Rozmyślania

Wprowadź tytuł w tym miejscu

„Wprowadź tytuł w tym miejscu” pasuje idealnie do tego wpisu. Bo naprawdę kompletnie nie wiem co w tym polu wpisać.

Zabieram się chyba 16 raz do napisania czegoś o powrocie do domu. Ale za każdym razem uświadamiam sobie, że jednak piszę za bardzo prywatnie, że jednak za bardzo się uzewnętrzniam. A przecież nie chcę powiedzieć za wiele, przecież nie chcę nikogo zranić, przecież chcę tylko napisać, że tak naprawdę to… ja się zmieniłam. Na gorsze?

Krótka retrospekcja. Prawie 3 miesiące temu przeprowadziłam się z powrotem do Polski. Ponieważ przed wyjazdem polikwidowałam wszystkie możliwe sprawy nie miałam dokąd wrócić – tzn. miałam, do domu, do rodziców i to mi najcudowniej na świecie pasowało, bo przecież byłam po operacji i potrzebowałam rekonwalescencji, a nie kolejnych przeprowadzek. A pamiętasz co się działo w Lipsku? Matko, jak ja tęskniłam. Za rodziną, przyjaciółmi, znajomymi, Poznaniem. W moich opowieściach Poznań i Polska urastały do rangi eldorado, rodzina była najbardziej tolerancyjną na świecie, przyjaciele najbardziej wspierający, a znajomi najbardziej imprezowi.

Ale wróciłam i wiesz co? Prawie nic nie jest tak, jak dawniej. Nie wiem gdzie jest mój „dom”. Dom to przecież nie ściany, to ludzie i ja kiedyś śpiewałabym razem z Edwardem Sharpe w głos „Home is wherever I’m with you”. Ale teraz już nie wiem. Nie wiem gdzie jest mój dom, nie wiem gdzie jestem ja sama, nie wiem kim teraz jestem. Przecież mój dom to już nie Poznań, chociaż dalej chodzę w swoje ulubione miejsca, ale nie czuję się już tam tak, jak kiedyś. A mój rodzinny dom to przecież taki książkowy dom, spełnia wszystkie wymogi idealnego domu, pełnego ciepła i miłości, ale… ja się czuję tutaj jak gość. Bo wiele spraw mnie nie dotyczy, bo od nowa uczę się tu mieszkać, bo weszłam tu trochę ze swoimi buciorami po 8 latach wszelakich tułaczek i naruszyłam zastany porządek. Uczymy się mieszkać ze sobą od nowa, to nic, że mieszaliśmy razem przez kilkanaście lat, teraz jest jakoś trudno. Nigdy bym nie pomyślała, że aklimatyzacja we własnym domu może być taka ciężka. A moi przyjaciele i znajomi? Dalej są wspaniali, dalej ich uwielbiam, ale wychodzimy gdzieś i ja czuję, że jestem obok. Bo uciekają mi myśli, bo jestem tak daleko od ich problemów, bo tak mnie do nie dotyczy. Bo ich nie rozumiem? Ale z drugiej strony to ja się czuję niezrozumiana… To ja czuję, że wszędzie nie pasuję, bo zawsze byłam akceptowana przez rodzinę i przyjaciół, a teraz jakoś okazuje się, że mój pomysł na życie nikomu nie odpowiada, za to wszyscy mają całą listę oczekiwań do mnie i potencjalnych zmian. Nawet nie przeszkadza mi za bardzo to, że w tych moich „głupkowatych” marzeniach i pomysłach nie jestem wspierana. Tylko dlaczego na siłę próbuje się ze mnie zrobić kogoś innego? Bo jestem inna i nie pasuję do typowego, standardowego wzorca rodem z „Pani domu” z artykułu „Jak być szczęśliwym?” Studia, praca, samochód, mąż, mieszkanie, dziecko, pies, dom, lepsza praca, lepszy samochód, drugie dziecko? Kurczę, to przecież nie tak…

