawem taki mostek, z którego rozciąga się dość urokliwy widok, pozwalający na robienie niezłych ślubnych sesji zdjęciowych z nowym ratuszem i wieżowcem MDR w tle (wygooglaj to sobie, sobie). Park ufundował ojciec Joanny, bo zmarła ona w młodym wieku, wskutek nieszczęśliwej miłości. Chyba zmuszono ją do niechcianego małżeństwa, historia więc niezbyt romantyczna, a ojciec raczej tym parkiem win swych nie odpokutował. Nie było to moje ulubione miejsce, ba nie był to mój nawet ulubiony park! Ale nawiązuje do mojego imienia i tu zaczynają się schody. W Niemczech trudno jest znaleźć dwie osoby o tym samym imieniu. Często nawet ciężko rozróżnić, czy chodzi o mężczyznę, czy kobietę, bo imiona uwierzcie mi potrafią być naprawdę dziwaczne. My zaśmiewamy się z Helgi i Hoersta, ale takich imion już praktycznie spotkać nie można, za to szereg innych. U nas jak jest – wiadomo. Idę o zakładam, że w każdej klasie była co najmniej jedna Joanna. Albo dwie czy trzy. Może teraz nie jest to już tak popularne imię, ale ręka w górę kto nie zna żadnej Asi? Ja przyzwyczaiłam się już prawie do wszystkich wersji mojego imienia, ale dalej nie przestaje mnie to bawić. Każda z nich też kojarzy mi się z inną osobą, albo sytuacją. Joanna mówią do mnie chyba tylko w bankach i urzędach. Joasia kojarzy mi się z dzieciństwem – mam jeszcze na nagrania z dzieciństwa, kiedy miałam z 5 lat i próbowałam swoją dziecięcą miotełką posprzątać korytarz. Ciocia mówi „Joasiu, dlaczego sprzątasz, przecież mama prosiła, żebyś tego nie robiła.” (ciągle chorowałam i nie wolno mi było przebywać w kurzu). Na co ja nawet nie przestając sprzątać i nie zaszczycając cioci spojrzeniem odpowiadam „Ale ja to robię!” 😉 Asiunia – to już natomiast inna bajka, niechętnie to ostatnio wspominam. Koleżanki często mówią do mnie „Asiula”, a chłopaki za to „Aśka”. A ja dla wygody używam „Asia”, bo jest to na tyle zwyczajna i normalna wersja, że nie wiąże się dla mnie z żadnymi szczególnymi wspomnieniami. Chociaż gdziekolwiek nie jestem, nawet w całkiem nowym towarzystwie i tak ktoś prędzej czy później powie „Dżołana”, a to na pewno ciągnie się za mną dłużej, niż fejm Joanny Krupy w Polsce. Niemcy mają odpowiednik mojego imienia i brzmi on „Johanna” – tzn. tak się to pisze, bo wypowiada się to następująco: „Johana”. Ile razy dawałam w urzędzie, banku, szpitalu, na uniwersytecie dowód, kiedy trzeba było spisać moje dane i tak zawsze zostawałam Johanną. Joanna w świadomości Niemców najwyraźniej więc nie istnieje, nawet jeśli czasami wystarczy to spisać 😉 Jeszcze śmieszniej zaczyna się robić, kiedy poznajesz obcokrajowców i każdy z nich ma inny pomysł na twoje imię. Ja naprawdę przez całe życie myślałam, że jest ono całkiem zwyczajne, proste, niecharakterystyczne, szału nie robi. A tutaj okazuje się, że można stworzyć nieskończoną ilość wersji! Ja nie umiem ich zapisać, a mojego prawdziwego imienia nikt nie potrafi wypowiedzieć i to jest nawet urocze – czasami próbuję wytłumaczyć jego pisownię i wymowę i zawsze wypada śmiesznie. Tłumaczę więc, że u nas prawie zawsze imiona mają kilka wersji. Że powszechne są zdrobnienia. Że od Joanny pochodzi Joasia, a od Joasi – Asia. Że piszemy to tak jak nazwę kontynentu po angielsku, a wymawiamy jakby były tam tylko trzy dźwięki, mimo 4 liter: A – Ś – A. Nikt nie potrafi tego powtórzyć, ale kiedy mówię, że „ś” to prawie ten sam dźwięk co np. w słowie „ich” to wszystkim zaczyna wychodzić. Ale 15 minut później ktoś próbuje mnie zawołać i woła 6 razy, bo ja nie rozumiem, że chodzi o mnie. Widzę, że na jego twarzy dokonuje się proces myślowy, przypominają się moje wyjaśnienia i nagle słyszę „EJŻIA!!!”. No tak, Azja po angielsku…. Ale moją ulubioną wersją, bez dwóch zdań i tak pozostanie…. USHER. Serio, co najmniej kilka osób zapytało mnie, czy nazywam się tak jak ten amerykański wokalista r’n’b. Ha, ha, ha.

K jak  komplementy

Nieumiejętność przyjmowania i prawienia komplementów to ponoć nasza cecha narodowa. Kiedyś zresztą nawet tutaj pisałam o tym, że nie mówimy sobie miłych rzeczy, nie używamy ciepłych słów. To kolejna rzecz, którą przyjmujemy za coś normalnego i rzuca nam się w oczy dopiero w konfrontacji z innymi narodowościami. Ja też przyznaję, że mam z tym duży problem. Chociaż i tak chyba lepiej wychodzi mi prawienie komplementów, niż ich przyjmowanie. Zresztą przypomnijcie sobie też wasze własne reakcje. Ktoś mówi „Ale piękna sukienka” – „A tam, wiesz z przeceny kupiłam, nic szczególnego.” „O jak ty ładnie dziś wyglądasz” – „Daj spokój, spać nie mogłam, przepracowana jestem, zestresowana, na nic czasu nie mam”. „Ciasto wspaniałe upiekłaś, obiad zresztą też przepyszny” – „A daj spokój, nic w domu nie miałam, to tak na szybko zrobiłam”. „Ale ty świetnie mówisz po niemiecku” – „No trochę mówię, ale wcale nie świetnie, przecież tyle jeszcze mi brakuje, już straciłam nadzieję, że kiedyś będę mówić jak native.” A przecież wystarczyłoby powiedzieć dziękuję! Nie wiem dlaczego ciągle deprecjonujemy swoją wartość, zaniżamy swoje zasługi i umiejętności, ale ja też na to choruję, mimo że jestem tego świadoma od dobrych kilku lat! Komplement dotyczący znajomości języka niemieckiego słyszałam – bez kitu – setki razy. I dopiero po kilku latach nauczyłam się odpowiadać „Dziękuję…” chociaż i tak często dodaję „…ale już tak długo się uczę, połowę życia, więc tak jakoś wyszło.”

