Rozmyślania

Jak się pierdoli, to…

… wszystko naraz.

Znacie to, prawda? Myślę, że nie tylko moje życie to pasmo wzlotów i upadków, sama nazywam to sinusoidą – od euforii do depresji. Bez stanów pośrednich. Dobre informacje się kumulują i mam takie dni, tygodnie, jakbym płynęła na fali niekończącego się szczęścia, unosiła się w powietrzu ponad tymi wszystkimi ludzkimi problemami, w absolutnej, nieskończonej miłości do całego świata. Płakanie ze szczęścia.

Ale potem… przychodzi taki czas jak teraz. Bo niestety złe wydarzenia też się kumulują. I kiedy nie uda Ci się jedna rzecz, możesz być pewny, że zaraz spierniczy się jeszcze sześć kolejnych. Od przedwczoraj los daje mi znaki. Tym razem – w odróżnieniu do czerwcowego tragicznego tygodnia z kumulacją w dniu 12.06 – jak tylko właściwie odczytałam znaki, to wróciłam do domu, wzięłam książkę i poszłam czytać. To znaczy najpierw czytać, a potem spać – o 16. Ale wiedziałam, że cokolwiek zrobię, czegokolwiek się nie chwycę, to i tak to popsuję, spowoduję wypadek samochodowy, pokłócę się z kimś, skręcę drugą nogą, nie wiem. Wolałam nie kusić losu. Chyba już przeszło.

Nie, to nie jest tak, że ja jestem wzburzona. Że muszę ochłonąć. Że się niepotrzebnie denerwuję. Denerwują to mnie ludzi, którzy nie rozumieją prostych komunikatów i kiedy mówię, że mam zły dzień i nie chcę rozmawiać, to tego nie rozumieją. Tak jakby wszyscy przyzwyczaili się do tego, że ja jestem zawsze uśmiechnięta i nie mam prawa do złego dnia. Co usłyszałam w odpowiedzi? Że muszę ochłonąć. Po prostu uwielbiam, uwielbiam na wskroś, jak ludzie zgrywają pseduopsychologów i próbują doszukiwać się drugiego dna w prostych komunikatach: „Nie chcę rozmawiać”. Uwielbiam jak ludzie próbują wmówić mi, że wiedzą lepiej, jak się czuję. Uwielbiam jak twój ewentualny zł nastrój próbują wytłumaczyć na jakiś debilowaty sposób np. „złości się, bo ma okres”. Wtedy to ja dopiero mogę się zdenerwować i dopiero będę musiała ochłonąć. A na razie – powtarzam po raz miliardowy – kocham prostych ludzi, proste sytuacje i proste komunikaty. Jeśli mówię, że mam zły dzień i nie chcę rozmawiać, to tak jest i koniec kropka.

A czemu zły dzień/ złe dni? Już w środę wszystko jakby było przeciwko mnie. Wiem, że to niby nic głupiego, wytrącającego z równowagi, bo czasem tak po prostu jest. I jak ucieknie Ci tramwaj albo pociąg, to tego nie zauważysz. Ale jak ucieknie Ci 7 razy w ciągu jednego dnia, to gwarantuję, że się wkurzysz. No i ja w środę zaczęłam pierwszy dzień pracy – wiecie początki są zawsze najtrudniejsze.  Czułam się beznadziejnie, bo jestem dokładna i obowiązkowa, a jak się z czymś nie zgadzam, to to komunikuję, nie lubię oszukiwać ludzi, nie umiem ściemniać i … czuję, że jeszcze będę mieć z tym problemy. Chyba nie mogłabym mieć sama nigdy żadnego biznesu, bo bym nie zarobiła. W każdym razie czułam się bardzo niepewnie, ale chyba zrobiłam niezłe wrażenie, bo po pierwszym dniu pracy dostałam już klucze do pubu i teraz muszę otwierać i zamykać (co napawa mnie jeszcze większym przerażeniem). No bo zostałam barmanką, tak jak chciałam, tak jak marzyłam, chociaż nie chciałam nikomu niczego udowadniać, oprócz samej siebie.

A oprócz tego w środę nie było wody, musiałam więc pojechać brudna do Poznania, czego nienawidzę po prostu. Poza tym sentymentalnie/przypadkowo (?) powróciłam na stare śmieci. Umówiłam się na odbiór płyt, ale dziewczyna o tym zapomniała. Przyjechałam do Poznania i szlajałam się jak debil 3,5 godziny po mieście, bo dwukrotnie mi zmieniono godziny pracy. Czyli mogłam wyjechać z Chodzieży 3h później, ale kogo by to obchodziło? Zrobiło się gorąco jak 150, myślałam, że umrę, poszłam więc kupić spódniczkę, a zakupy wpływają na mnie zawsze tragicznie. Po pracy o 00:30 myślałam, że padnę – nie wiedziałam czy nogi bolały mnie bardziej od stania, pracowania, czy nowych butów, ale półgodzinny spacer do znajomych, gdzie miałam spać napawał mnie autentyczną bezsilnością. Ale dałam radę, dotarłam o 01:15 i o 01:19 już spałam. I chyba tego potrzebowałam, bo uwierzcie mi – tyle miałam do zrobienia – że nie miałam czasu na żadne rozkminy egzystencjalne. I bolało mnie wszystko, przez fizjoterapię, przez pracę.