Mam świadomość też tego, że to pewnie w dużej części moja wina. Bo się zmieniłam i nawet nie wiem kiedy. Bo właściwie ciągle się zmieniam, ale ja czuję się sama ze sobą chyba coraz lepiej. Ale niewątpliwie zmieniły mi się priorytety, cele życiowe i marzenia o 180 stopni. Jeśli miałabym porównać np. aktualne moje ambicje i marzenia z tym, co było dla mnie ważne np. 5 lat temu, to… różnice są kosmiczne. Ludzie, którzy są dla mnie najważniejsi są ze mną od lat, znają każdą Asię, pewnie niejednokrotnie lepiej niż ja sama. Ale tej obecnej chyba jeszcze nie zechcieli poznać… Czy polubią? Nie wiem. Boję się, że nie. Nie rozumiałam tego, dlaczego wróciłam i czułam się ze sobą tak źle, w swoich ulubionych miejscach, z ulubionymi ludźmi. Nie potrafiłam rozmawiać. Nie rozumiałam dlaczego najlepiej dogaduję się z ludźmi, o których nigdy nie pomyślałabym, że mogę się im z takich problemów i wątpliwości zwierzać. Tylko, że tak paradoksalnie było najłatwiej. Szukałam odpowiedzi i wtedy zaczęłam czytać.

Nelson Mandela: „Aby odkryć, jakie zmiany zaszły w tobie, najlepiej wróć do miejsca, które jest takie jak kiedyś.”

NomadicMatt: „Post-trip depression: It’s often emotionally harder to come home than go away„.

Kristen Sarah: „So, you’ve returned home after travelling the world, now what?

Brooke Saward: „WHAT IT FEELS LIKE COMING HOME AFTER A YEAR TRAVELLING THE WORLD SOLO

Jaime Davila: „The reality of coming home after you have traveled the world.