Sytuacja robi się jeszcze bardziej skomplikowana, gdy słyszę komplementy dotyczące swojego wyglądu.  Generalnie tutaj się gryzę w język, bo temat skomplikowany i nie nadaje się na bloga, ale mam jedno przemyślenie i kilka ulubionych sytuacji. Kto mnie zna, ten wie, że zdarza mi się mocno narzekać na kryzys męskości i wychwalać testosteron co niektórych pod niebiosa. Ale i tak chyba wolę naszych polskich facetów niż to zachodnie pitu-pitu. Tak, znowu generalizuję, ale mam wiele przykładów. Od tej hiszpańskiej i włoskiej romantyczności na pokaz, setek komplementów, banalnych słów, zachwytów nad księżycem i gwiazdami, zachwalaniem oczu/włosów/perfum/szminki/sukienki/itepe/itede wolę chyba nasz słowiański, lekko nieociosany, nieokrzesany romantyzm: odebranie kogoś z dworca, przepuszczenie w drzwiach, naprawienie popsutych rzeczy, pomoc w zrobieniu/wniesieniu zakupów itd. A może się zestarzałam i nie nabieram się już na wszystko tak jak kiedyś. Tak czy inaczej albo Lipsk słynie z komplementowania, albo ja tak trafiałam. W dużym szoku byłam kiedy uświadomiłam sobie, że komplementują mnie równo i dziewczyny i chłopaki. Kolejny zaskok to kolor włosów – bądź co bądź blond też jest dość popularny w Niemczech, przecież nie byłam tam ani jedynym białym człowiekiem, ani jedyną Polką, ani jedyną blondynką. A mimo to okazywało się, że blond wzbudza furorę. Spotkałam Włocha, który twierdził, że pierwszy raz  życiu na żywo, blisko siebie widzi takie zielone oczy i takie blond włosy. Ile w tym było kokieterii nie wiem, nie wnikam. Wygłaszał też monologi na temat urody Polek, a kiedy zapytałam kiedy był w Polsce, to okazało się, że nigdy i w ogóle to nie zna żadnych Polek, jestem pierwszą z którą rozmawia w życiu. No szok. Komplementy, komplementami, ale mieszkamy w wolnej Europie i byłam w lekkim szoku, że 200 kilometrów od naszej granicy mieszkają ludzie, którzy nigdy nie widzieli Polaka bądź Polki. A w Lipsku ich przecież dostatek! 😉 Poza tym komplementy dot.  ubioru – ja do tego nie przykładam wielkiej wagi, ale okazuje się, że inni na bieżąco rejestrują co masz ubrane. Mój ulubiony przykład: trzech facetów zwróciło uwagę na moje sandały. SANDAŁY! Raz nawet rozwiązała się na ten temat dyskusja, z wołaniem kolejnych osób, żeby przyszły i też popatrzyły. A co ja na to? „No dajcie spokój, moje sandały za 7 EUR?” No i na koniec Hiszpan i jego rozwodzenie się nad tym, że wspaniale, że nie mam wąsa, bo Portugalki mają. I w ogóle rozkminy nad stanem odwłosienia i pytania w stylu „Dlaczego nie masz włosów na rękach?” „No jak to, przecież mam.” „Ale blond, blond się nie liczy, gdybyś się przyjrzała Hiszpankom…” Ubaw po pachy.

L jak Lipsk

Kilka zdań o samym mieście. Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego czułam się tam tak źle, skoro naprawdę lubię to miasto. Wiem, nieważne gdzie, ważne z kim – pewnie w tym tkwi szkopuł. Bo Lipsk to naprawdę fajne miejsce, dla mnie bardzo podobne do mojego ukochanego Poznania. Jest to w końcu też miasto uniwersyteckie, studentów na ulicach pełno, więc ciągle coś się dzieje. Z drugiej strony nie jest tak gigantyczne jak Berlin czy Warszawa, wszędzie prawie można dojść pieszo, albo dojechać rowerem. Nie mieć roweru w Lipsku to w ogóle jakby nie mieć nóg – nie wiem czy znam kogoś, kto tam mieszka i nie jeździ rowerem. Infrastruktura = bajka. Do tego miasto jest też względnie płaskie, tak samo jak Poznań, więc nawet mój rower bez przerzutek dawał radę (tutaj proszę o minutę ciszy, bo niestety został porzucony w Lipsku…). Peterstrasse w centrum wygląda trochę jak nasza Półwiejska. Poza tym miasto przecina też rzeka, są jeziorka, jest mnóstwo parków, ale wolno deptać trawę i spędzać w nich czas, nie tak jak u nas kilka lat temu. O życiu toczącym się w parkach już zresztą też pisałam. Dzielnice też są nawet podobne, ja jak już wspomniałam mieszkałam na Plagwitz, czyli takich aspirujących Jeżycach, ale były tam też blokowiska podobne do naszych Rataj, czy bogatsze dzielnice z wielkimi kamienicami jak na Sołaczu. Koniec końców w Lipsku odwiedziło mnie kilkanaście osób i wszystkim w tym miejscu bardzo dziękuję, jeszcze raz, bo ubarwiliście moją smutną egzystencję. Chronologicznie: mama, tata, Zuzia, Roberto, Przemek, Kasia, Natalia, Ola, Adam, Michał, Mateusz, Marcin, Ciocia, Piotrek, Ania. Super, nie? 🙂 Poza tym oczywiście były też rzeczy, które mi się nie podobały, ale bardziej tyczyły się raczej mentalności, niż architektury czy przestrzeni miejskiej. Ach i Lipsk to ponoć oaza muzyki elektronicznej! Nie wiem, nie znam się na tym, dla mnie techno to techno, nie rozróżniam tych podgatunków. Faktem jest, że miasto słynie z openairowych festiwali organizowanych w ciąu dnia, albo i w nocy, nielegalnie, w parkach, gdzie tylko wtajemniczeni dostają współrzędne i tylko na tej podstawie można odnaleźć miejsce imprezy. No i to jest zawsze techno, raz byłam, ciekawe doświadczenie, trochę się czułam jak za czasów w harcerstwie, ale to jednak nie moja rzecz.

