Rozmyślania

Drogi pamiętniczku

Z cyklu: drogi pamiętniczku.
Znowu minął kolejny miesiąc mojego niepisania, a zarazem kolejny miesiąc rehabilitacji, mnogości obowiązków, no i przede wszystkim pobytu w Polsce. Myślałam, że im dłużej, im dalej, tym będzie łatwiej, ale…. nie. Dziwnie się czuję, ale o tym jeszcze będzie mowa za kilka dni.
Jakoś tak tu u nas w Polsce jest, że zawsze jestem kosmicznie zajęta. Nie wiem właściwie, czy to „wina” kraju, mentalności, czy po prostu mam tutaj co robić, bo mam z kim. Nie wiem tego, ale czuję tutaj jakieś ogromne ciśnienie i presję, których nie czuję nigdzie indziej.
Najwięcej czasu spędzam w pociągu i szczerze… to chyba tutaj się najlepiej czuję. Gdzieś pośrodku. W zawieszeniu. W drodze. Wszędzie i nigdzie. Poza tym to oczywiście jedne z nielicznych momentów, kiedy mam trochę czasu dla siebie i mogę słuchać ulubionej muzyki, albo czytać ulubione książki. Znowu zmieniła mi się perspektywa – przecież pod koniec studiów miałam już tak dosyć kursowania na weekendy pociągiem do Chodzieży, że coraz rzadziej sobie na tę wątpliwą przyjemność pozwalałam. A już 1,5h czy nawet 2h spędzane w pociągu to była dla mnie największa kara. Teraz spędzam w pociągu średnio 8-10h tygodniowo i jak na razie – po miesiącu – zupełnie mi to nie przeszkadza. Ten pociąg to chyba takie nie wiadomo co, czyli zupełnie jak ja. No i teraz też piszę w pociągu, bo nigdzie indziej nie mam czasu, a w głośnikach Led Zeppelin.
Poza tym (mniej lub bardziej) wytrwale rehabilituję moje kolano, ale i tak największą przyjemność sprawiają mi wizyty u fizjoterapeuty i przede wszystkim kolorowe naklejki na kolano. Dwa tygodnie chodziłam też na czary mary na nasze tzw. wodolecznictwo, ale o tym to powinnam napisać co najmniej skromny reportaż 😉 Generalnie jest lepiej. Chodzę coraz szybciej, potrafię już ukucnąć, a nawet uklęknąć, chodzę bez trzymanki po schodach, pod górkę i z górki, potrafię zginać kolano i unosić „chorą” nogę. No i wczoraj kosmos po prostu! Pierwszy raz wsiadłam na rower od 4 miesięcy i przejechałam jakieś 100 metrów! Są więc małe sukcesy, drobne radości, ale przede wszystkim czeka mnie jeszcze duuuużo pracy i daleka droga przede mną, a pokłady cierpliwości skończyły się już dawno. Bo z tym chodzeniem i zginaniem nie jest jeszcze nawet w 75% tak dobrze, jak przed wypadkiem, o regularnym uprawianiu sportów to mogę nadal zapomnieć. I powinnam być spokojna, bo od wypadku minęły 4 miesiące, a od operacji niecałe 3… Powrót do formy miał trwać pół roku, mam więc jeszcze trochę czasu, ale bardzo się boję, że pewnych rzeczy nie wypracuję i bardzo bym chciała robić już wszystko teraz, zaraz, już. Jednak to kolano nadal mnie ogranicza.