wiki-how: „How to Cope With Returning Home After Long Term Overseas Travel

Najpierw pomyślałam, że przecież to wszystko mnie nie dotyczy. Jaką ja tam odbyłam „podróż”. Jaki tam ze mnie „podróżnik”. Od siedmiu boleści. W końcu tylko się przeprowadziłam 400 km dalej. Ale…przeczytałam i zabrakło mi słów. Bo po raz kolejny okazało się, że twoje problemy i ten emocjonalny roller coaster, lekka depresja i przede wszystkim głębokie niezrozumienie, wręcz poczucie wyobcowania nie są niczym… wyjątkowym. Bo po raz kolejny obcy człowiek wyjaśnił to, czego ja nie potrafię. Bo po raz kolejny obcy człowiek zrozumiał mnie lepiej, nawet mnie nie znając, niż najbliżsi. Nie rozumiałam, co się zmieniło. Nie rozumiałam, dlaczego najlepszym przyjaciołom nie potrafię opowiedzieć, co się dzieje. Jeśli już coś zaczęłam opowiadać, to spotykało się to z niezrozumieniem w stylu: „jak to, już nas nie lubisz?” Przez jakiś czas wykręcałam się problemami z kolanem, że nie mogę szaleć, tańczyć, pić, bo nie potrafiłam im powiedzieć, że nie bawię się, bo źle się czuję w tym towarzystwie, w tym miejscu. Ale wiesz co? To działało. Prawie nikt nie dociekał, nie dopytywał, nie wnikał. I wiesz co? To dalej działa. Kiedy wróciłam i minął czas powitań, całusów, uścisków, kiedy opowiedziałam już wszystkie historie z Lipska i kiedy po raz setny odpowiedziałam na pytanie „jak tam kolano?” okazało się, że… dopiero wtedy zaczęłam źle czuć się sama ze sobą. Bo na początku, zaraz po powrocie chyba naprawdę cieszysz się tylko z tego, że już jesteś. A potem przychodzi czas na smutną refleksję: że jesteś, ale inny, a wszyscy i wszystko takie samo. Przed wyjazdem zamartwiałam się tym, że impreza pożegnalna tak naprawdę nie miała być pożegnaniem na pół roku, ale na lata. I nieliczni o tym wiedzieli. Zamartwiałam się, że nie będę miała do czego wracać – przecież pokończyłam wszystko, rzuciłam pracę, wypowiedziałam umowę o mieszkanie. Co istotniejsze zamartwiałam się, że nie będę miała do kogo wracać: rodzina będzie zajęta obowiązkami, pracą, dziećmi. Moi przyjaciele znajdą sobie nowych przyjaciół, mężów, żony, wyprowadzą się gdzieś daleko. A ja wrócę i nikt nie odbierze mnie z dworca. Nikt nie będzie czekał na mnie na lotnisku. Nikt nie przyjedzie po mnie pod uczelnię czy pracę. Ale wróciłam i … ku mojemu zaskoczeniu nic się nie zmieniło, wszyscy są dalej w tych samych punktach swojego życia: żyją na kocią łapę, pracuję na stażu, planują jedne wakacje na 5 lat, narzekają na pracę. Owszem, zdarzają się małe zmiany: przeprowadzki, awanse, grubsze imprezy, fajniejsze wyjazdy, ale mentalnie, wewnętrznie, emocjonalnie nic się nie zmieniło. Nikt nie opowiedział mi „Słuchaj! Zakochałem się do szaleństwa! Matko, kogo ja poznałem!” ani „Co za koncert, rewelacja, moje nowe muzyczne odkrycie!”, ani „Najlepsze wakacje życia!” ani „Nauczyłem się chińskiego i wyjeżdżam do Chin!”. Czekałam na to, bo wtedy może mielibyśmy o czym rozmawiać… Może ktoś by mnie zrozumiał… Bo u mnie też za wiele się nie zmieniło – nie ukrywajmy, że moje oczekiwania co do Lipska boleśnie zderzyły się z rzeczywistością. Poza tym znowu jestem w punkcie wyjścia, tj. bez partnera, pracy, mieszkania, pieniędzy. Znowu zaczynam od nowa, powoli to zaczyna być moja specjalność. Ale to, co przeżyłam – jest moje. Nie zakochałam się do szaleństwa, ale spotkałam takiego Dominikańczyka, że głowa boli!!! A ze znajomości z Hiszpanem i Włochem wyciągnęłam tyle, ile mogłam. Albo ile chciałam. Co na jedno wychodzi. Nie znalazłam świetnej, dobrze płatnej pracy, ale mam taką, którą lubię, elastyczną, zmienną, interesującą, z nowymi ludźmi, spotkaniami, kulturami. Nie mam mieszkania, ale może to i dobrze, bo najlepiej czuję się w pociągu, w ruchu, w zawieszeniu pomiędzy tu i tam. Nie mam pieniędzy, bo same wydatki ostatnio, ale za ostatnie pieniądze zapisałam się na dwa kursy, spełniam kolejne marzenia i planuję kolejne 2-3 wyjazdy. I najgorsze, że nie mam za bardzo z kim się tym podzielić, poopowiadać. Pewnie to moja wina, przestałam się tak uzewnętrzniać jak kiedyś, ale z drugiej strony… nikt za bardzo nie pyta. Wszyscy biorą za pewnik, że u mnie w porządku, przyzwyczaili się, że jestem zawsze uśmiechnięta, pełna energii i aktywna. Ktoś mnie zwyzywał, kiedy przyznałam się, że źle się czuję – rozumiem, że mi już nie wolno… Ja muszę być zawsze silna i gotowa do działania. Z kimś innym spotkałam się i po 2 godzinach spotkaniach padło pytanie „No a powiedz co u ciebie? Ktoś się pojawił? Coś nowego się dzieje?” „Wiesz teraz, to ja już muszę iść…” Naprawdę musiałam wracać, wcale nie migałam się od odpowiedzi, czekałam egoistycznie na to pytanie, żeby wreszcie móc opowiedzieć coś o sobie. Ale może przestałam też już opowiadać, bo nikt nie słucha…? Bo czasem zaczynam tę samą historię kilka razy, ale jest ciągle przerywana a to tematem o pracy, a to postem na facebooku, a to wiadomością od kogoś, a to telefonem… a potem po kilku dniach ktoś pyta „A chciałaś mi ostatnio coś opowiedzieć, no to mów.” „Wiesz, teraz to ja już sama nie pamiętam, nic ważnego pewnie”. Tak, nieważne. Niech tak zostanie.

Rozumiem teraz każde słowo, które zaśpiewał Layne w piosence Nutshell – kiedyś tylko ją lubiłam, teraz z przerażeniem lekkim odkryłam, że się z nią identyfikuję. Pomimo całej mojej miłości do Layne’a, a może właśnie z powodu tej miłości, nigdy, przenigdy w najgorszych koszmarach nie chciałabym skończyć jak on.

Szymborska pisała kiedyś, że wie jak ułożyć rysy twarzy, by smutku nikt nie zauważył. Dlaczego teraz potrafię się do tego przyznać? Bo powoli wychodzę na prostą, znowu mogę sypiać po nocach, nie mam wiecznych wyrzutów sumienia, nie jestem ciągle sfrustrowana i rozgoryczona. Powoli się przyzwyczajam i uczę żyć tu na nowo. Przestałam też użalać się nad sobą i tak ze wszystkim się patyczkować, ale patrząc z tej kilkutygodniowej perspektywy ten czas po powrocie do PL był najgorszym okresem, jaki przytrafił mi się od przełomu 2012/2013. I paradoksalnie nikt mi w to nie chciał uwierzyć, zresztą prawie nikt nie zauważył, chociaż gdy ktoś pytał, raczej szczerze mówiłam jak się czuję. Gdybyś chciał w przyszłości sprawdzić – strategia zmieniania tematu, unikania kontaktu wzrokowego, przybierania wymuszonego uśmiechu i podawania wymówek działa zawsze. Nawet na najbliższych, ale lepiej nie próbuj, efekty są bolesne.