Bardzo lubię zwiedzać miasto po swojemu, a odnośnie Lipska miałam duże plany i duże oczekiwania. Miałam mieszkać tam pół roku, więc wiedziałam, że uda mi się dużo zobaczyć. Ale przez tę nogę wszystkie plany wzięły w łeb, w końcu chciałam zwiedzać też okolicę, miałam jechać m.in. do Monachium. Kupiłam sobie też przewodnik, oczywiście lekko niestandardowy „111  Orte in Leipzig, die man gesehen haben muss” – no i lista miejsc, które odwiedziłam równa się mniej więcej liście rzeczy, których nie udało mi się zrobić ani zobaczyć. Pewnie niektórzy powiedzieliby, że i tak dużo robiłam i dużo widziałam, ale ja mam niedosyt. Dlatego tam wrócę, póki jeszcze mam do kogo.

Wszystkich gości oprowadzałam podobną trasą – są rzeczy w Lipsku, jak i w każdym mieście, których nie można pominąć – Auerbachs Keller, w której dawno temu imprezował Goethe i tak mu się spodobało, że wykorzystał tę piwnicę w swoim dramacie pt. „Faust”. Poza tym Kościół św. Tomasza, w którym przez kilkadziesiąt lat pracował Jan Sebastian Bach i z którego wywodzi się słynny chłopięcy chór św. Tomasza. Następnie standardy, czyli rynek, stary ratusz, nowy ratusz, opera, dworzec, uniwersytet. I uniwersytecki Kościół św. Pawła, a właściwie … jego brak. Bo wybudowano go XIII wieku, przetrwał wszystkie bombardowania, a potem w 60latach wysadzili go komuniści i … nikt za bardzo nie protestował. Budynek odbudowano, w stylu nowoczesnym, ale nikt za bardzo nie ma pomysłu, co z nim teraz zrobić. Czy ma to być aula uniwersytecka, czy może jednak kościół, ale jeśli tak to jakiej religii? Następnie tzw. Musikviertel z imponującym budynkiem sądu i moją ulubioną, przewspaniałą biblioteką Albertina. A potem to już parki i wszystkie ulubione miejsca, które w przewodnikach wspominane są rzadko, albo wcale. Ruiny fabryk na Plagwitz. Kanał rzeczny, z punktem, w którym zawsze spotykałam nutrie. Karl-Heine Strasse z lodziarniami i antykwariatem. Sachsenbruecke w parku Clara-Zetkin. Ulubiona włoska knajpa z najlepszą i pewnie najtańszą cafe latte w mieście, przepysznym tiramisu i najcudowniejszym Panem Włochem w pakiecie. Gigantyczne zoo w centrum miasta. Opustoszały teren dawnych targów. Las w środku miasta, trochę jak nasza Cytadela. Fasada bawarskiego dworca. Kiczowaty Pomnik Bitwy Narodów. Teren przy Felsenkeller podczas WGT. Gottschedstrasse i Karlistrasse ze swoimi knajpkami i restauracyjkami. Kwitnące drzewa przed Grassimusem. Koenneritzbruecke. Kulkwitzer See. Mendebrunnen mój punkt spotkań. Moritzbastei moja lipska Kultowa. Die naTo i pamiętny koncert. Pasaże w centrum niczym w Mediolanie. Rosental i klasyczny openair w parku. Cerkwia. Westwerk. I wymieniać mogłabym jeszcze trochę… I teraz tęskno mi się zrobiło do herbaty z marokańską mietą, lipskiego piwa Gose, lipskich ciasteczek Lerche, syropu Waldmeister i nawet do yerba mate, a co! Wrócimy tu jeszcze.

IMGP3897

M jak mieszkanie

Wiedziałam, że od wyboru mieszkania po części będzie zależeć moje życie towarzyskie. Przynajmniej na początku. Od razu zdecydowałam, że nie chcę mieszkać w akademiku, tylko w tzw. „WG”, czyli po naszemu w mieszkaniu studenckim. Obejrzałam jedno mieszkanie, potem kolejne, z którego uciekłam. Wynajmujący (nie właściciel), który miał też tam mieszkać miał ze 40 lat i bardzo chciał poszukać sobie zagranicznych znajomych, najchętniej młodszych, najchętniej kobiet. Dziwna sprawa, śmierdziało na kilometr, skoro już przed oglądaniem mieszkania wymagał wysłania linku do swojego profilu online np. na facebooku, couchsurfingu, albo na jakiejś stronie, gdzie szuka się partnerów seksualnych (zapomniałam nazwy). Ach i kazał przygotować sobie temat do rozmowy. No to uciekłam i zdecydowałam, że więcej szukać nie mam siły. Wybrałam pierwsze i nie żałuję. Mieliśmy swoje wzloty i upadki, bywało super i beznadziejnie, ale tak naprawdę wszystko zaczęło się rozkręcać jak skręciłam kolano… Ja jak zwykle oczekiwałam, że od razu będzie super, od pierwszego dnia kiedy się wprowadzę, przywiozłam ze sobą zresztą orzechówkę na przełamanie lodów, a tu … nikt ze mną nie rozmawiał. Dopiero potem okazało się, że współlokatorzy byli skonfliktowani i z sobą nawzajem i z właścicielem i z sąsiadami, a niecały miesiąc po moim wprowadzeniu dostaliśmy pismo, że musimy się wyprowadzić. Znowu ktoś lekko podjął decyzję co do mojej przyszłości, ale pewnie to i dobrze. Mieszkaliśmy w piątkę, w sumie to nie pamiętam, czy już o tym pisałam, cóż najwyżej się powtórzę, zresztą nie pierwszy raz 😉 4 chłopaków i ja: 2 Niemców, Kolumbijczyk i Dominikańczyk. Niemców nie było w domu, albo siedzieli w zamkniętych pokojach. Później się wyprowadzili, a na ich miejsce pojawiła się Greczynka i od razu zaczęło być głośniej i bardziej kolorowo. Chłopaki grali w zespole muzykę latynoamerykańską, więc często u nas było pełno Latynosów, muzykujących i podśpiewujących. Była też jedna wielka impreza urodzinowa. „Chan chan” w zadymionym pokoju o 4 nad ranem będę pamiętać długo. I byłoby jeszcze lepiej, gdybyśmy dogadywali się z sąsiadami. Historię o znalezieniu łazienki po miesiącu pomieszkiwania już znacie – kiedyś przy sprzątaniu po prostu okazało się, że mamy trzecią łazienkę, ale jakoś nikt mi nie powiedział i nikt jej nie używał. Walkę z brudem toczyliśmy wspólnie z jednym współlokatorem, ale z góry byliśmy na straconej pozycji – cóż, w tym temacie mam niestety wiele nieprzyjemnych opowieści. Poza tym typowe życie studenckie, leniwo-imprezowe, salon z piłkarzykami tzw. chill arena oraz Misiu wzbudzający furorę jak zawsze i wszędzie. Fajna to była przygoda. Nawet z uśmiechem wspominam nalot policji, ale o tym za chwilę…