Poza tym pracuję w międzynarodowym pubie i póki co jestem bardzo zadowolona. Oczywiście są rzeczy, które mi nie zawsze pasują, albo wręcz nigdy nie odpowiadają. Ale uczę się czegoś nowego, poznaję ciągle nowych ludzi i mam czas z nimi rozmawiać, mówię w pracy w kilku językach, biorę udział w interesujących wydarzeniach. Poza tym czuję się wolna, czuję, że mam przestrzeń, żeby nabierać oddechu i angażować się w nowe rzeczy, czy projekty, snuć plany i spełniać marzenia. Czyli chyba okej? Na ten temat to wszystko, czego potrzebuję. Szczycę się od dawna tym, że nie muszę już nikomu niczego udowadniać, ale chyba to nieprawda. Bo wymyśliłam sobie to marzenie zostania barmanką i oczywiście, że udowodniłam przede wszystkim sobie, że potrafię (to było nawet znacznie łatwiejsze niż myślałam), ale także tym, którzy we mnie nie wierzyli. A teraz nawet mój tata mówi, że dobrze wyglądam za barem i pasuję do tego miejsca, a ja też się tam dobrze czuję, utożsamiam się z ideą miejsca, podsuwam pomysły, czuję się wolna, po prostu chce mi się. Nie powiem, że odżyłam – na to jeszcze za wcześnie. Poza tym wiecie co kręci i jara mnie najbardziej na świecie? Że jestem tajemnicą. Bo to takie dość nietypowe w moim życiu. Do tej pory byłam otwartą księgą, potrafiłam wszystko i wszystkim opowiadać, nawet te same historie wielokrotnie, niejednokrotnie doprowadzając tym najbliższych do szału. Aż nikomu nie chciało się mnie słuchać. A ja miałam wieczną niezaspokojoną potrzebę przedyskutowania wszystkiego. Trochę mi się pozmieniało, to fakt, trochę nie wiem kiedy, bo wydarzyło się to jakby poza mną, trochę mam świadomość tego, że zmieniłam się na gorsze (o tym wszystkim za kilka dni), ale w pracy w barze bardzo mnie to bawi. Bo ludzie nie mają pojęcia jaka jest moja historia, ba większość z nich nie ma pojęcia jak mam na imię! Nie wiedzą kim jestem, co studiuję, co robię, gdzie mieszkam, co lubię, jakie osobiste porażki za sobą ciągnę i jaki niosę bagaż doświadczeń. Ci normalni klienci cieszą się strasznie, że już ich rozpoznaję i wiem, co będą zamawiać, trochę mam wrażenie nobilituje ich to, że znają w jakimś miejscu barmana, a barman zna ich – tak trochę wygląda przed innymi znajomymi jakby mieli „znajomości”. Mnie to też cieszy, bo poznaję nowych, nierzadko interesujących ludzi, z różnych krajów, kultur, płci, grup wiekowych. Natomiast ci nienormalni klienci postrzegają mnie przez pryzmat głupiej cizi pracującej za barem, rocznik 1991, która studiuje zapewne jakieś politologie, nic nie potrafi i nic sobą nie reprezentuje. I to bawi mnie jeszcze bardziej, bo ja tak bardzo wiem, że jestem ponad to. A ich wyraz twarzy, kiedy okazuje się, że ktoś z „dawnego życia” mnie rozpoznaje, albo kiedy mówię w jakimś obcym języku jest po prostu przekomiczny. A ja nabieram dystansu, wcale się nie denerwuję, nie obrażam, nie unoszę po prostu totalnie to olewam i totalnie mnie to bawi. Po pracy jestem tak zmęczona, że nie mam siły na rozkminy życiowe, a przed pracą robię 100 innych rzeczy i nie muszę nic przygotowywać i to jest nowość w moim życiu, piękna – że wreszcie nie przynoszę żadnej pracy do domu, wraz ze szczękiem klucza w drzwiach zamykam temat, czasem w nocy tylko coś mi się śni. Bajka.
No i zaczęła się uczelnia. Doszły znowu nowe obowiązki, chociaż trochę się migam i lawiruję, to i tak standardowo robię dużo, więcej niż niektórzy. Zeszło ze mnie ciśnienie. To, co muszę, załatwiam w miarę na bieżąco, nadaję nowe priorytety w swoim życiu, planuję kolejne rzeczy, kursy, wyjazdy. Jutro zaczynam zajęcia ze studentami i teraz na 4 roku nawet trochę się na to cieszę. Bo wreszcie udało się ustalić taki plan, jak chciałam, bo wreszcie nie muszę się zwalniać i spóźniać, mam cały dzień, żeby sobie spokojnie te zajęcia poprowadzić, bo wreszcie nie mam 15 grup do nauczenia w 6 różnych miejscach, bo wreszcie dostałam fajniejsze grupy do nauki niż np. w zeszłym roku. Zobaczymy jak to będzie, ale jakoś jestem pełna optymizmu na razie (w niektórych, a raczej w nielicznych kwestiach). Za wcześnie jeszcze na mówieniu o znalezieniu sensu w życiu, swojej drogi, celu, ale… cieszę się, że odhaczam z listy to, co muszę pozałatwiać, to co mnie męczy od tygodni, albo to, o czym marzę od miesięcy czy lat. W listopadzie miałam rozpocząć mój projekt 30 marzeń na 3 lata, jedno już spełniłam, a tu miesiąc do startu, świetnie prawda? 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s