Rozmyślania

Kto pyta ciągle błądzi

Ciężki temat na dzisiejszą noc. Ale w końcu muszę. Wyciągnąć potwory spod łóżka i z szafy, zajrzeć w najczarniejsze zakamarki swojej duszy, być szczera sama ze sobą. Mam głęboką nadzieję, że nikt tego nie przeczyta i nikogo tym nie zranię, ale muszę sobie ten temat uporządkować i parę rzeczy przemyśleć, dziwne tylko, że wolę o tym napisać, niż z kimkolwiek o tym porozmawiać…

Najpierw krótka retrospekcja. Wróciłam do „domu”, tj. do rodziców, do Chodzieży prawie trzy miesiące temu. Wróciłam przecież z ogromną radością, wyczerpana problemami zdrowotnymi i doskwierającą mi samotnością, gotowa byłam skreślać dni w kalendarzu i na nic nie cieszyłam się tak, jak na powrót do Polski. Dlatego nigdy nie podejrzewałabym, że najtrudniejszą aklimatyzację przeżyję we własnym „domu”.

Dlaczego to słowo „dom” piszę w cudzysłowie? Bo mi się zmienił jego koncept, bo tworzy mi się jakaś nowa siatka pojęciowa, bo za tym słowem kryją się już inne obrazy niż kiedyś. Co jest dla Ciebie najważniejsze? Bo ja całe życie myślałam, że dla mnie to rodzina i przyjaciele – owszem, zdarzało się, że coś albo ktoś stawało się równie ważne, ale to bliscy byli zawsze, zawsze, zawsze najważniejsi w mojej prywatnej piramidzie potrzeb (Maslowa?). Ale teraz… już nie wiem. Chyba wiele się zmieniło. Przede wszystkim dom to od lat nie są dla mnie ściany, ani budynki. Nie przyzwyczajam się do mebli, do sprzętów, do rzeczy. Pisałam zresztą i o tym i o moich sławnych już przeprowadzkach wielokrotnie. Zawsze jednak miałam poczucie, świadomość tego, że gdziekolwiek bym nie była, przyjeżdżam do domu rodziców i czuję się jak u siebie, wiem, że to jest moje miejsce, gdzie mogę być w 100% sobą, gdzie jestem kochana, akceptowana, rozumiana. Teraz mieszkamy z sobą od tych kilkunastu tygodni i nie jest łatwo – uczymy się na nowo ze sobą żyć i owszem, jest coraz lepiej, ale nadal nie jest łatwo. Nie zrozum mnie źle – nadal kocham ich najmocniej jak tylko potrafię i nadal wiem, że mogę tutaj powiedzieć wszystko, co myślę. Tylko trochę zapomnieliśmy jak to jest wspólnie żyć i wszyscy razem staramy się to ogarnąć. Z jednej strony mam świadomość tego, że nie jest tragicznie – zresztą ile ja tutaj rzeczywiście mieszkam… Albo jestem w pracy, albo w pociągu, albo u Ani, albo gdziekolwiek, albo w domu – zazwyczaj jeden, dwa dni w tygodniu. Z drugiej strony mam świadomość tego, że to JA zaburzyłam ten porządek, bo JA wróciłam, JA naruszyłam tę przestrzeń swoimi nawykami (nowymi?), poglądami (zmienionymi?), oczekiwaniami (nierealnymi?), a ONI sobie świetnie radzą i żyją beze mnie. Ja natomiast czuję się w domu jak gość. Ciągle nie mogę czegoś znaleźć, bo moje rzeczy są porozrzucane po wszystkich znajomych. Wpadam i wypadam, bo ciągle coś się dzieje, ale jak zdarzy się tak, że jestem w domu na dłużej, to zawsze coś jest do zrobienia, czas ucieka przez palce, a ja znowu nie ogarniam. W oczach moich bliskich zawsze jestem tą, która nie ogarnia: bo ma niewyprasowane ubrania, bo nie dba o siebie, bo ciągle zmienia plany, bo ciągle opowiada, co, gdzie, z kim będzie robić, dokąd wyjedzie, bo jest niepunktualna i niesłowna, bo przerastają ją codzienne, życiowe sprawy. Bo kurczę, jestem inna. Nie jestem już tą Asią, jaką znałam najlepiej nawet ja sama. Jestem inna niż ty. I wiem, że właściwie to zdanie mógłby napisać każdy. Tylko, że moi bliscy mają wobec mnie konkretne oczekiwania, a ja wiem, że nie mogę i nie chcę ich spełnić. Czasem to są głupie żarty, czasem docinki, czasem postulaty, a czasem… śmiech przez łzy. Za wzór i przykład stawiają mi znajomych, którzy trenują kolarstwo, chodzą do dietetyka, sprzątają w domu, mają żonę/męża/dziecko/dzieci/pracę/dom/mieszkanie/samochód, ładnie się ubierają. Jedna osoba mi dzisiaj powiedziała, że po pierwsze to mam się zacząć wreszcie ładnie ubierać, bo w moim wieku nie przystoi chodzić w dresach, a ona mnie jeszcze nigdy przez 27 lat życia nie widziała ładnie ubranej; po drugie to mam dokończyć doktorat; po trzecie znaleźć normalną pracę na umowę o pracę. Czy to boli? Tak, trochę boli. Bo ja taka nie jestem, bo nie chcę, bo może nie potrafię. Czemu nie potrafisz tego zrozumieć? Czemu chcesz zmienić mnie na siłę, dopasować na swój wzór i podobieństwo, unieszczęśliwić? Czemu przestałeś mnie akceptować? Czemu nie pozwalasz mi być tym, kim chcę być? Nie jestem odważna, nie jestem silna, nie potrafię żyć ani w  opozycji do samej siebie, ani w opozycji do wszystkich was. Potrzebuję akceptacji, ciepła i świadomości, że do czegoś należę, że gdzieś jest moje miejsce, bo jestem tak niepewna i niewierząca w siebie, że inaczej nie potrafię. Nie mam żadnych innych stałych punktów w moim życiu niż wy. Owszem, czasem sama się wyobcowuję, ale czasami ty wykluczasz mnie. Dlaczego przestałeś mnie rozumieć?

Czy na szczęśliwe życie jest tylko jedna recepta? Czy nie możesz mieć własnego planu, własnych celów, własnych marzeń i własnej drogi? Dlaczego masz wszystko robić tak, jak inni? Albo dlaczego masz robić to, czego inni od ciebie wymagają? Nauczyłam się kiedyś, że nie mamy prawa nikogo zmieniać, możemy tylko starać się zrozumieć innych i ich akceptować. Bardzo w to wierzę i bardzo staram się tego trzymać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s