N jak nauka

Właściwie nie musiałam niczego zaliczać, ani zdawać. W zasadzie mogłam studiować to, co chciałam. Tylko, że uświadomiłam sobie, że… już mi się nie chce. Że jakoś mój mózg nie chłonie tej nowej wiedzy. Że wolę zajmować się czymś innym, oczywiście nie tym, czym powinnam. Chociaż na zajęcia zapisałam się dobrowolnie i poziom motywacji na początku naprawdę miałam wysoki, to później jakoś nie zdało to egzaminu. To akurat niefortunne sformułowanie, bo przez kolano i pobyt w szpitalu nie mogłam podejść do sesji. Wróciłam do szwedzkiego, co cieszy. Porządniej wzięłam się za hiszpański, co prawda nauczycielka była dramatyczna, ale za to w grupie było na czym oko zawiesić 😉 Poza tym chodziłam tylko jeszcze na jakiś wykład monograficzny, ale szału nie było. Tak naprawdę więc o ofercie uniwersyteckiej nie mogę za wiele powiedzieć, ale nie ukrywajmy – taki był też cel 😉

O jak ojczyzna

Oj jak tęskniłam. A jak tęsknie, to idealizuję i wychwalam pod niebiosa. Chociaż na co dzień jest wiele rzeczy, które mi przeszkadzają w naszym kraju oraz wiele rzeczy, które mnie denerwują w Poznaniu czy Chodzieży, to zagranicą jestem w stanie jej bronić jak lwica 😉 Nie dam złego słowa powiedzieć na temat naszych przywar narodowych, niezdrowych potraw, klimatu, kompleksów, gospodarki, czy nawet polityki. Ale za to wychwalam polską gościnność, otwartość, rolę rodziny, głębokie przyjaźnie, szczere rozmowy, krajobrazy, tradycje i festiwale muzyczne. Wszyscy moi znajomi mają pewnie teraz wyobrażenie, że nasz kraj to raj na ziemi i wiecie co? Jeśli mnie odwiedzą w Polsce, nie zamierzam ich wyprowadzać z błędu. Zależy mi na pozytywnym wizerunku naszego kraju zagranicą i będę tego bronić do upadłego. W końcu kocham ten kraj, kocham tutejszych ludzi i to już pewnie nigdy się nie zmieni. A wiecie do jakiego stopnia byłam skuteczna? Jeden kolega zapisał się na kurs polskiego, no ale zrezygnował, bo twierdzi, że polski język boli i gryzie. Inny znajomy zmienił zdanie i zamiast studiować anglistykę zapisał się na … slawistykę zachodnią, czyli będzie uczył się polskiego i czeskiego. Kolejny znajomy pojechał na urlop do Polski i odwiedził uwaga: Szczecin, Łebę i … Lębork. Był ktoś z was kiedyś w Lęborku?! No i kilkuosobowa grupa (niestety nie kilkunastuosobowa jak było w planach) dojechała na Woodstock – wrócili absolutnie urzeczeni. Resztę ekipy postaram się zorganizować na przyszły rok 😉