A rano w czwartek obudziłam się godzinę za późno, chociaż w sumie i tak spałam z 5 godzin. Cudem zdążyłam na pociąg. Biletomat nie przyjmuje gotówki, pociąg oczywiście jedzie z najgorszego peronu 4B. Kogo z całego świata możesz spotkać o 7:49 w pociągu do domu, będąc lekko rozchwianym po wczorajszych perypetiach i lekko niedospanym po pierwszym dniu pracy? Swoją promotor. Czy może być cudniej? Oczywiście.

W Chodzieży dostaję mandat za przejście przez ulicę. Byłam już lekko bezczelna, ale o dziwo dostałam mandat tylko na 20 zł. Musiałam co prawda zagrać lekko idiotkę, ale to – o dziwo – też zawsze działa na facetów, chyba naprawdę potrzebują się dowartościować, myśląc, że są mądrzejsi od pierwszej, lepszej dziewczyny czy kobiety. Dramat. Panowie policjanci urośli o 2cm, a ja modliłam się w duchu, żeby nie zapytali mnie, co naprawdę szczerze o nich myślę, bo by mnie zapewne aresztowali.

Chciałam zrobić obiad w domu, ale oczywiście dostać niektóre warzywa albo np. bagietkę w naszym mieście to jest jakieś mission impossible. Ale przynajmniej jak już płaciłam zorientowałam się, że… nie mam mojej karty do bankomatu. No szybka retrospekcja w głowie i tak, pewnie musiałam ją zostawić w tym biletomacie, który nie przyjmował gotówki. Więc do banku zastrzec kartę. Rewelacja, wprost nie może być lepiej. Musiałam zmienić trasę, przez to zapomniałam o odbiorze recept i uwierzcie – jak dotarłam do domu po odwiedzinach u babci, to naprawdę nie wiedziałam czy już mam się śmiać czy płakać. Ach, wczoraj przestałam wierzyć w karmę. Ostatnio znalazłam kartę do bankomatu i od razu ją oddałam, a kilka dni później sama ją gubię po raz pierwszy życiu? Dzięki losie.

I to by było na tyle. Zupa krem się nie udała, telefon się zawiesił i nie chciał odwiesić przez ileś godzin, kilkanaście nieodebranych połączeń, maile z pracy, nie miałam siły na nic, ani na rozmowy, ani na umówione spotkania, musiałam je odwołać. Poszłam spać, a jak się obudziłam z rozsądku, to naprawdę chciałam spać do końca świata. Ale odpokutowałam już dzisiaj w nocy, bo nie dość, że źle się czułam, to jeszcze ciągle mi się śniło, że a) spóźniłam się 6 godzin do pracy i zapomniałam otworzyć pubu, b) nie chciało mi się sikać, więc nie mogłam nasikać do kubka (dzisiaj rano byłam na badaniach). Obudziłam się rano tak wykończona, jakbym w ogóle nie kładła się spać. Tragedia, mózgu, giń, przepadnij.

Pani pielęgniarka po trzeciej próbie wkłucia powiedziała, że da mi rabat za „straty moralne”, a poza tym, że jak już wszystko tak źle idzie, to przynajmniej wyniki będą dobre. Zobaczymy. Ale jeśli będą dobre, to będzie to znak, że zła passa minęła. A jeśli nie, to … trudno.

Odczytywanie znaków wychodzi mi ostatnio całkiem nieźle.

***

Pierwszy dzień z życia barmanki.

Spotkanie z językiem chińskim. Azjaci i Polacy, mówiący i po chińsku i po polsku. Nagle któryś z Azjatów zaczyna śpiewać „O Victorio, moja Victorio”, ale z takim akcentem, że ja akurat w ogóle nie pokapowałam się jaka to piosenka. Za to któraś z Polek podłapała temat i wesoło dośpiewuje dalej. A potem zachwala uroki Lublina. No bo wiecie, Budka Suflera w końcu jest z Lublina, my ich tam wszyscy uwielbiamy.

Fuuuuck. Najpierw pomyślałam, że Rysiek się przewraca w grobie. Ale potem pomyślałam, że zawsze może być gorzej, mogła ich w końcu pomylić np. z …. Feelem?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s