IMGP3855

P jak policja

Nie powiem, że kiedykolwiek byłam wielkim zwolennikiem policji, ale przyjmowałam istnienie tych służb jako coś normalnego. I chociaż miałam już z nimi parę drobnych starć czy przygód, to jakoś nie wypisywałam HWDP na murach w czasach młodości. Podobnie długo wydawało mi się, że jeśli coś czytam, to z założenia powinno to być mądre i prawdziwe. Rozróżniania dobrych źródeł od tych złych nauczyłam się dopiero później. A w lipcu wszystko się zmieniło w ciągu jednej nocy i teraz już absolutnie nie ufam ani policji, ani mediom. W telegraficznym skrócie: w pewien lipcowy wtorek moja greccka współlokatorka zaprosiła na kolację paru znajomych. Oczywiście, że przy kolacji i alkoholu było trochę głośno, trochę też się przedłużyło, ale bez przesady. Do dzisiaj nie wiem, czy ktoś zadzwonił na policję, czy był to czysty przypadek. Ponoć w Niemczech jest takie prawo, że jeśli ktoś organizuje imprezę i zakłóca ciszę nocną, to policja musi trzy razy przyjść i zwrócić uwagę, dopiero potem mogą wyciągnąć jakieś konsekwencje. Za pierwszym razem chyba nie chciało się im wejść na górę, krzyczeli tylko z dołu, że za głośno, muzykę ściszyć i takie tam. Za drugim razem weszli w czwórkę, żądali dokumentów, wywiązała się dyskusja, zrobiło się nieprzyjemnie, obie strony rzucały oskarżenia, policja weszła nam do mieszkania, obudzili wszystkich, podstępem zabrali dowód mojej współlokatorki i … wtedy się zaczęło. Na klatce schodowej wywiązała się awantura, przepychanki, szarpanie, krzyki i piski, filmowanie, zrzucenie kolegi ze schodów i w końcu użycie gazu pieprzowego. Przysięgam, czegoś takiego jeszcze nie widziałam i nie czułam. Policja pojechała, a mi już nie było do śmiechu, pomagałam poszkodowanym się ogarnąć. Po godzinie przyjechało osiem radiowozów. OSIEM. Karetka pogotowia. Psy policyjne. Blokada ulicy. Brakowało tylko helikopterów. Nie wiadomo skąd w środku nocy na ulicy pojawili się ludzie. Chłopaki zeszli na dół, nadal nie wiem w jakim celu, zostali przeszukani i aresztowani. My w tym czasie robiliśmy czystkę mieszkania. Kilka chwil później walenie do drzwi, w mieszkaniu już pusto, została tylko nasza piątka: 3 obudzonych w tym ja, organizatorka „imprezy” i jej koleżanka. Naradzamy się, ale nie było wyjścia – trzeba było ich wpuścić bez nakazu przeszukania mieszkania i bez nakazu konfiskacji czegokolwiek, bo nas było 5 jak już wspomniałam, z czego trójka w pidżamach, a ich był… dwudziestu. Przeszukali nam całe mieszkanie łącznie z płatkami muesli i proszkami do prania i skonfiskowali telefony i tablety, bo jak widać w Niemczech nie wolno filmować. Staliśmy ze dwie godziny w korytarzu i czekaliśmy aż będziemy mogli pójść spać, słuchając na przemian to oskarżeń, to zarzutów, to durnowatych żartów, to lekko rasistowskich komentarzy, to idiotycznych uwag. Poziom absurdu tej sytuacji przerósł nawet mnie, ale hamowałam się jak mogłam z moim wybuchami śmiechu – raz czy dwa wdałam się w dyskusję z policjantem, ale był tak nierozgarnięty, że widziałam na jego twarzy ile kosztuje go proces myślowy. Dwa dni później szłam do szpitala, a potem już się wyprowadzałam, ale ten temat był cały czas na świeczniku. Najśmieszniejszy w tym wszystkim był artykuł, który ukazał się w lokalnej gazecie – daję głowę, że oprócz nazwy dzielnicy nie zgadzało się w nim nic. I te wszystkie komentarze – sama już nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać. W każdym razie rzekomo zaatakowaliśmy czterech policjantów, którzy ranni musieli się ewakuować, stąd ta obława. Niby byłam tylko świadkiem, ale i tak jestem poszkodowana, a właściwie to jestem niebezpiecznym przestępcą. Oh yeah! Od całej akcji minęło 1,5 miesiąca – nie wiadomo kiedy i czy w ogóle odzyskamy telefony. Sprawa została skierowana do sądu, a przeciwko mojej współlokatorce będzie się toczyć postępowanie o naruszenie porządku publicznego oraz naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza. Chory świat i bezkarni policjanci, którzy nadużywają swojej władzy.

R jak rozczarowania

Cała seria. Miałam przeżyć przygodę życia. Miałam szaleć jak nigdy. Miałam przeżyć wielką miłość. I w ogóle wszystko miało się zmienić. Dupa Jaś. Nie ułożyło się tak, jak oczekiwałam. Może to i lepiej? Liczyłam co prawda na koncertowe szaleństwa, międzynarodowe imprezy do rana, wschody i zachody słońca, wycieczki bliższe i dalsze, rozrywkowych ludzi. Trafiłam w większości na poukładanych ludzi, którzy mają stałą pracę, tydzień urlopu w ciągu roku i plan na najbliższe 10 lat życia. Czas spędzałam na posiadówkach w barach, gdzie standardowo musiałam prowadzić i podtrzymywać konwersację, bo inni jakoś się nie garnęli. Albo na spacerach po mieści, bo to przecież za darmo i odwiedzinach w mieszkania i akademikach, na które po drugim razie zareagowałam alergicznie, bo usłyszałam „zróbmy tak jak zawsze”. Rutyna po dwóch koleżeńskich spotkaniach? Zawsze wybieram serce, nie rozum, szaleństwo, nie rozsądek. Tylko tam jakoś nie miałam szczęścia. Ale i tak było warto, nie żałuję.

S jak strajki

Nie mam pojęcia kto na świecie wymyślił strajkowanie, ale jak dla mnie mogli to być Niemcy. Te ich strajki co prawda zdecydowanie odbiegają dynamiką i emocjami od naszych, ale nie można im odmówić zaangażowania. Otóż oni najwyraźniej uwielbiają strajkować i świetnie się do tego przygotowują, a całość wygląda jak festyn rodzinny. W trakcie mojego pobytu w Lipsku strajkowali kolejarze, sklepikarze, magazynierzy, listonosze, pracownicy lotniska, wychowawcy przedszkolni oraz rodzice dzieci. Zwariować można.

IMGP3839

T jak tandem

Kolejny „pierwszy raz”. Nie mając żadnego doświadczenia w kwestii tandemu uznałam, że to idealny sposób na naukę języka, głównie rozwijanie sprawności komunikacyjnej oraz płynności wypowiedzi. Poza tym wiedziałam, że będę miała dużo wolnego czasu, a jest to też bądź co bądź kolejna okazja do poznawania nowych ludzi. Obcokrajowców w Niemczech dostatek, sam program funkcjonuje więc na uczelni bardzo sprawnie.

O ja naiwna. Zacznę od swoich ułomności i ograniczeń. Po pierwsze, jak już wspominałam motywację do nauki języków miałam bardzo wysoką. Na początku. Postanowiłam więc poszukać nie tylko partnera/partnerkę do tandemu hiszpańskiego, ale też szwedzkiego. Pech (szczęście?) chciał, że początkowo nie mogłam znaleźć nikogo do tandemu szwedzkiego, za to jeśli chodzi o język hiszpański… dostatek! Od wyboru do koloru. Ale o tym za chwilkę. Ja często żartuję, że jestem najgorszym uczniem świata. Nie dlatego, że jestem jakoś wyjątkowo głupia albo leniwa. Nie dlatego, że nie rozumiem co się do mnie mówi i wolno się uczę. Po prostu mam świadomość technik i metod nauczania, przez parę lat sama uczyłam przecież dwóch języków i to w najróżniejszych grupach wiekowych. Może moje doświadczenie nie jest długoletnie, ale jest różnorodne. I ja stety niestety bardzo szybko jestem w stanie się połapać czy ktoś ma jakiekolwiek pojęcie o nauczaniu, czy nie. Poza tym jestem dociekliwa, zadaję dużo pytań. Jestem pilna, prawie zawsze wiem, co było zadane, bywam bardzo dobrze przygotowana do zajęć i jestem czasami aktywna. Niestety czasami zdarza mi się nawet kwestionować autorytet nauczyciela. Wiem, że to okropne, staram się to w sobie zduszać, bo przecież kiedyś taka nie byłam, ale studia zrobiły ze mnie innego człowieka 😉 Podsumowując, wydaje mi się, że wiem jak uczyć kogoś i jak uczyć się samemu, żeby się nauczyć języka. Oczywiście nie ma metod uniwersalnych, oczywiście zdarzają się przypadki, kiedy kogoś po prostu nie da się nauczyć. Ale siebie samą mam rozpracowaną. Co to ma wspólnego z tandemem? Przecież wiedziałam, że mogę trafić na różnych ludzi, niekoniecznie z doświadczeniem nauczycielskim? Przecież wiedziałam, że jeśli zapytam czemu to jest wyjątkiem, czemu mówi się tak, a nie inaczej, czemu tutaj jest zastosowany taki czas, a nie inny, itd. to najzwyczajniej w świecie nie uzyskam odpowiedzi. Ano dla mnie – jak się okazało – ma to kluczowe znaczenie. Bo ja nie jestem w stanie uczyć się pijąc piwo wieczorem w pubie, idąc na spacer, leżąc na trawie, czy będąc na imprezie. Dla mnie nie wystarczy, że ktoś mi wskaże na przedmiot palcem i powie np. kot „el gato”, pies „el perro”, koń „el caballo”. Bo ja jeśli nie usiądę z zeszytem, długopisem, podręcznikiem i tego po prostu nie zapiszę, a w domu nie powtórzę, to nie ma szansy, żebym zapamiętała całą serię takich wyrazów dłużej niż na kilkanaście minut. Jestem wzrokowcem i nic z tym nie mogę zrobić oprócz zaakceptowania tego faktu. Poza tym dla mnie nauka języka nie polega tylko na uczeniu się na pamięć słówek i konwersowaniu – niestety trzeba też opanować podstawy gramatyki, niestety trzeba ćwiczyć wymowę i intonację, trzeba na pamięć wkuć wyjątki, trzeba nauczyć się także w tym języku czytać i pisać. Oczywiście, że mnie interesował bardziej aspekt komunikacyjny, bo tych języków uczę się dla siebie i nie będą raczej moim narzędziem pracy. Ale nie potrafię sobie wyobrazić żadnej autentycznej sytuacji życiowej, w której nie klecąc poprawnie zdania, mogę wymienić listę słówek.

Po drugie faktem jest, że mój poziom znajomości hiszpańskiego – moim zdaniem – był stanowczo za niski na to, by rzeczywiście coś dla siebie z tego tandemu wynieść. Jak miałam się komunikować nie znając podstaw? Ile mogłam uczyć się przedstawiania, opowiadania o sobie i jak długo miałam prowadzić rozmowy ciągle na te same proste tematy? Gdybym jednak była już na poziomie średniozaawansowanym i chciała poprawić płynność wypowiedzi może byłabym bardziej zadowolona z funkcjonowania tandemu.

Po trzecie, jak kształtować takie zajęcia? Jak ustalać grafik spotkań: regularnie, nieregularnie, 30 minuty ty, 30 minut ja? Jak długo prowadzić tandem, by zaczęło to przynosić rzeczywiste efekty? Niby ma to sprawiać frajdę i przypominać autentyczne życiowe sytuacje, ale mimo wszystko chyba nie da się daleko uciec od tej „sformalizowanej” formy, mimo braku zeszytów i ocen. Wspólny język często np. angielski też nie ułatwia sprawy, bo zawsze wiemy, że możemy przejść na angielski i tym samym stosujemy jakieś strategie unikające. Ja w większości mówiłam po niemiecku, oczywiście z korzyścią dla mojego partnera, ale już nie dla mnie. Bo niemiecki moich partnerów raczej był na słabym poziomie i zamiast zaciekle dyskutować na interesujące tematy, musiałam wielokrotnie zastanawiać się parę razy jak to powiedzieć łatwiej, aż czasami odpuszczałam i zmieniałam wątek.

Po czwarte do wszystkiego dochodzi aspekt charakterologiczny. Niestety z niektórymi po jednym czy dwóch spotkaniach okazało się, że … za bardzo nie mamy o czym z sobą rozmawiać. I ponownie: ile można opowiadać o sobie i o tym co się robiło w weekend? Gdybym z kolei miała sobie przygotowywać tematy do rozmowy, to tandem zacząłby przypominać prezentacje ustne na drugim roku studiów. Dla mnie to się mijało z celem. Zresztą jak kogoś się nie lubi i nie ma się o czym z tą osobą rozmawiać, to jaki jest sens regularnego spotykania się? Taki tandem na pewno od razu przestałby być przyjemnością.

I po piąte moje osobiste odkrycie: w tandemie nie chodzi o naukę języka, lecz o zagłuszanie samotności poprzez szukanie znajomych i poznawanie potencjalnych życiowych bądź seksualnych partnerów. No ale o tym nie piszą w żadnych artykułach naukowych, zawsze można trafić tylko na same zalety takiej formy nauki. Ogłoszenie, które napisałam na stronie uczelni o poszukiwaniu partnera do tandemu nie wyróżniało się niczym. Standardowy formularz z podstawowymi danymi osobowymi: imię, wiek, płeć, kraj pochodzenia, określenie swojej znajomości języków, określenie języków tandemu. Bez zdjęcia. I dodatkowe wolne pole na komentarz, w którym napisałam ze dwa zdania o sobie, ale naprawdę bez szału. W ciągu tych trzech miesięcy dostałam KILKADZIESIĄT wiadomości. Spokojnie 97% z nich było od mężczyzn, czasami nawet kilkanaście lat starszych ode mnie, którzy z uniwersytetem od lat nie mają nic wspólnego, albo nigdy nie mieli. Potem zresztą sami przyznawali mi się, że jeżeli dziewczyna pisze, że jest z Polski, to nawet jeśli jest przeciętnej urody, to i tak na tle Niemek wypada fantastycznie, więc nie mają nic do stracenia. Poza tym jeśli na pierwszym spotkaniu są rozczarowani stroną wizualną, to spotkanie kończy się po godzinie, a kolejnych nie ma. Oczywiście nie informują o tym danej dziewczyny, tylko przestają odbierać telefony czy odpisywać na wiadomości, albo mają setki wymówek. Czyli klasyczne unikanie odpowiedzialności (proszę o minutę ciszy). Mój ulubiony przypadek? Hiszpan, który bez mrugnięcia okiem przyznał mi się, że spotyka się na tandemach tylko z dziewczynami, bo nigdy nie wiadomo czy to się nie skończy w łóżku. mężczyznami nie był zainteresowany. Dlatego więc chodzi na basen, żeby popracować nad kondycją i poprawieniem sprawności seksualnej. Seriously? Czy ktoś zapytał mnnie, czy ja chcę to wiedzieć? 😉

Wypróbowałam więc kilku partnerów tandemowych, bez szału, właściwie jeden tandem utrzymał się do końca mojego pobytu. Oczywiście wynikały z tego czasami też pozytywne sytuacje takie jak zaproszenia do restauracji, zaproszenia na koncert, zaproszenia na imprezę do domu, wieczorne wyjścia, grillowanie w parku, itd. I ja przyznaję się bez bicia: dla mnie też był to sposób na zawieranie znajomości i niespędzanie weekendowych wieczorów w samotności. Ale przysięgam, że nie chciałam w ten sposób szukać męża! Niektórzy, w przeciwieństwie do mnie, szukali dla siebie wszelkiego rodzaju partnerek i długo musiałam wyperswadowywać, że ja nie jestem odpowiednią kandydatką. Potem natomiast robiłam za przyjaciółkę od serca i wysłuchiwałam opowieści o wszystkich byłych dziewczynach, problemach z rodzicami, pieniędzmi, zdrowiem, czy pracą. Piekłam ciasta na imprezy służbowe, kibicowałam ulubionej drużynie piłkarskiej, uczyłam zapijać smutki po rozstaniu polską wódką, uczyłam polskiego i organizowałam spotkania zapoznawcze. Z mojego tandemu powstało więc trochę takie małe pogotowie ratunkowe. Po jakimś czasie znalazłam nawet partnerkę do tandemu szwedzkiego, gdzie co prawda żadne propozycje seksualne ani matrymonialne nie padały, ale sam tandem też się nie utrzymał.

Koleżanka błagała, żebym na podstawie tych doświadczeń napisała doktorat – w końcu sama w tym uczestniczyłam, badania empiryczne jak znalazł, no i byłby malutki „skandalik” w świecie glottodydaktyki. Poza tym i tak zmieniałam temat. Cóż, gdyby doktorat mógł mieć formę narracyjną, pamiętnikową, to bardzo chętnie, a tak musiałam odpuścić, bo nie miałam siły ani ochoty na forsowanie nieswoich lekko „innowatorskich” pomysłów na naszym pełnym tradycjonalistów wydziale, w skostniałym świecie polskiego szkolnictwa wyższego.

U jak uprzejmość

Uprzejmość to kurczę chyba cecha narodowa Niemców. Ale jakaś taka dziwna, trochę jakby zorganizowana, wyuczona, ograniczona. Ja też często bywam uprzejma, więc chociaż w tym aspekcie nie powinnam mieć żadnych zastrzeżeń, no ale… mam. Może to tylko kwestia definiowania tej cechy? Sprawdzam i już wiem – uprzejmość to „życzliwy stosunek do ludzi, grzeczność, usłużność”. Czyli niestety potwierdza się tylko moja teoria. W czym się więc przejawia ta niemiecka uprzejmość? W udzielaniu informacji, odpowiadaniu na pytania, subtelnej pomocy. Kiedy potrzebowałam się czegoś dowiedzieć w banku, urzędzie, czy dziekanacie wszyscy zawsze z uśmiechem na ustach udzielali odpowiedzi. Nawet kiedy mówili, że nic się nie da zrobić, nic nie pomogą, nic nie załatwię. Ale bez żadnych humorów i bez  żadnych wahań nastrojów. To miłe, bo u nas dziekanaty przecież raczej słyną z nieżyczliwego podejścia do studenta, a w zusach czy urzędach też trzeba mieć dużo szczęścia i cierpliwości, by uzyskać bardziej szczegółową informację niż „nie wiem”. Sama musiałam się nauczyć lawirować w tych relacjach i pracując na uczelni wiedziałam już do kogo mogę zadzwonić którego dnia w tygodniu i o której godzinie, by uzyskać to, czego potrzebuję. Taka trochę sztuka przetrwania w dżungli czy wychodzenia z labiryntu.

Niemiecka uprzejmość jest wtedy, gdy w Lipsku samochody przed przejściem dla pieszych zatrzymywały się zanim zdążyłam podejść do ulicy. Kiedy wychodząc z autobusu spadł mi na ziemię szal trzy osoby jednocześnie wykrzyczały, że coś zgubiłam. Kiedy biegłam na tramwaj na środku drogi zatrzymała się samochodem kobieta, nie bacząc na ruch za nią i przed nią, bo musiała mi powiedzieć, że torebka lekko podwija mi spódnicę. A ja myślałam, że mnie zwyzywa, że wpadłam prawie pod samochód, bo oczywiście przechodziłam tam, gdzie nie ma pasów. No i to jest naprawdę miłe i ujmujące. Ale za tym jednozdaniowym komunikatem prawie nigdy nie idzie nic więcej – tak jakby starczało im tej uprzejmości tylko na określoną liczbę wyrazów. Obcy ludzie jakby z sobą nie rozmawiają. Nie da się wdać w dyskusję ze współpasażerem podróży. Taksówkarz nie zapyta cię skąd wracasz, ani dokąd jedziesz. Pani sklepowa nie opowie Ci o dzieciach i problemach rodzinnych. Pani na uniwersytecie czy w biurze nie zacznie przy Tobie narzekać na szefa czy koleżanki z pracy. Nie wiem, może to i normalne, ale dla mnie dziwne, bo po pierwsze zazwyczaj ludzie mi się zwierzają, często nawet zupełnie obcy, a po drugie uwielbiam komunikację, a to w Niemczech najwyraźniej trudne. Jakby nie potrafili prowadzić small-talków. I z mojego doświadczenia wynika, że to się tyczy nie tylko obcych ludzi, ale nawet moich znajomych. Myślę, że u nas – jeśli nie chcesz się zupełnie uzewnętrzniać przed obcym bądź nie człowiekiem – i tak zawsze znajdzie się wspólny, neutralny temat do rozmowy, jakby nie było tematów tabu. Bo przecież zawsze można ponarzekać na politykę, omówić prognozy pogody, ostatnie sportowe sukcesy bądź porażki, zachowanie celebrytów, aktualne wydarzenia w kraju. Z niemieckim znajomymi za to zawsze wywiązuje się głęboka dyskusja. I nie tylko impreza, ale każde spotkanie kończy się albo zaczyna rozważaniami filozoficznymi, oceną zachowania społeczeństwa, problemami politycznymi świata, wydarzeniami historycznymi, itd. Oczywiście to też bywa na plus – w końcu nie można ciągle rozmawiać o niczym, a takie dyskusje bywają twórcze i inspirujące. To, że Niemcy potrafią dyskutować, argumentować, szukać kontrargumentów, odnosząc się merytorycznie do tematu, nie uciekając do emocji zauważyłam już na 2 czy 3 roku studiów, kiedy pracowaliśmy w polsko-niemieckich grupach przy okazji jakiegoś interkulturowego projektu. Wciągu całej 1,5 godzinnej dyskusji odezwał się jeden Polak (raz!), za to wielu Niemców wielokrotnie, odwołując się do takich argumentów, na które ja bym nigdy nie wpadła. Nie tylko my byliśmy zaskoczeni i czuliśmy się „stłamszeni”, ale zmiażdżony został nawet nasz wykładowca, nomen omen moderator dyskusji. Ale naprawdę… czy w weekendowy wieczór chociaż raz nie da się porozmawiać o głupotach? Naprawdę wszystko musi się zawsze sprowadzać do poważnych dyskusji?

Wracając do uprzejmości, to dlaczego myślę, że jest zorganizowana i ograniczona? Bo nie wiąże się z dobrym wychowaniem, realną pomoc uzyskać jest trudno, czasem nawet jeśli poprosisz. Chociaż może to wysoka forma asertywności, która dla mnie zawsze będzie nieosiągalna i niezrozumiała. Jeśli potrzebujesz jednak pomocy z przytrzymaniem albo otworzeniem drzwi, wysiadaniem z tramwaju, podniesieniem walizki, zrobieniem zakupów, to nie dość, że musisz to mocno i dobitnie wyartykułować (bo nikt tam sam na to nie wpadnie), to jeszcze nie możesz liczyć na to, że rzeczywiście ktoś Ci pomoże. Bo zawsze jest w stanie wysunąć pięć argumentów na to, że jednak nie da rady.

To ja już wolę te nasze small talki z taksówkarzami, sprzedawcami, sprzątaczkami, przepuszczanie w drzwiach i wnoszenie do pociągu walizki bez słowa, nawet zanim zdążę poprosić o pomoc.

W jak wychowywanie

Wiele na temat wychowania powiedzieć nie mogę, bo przecież własnych dzieci nie mam, ale jak zwykle mam obserwacje 😉 Zresztą trochę też naoglądałam się w pracy i w szkole. To, co najbardziej mi się podoba to … luz. Powszechnie panuje co prawda opinia, że Niemcy są mało rozrywkowi, jeśli nie sztywni, poukładani i porządniccy. A tutaj okazuje się, że potrafią wyzwolić w sobie pokłady luzu i kreatywności 😉 Podoba mi się to, że parki pełne są młodych rodziców z dziećmi. Że spędzają oni ze swoimi pociechami dużo czasu, że często można spotkać dwudziestokilkulatków z dwójką czy trójką dzieci. Czas spędzają też często aktywnie: jeżdżąc na rowerach, hulajnogach, rolkach, malując, śpiewając, grając w piłkę, chodząc po linie. Oczywiście w Niemczech istnieje dobra polityka prorodzinna i po prostu czasami łatwiej jest wychowywać dzieci, ale osobiście wydaje mi się, że decyzja o posiadaniu dzieci nigdy nie jest łatwa, pod żadną szerokością geograficzną. U nas jednak mam wrażenie, że dzieci często nam w czymś przeszkadzają: w szaleństwach piątkowych nocy, w robieniu kariery, w podróżowania, itd. W Niemczech nie miałam takiego wrażenia, bo wielu rodziców zabiera swoje pociechy wszędzie i nie przejmuje się tym, że obok jest grill, pity alkohol, zimno i ciemno. Dzieciaki biegają na bosaka po trawie i asfalcie, w brudnych ubraniach, albo i bez i ja to absolutnie uwielbiam. Niewymuszoną radość, dobry wzajemny kontakt, drobne szaleństwa. Poza tym dookoła nie ma tysiąca cioć i wujków dobra rada – ma to oczywiście też swoje minusy, ale ja jednak osobiście wolałabym uczyć się własnych rodzicielskich błędach, niż ślepo wypełniać rady innych, co prawda może i mądrzejszych, może bardziej doświadczonych, może lepiej wiedzących, czego potrzebuję, albo może wcale nie. I na koniec scenka z lipskiego gimnazjum: na dworze ze 40 stopni w słońcu, upał w czerwcu po prostu nieziemskie, piątkowe popołudnie. Przechodzimy obok państwowego przedszkola, a tam pani przedszkolanka oblewa dzieci wodą z ogrodowego węża. Dzieci biegają całkiem nago, chłopcy i dziewczynki razem, rozchichotane i przeszczęśliwe co chwilę radośnie, z krzykami i piskami wbiegają pod strumień zimnej wody. Spróbuj sobie to wyobrazić w polskim przedszkolu: skargi od rodziców, listy do kuratora oświaty, przedszkolanka z wyrokiem, nagłówki w Fakcie.

Z jak zakończenie

Czas na króciutkie podsumowanie. Nie planowałam takiego długiego wpisu, ale okazało się, że mam na temat Lipska do powiedzenia dużo więcej niż myślałam. Jeśli doczytałaś/eś to szacunek – ja nie mam już siły czytać tego tekstu drugi raz 😉 Lipskie wnioski już bez zbędnych komentarzy. Nauka na teraz i na całe życie:

  1. Nie ma oczekiwań, nie ma rozczarowań.
  2. Życie zaczyna się po opuszczeniu swojej strefy komfortu.
  3. Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach.
  4. Pewnych rzeczy nie przeskoczysz.
  5. Nie mierz innych swoją miarą.

IMGP3914

SAMSUNG CSC

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s