 A co poza tym? Poznałam kilka nowych osób, zainstalowałam tindera i usunęłam po 2 dniach (ale to już inna historia), byłam na weselu. Uczę się hiszpańskiego. Prawie zapisałam się na perkusję. Złożyłam podanie o kolejne stypendium wyjazdowe. Poszukałam nowych partnerów tandemowych. Poszukałam kogoś, kto podszkoli mnie ze spraw graficzno-fotograficzno-techniczno-komputerowych. Poszłam na gigantycznie długi jak na ostatnie pół roku spacer śladami przeszłości w pięknej, jesiennej Chodzieży i zrobiłam 250 zdjęć. Trochę się nagotowałam i napiekłam, nawet znowu zaczęło mi to sprawiać przyjemność. Znowu zaczęłam udzielać korepetycji. Kupiłam laczki króliczki, Misiowi się nie podobają i je atakuje. Zorganizowałam w pracy imprezę unplugged i chyba nikomu się nie podobało – oprócz mnie. Zakochałam się w Eddim Vedderze z 1992, wiem, trochę późno. Ale co ja poradzę, że dźwięki gitary i blask świec od dziecka tak nostalgicznie na mnie wpływają. I jeszcze do tego zaczął się listopad. Zaczęłam pisać doktorat, chociaż kiepsko idzie i nadal nękają mnie wyrzuty sumienia. Przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć, albo jak kto woli: potwory z przeszłości mnie ścigają. Przeczytałam nową książkę Tomka Michniewicza i mam jeszcze więcej wątpliwości niż przedtem – ale tak to już jest, ponoć wątpliwości sprawiają, że nasza wiara jest żywa; ponoć im starsi jesteśmy, tym więcej stawiamy znaków zapytania, niż wykrzykników; ponoć żądne dobre rady na nic się nie zdają, bo doświadczenie jest nieprzekazywalne. Poluję na tomik poezji, który jest nie do dostania. I chyba wreszcie pójdę na jakiś koncert. Wypiłam listopadowe piwo za pamięć dziadka, bo pomyślałam, że tego mi brakuje, że nie był żadną częścią mojego dorosłego życia i pamiętam niewiele: wąską ścieżkę między nagrobkami, w której nie mieściły się grabki; przejażdżki rowerem i krzaki truskawek na działce; wąskie przejścia między krzakami, bułki i oranżady, a także wyjątkowo „plastyczne włosy”, bo dziadek zawsze pozwalał mi się czesać. Reszta to opowieści pozostałych członków rodziny, zdjęcia, filmy. I dlatego chciałabym tak po prostu, najzwyczajniej na świecie pójść z dziadkiem na piwo i zapytać się, czy to robię jest w porządku i czy jestem na dobrej drodze. Bo nie mam pojęcia co bym mi odpowiedział. Najbardziej na świecie nie lubię pożegnań i najbardziej na świecie boję się samotności. Miało nie być osobiście, a jest najosobiściej na świecie, bo w głośnikach Bon Iver całkiem rozłożył mnie na łopatki.

Dlaczego tak dobrze pamiętamy dziwne, głupie, błahe rzeczy, a nie pamiętamy tych ważnych? A może są one tylko z pozoru błahe, a tak naprawdę dysponują jakimś większym przekazem, odzwierciedlają jakiś życiowy przekaz?

Staram się spędzać jak najwięcej czasu z rodziną, ale ciągle mam poczucie, że za mało. Dziewczynki rosną, reszta rodziny się starzeje, choruje… A w sobotę 55 rocznica ślubu dziadków – toż to jakiś kosmos. Całe życie marzyłam o tym, by się z kimś zestarzeć, a teraz wydaje mi się, że taka szczęśliwa, wzajemna, wspierająca miłość przez całe życie, do końca świata i o jeden dzień dłużej po prostu nie istnieje. Ale to też inna historia.

Tak sobie myślę, że mam jednak apetyt na życie, staram się ciągle próbować robić nowe rzeczy, chociaż wszyscy pod nosem się ze mnie podśmiechują. I staram się doceniać te z pozoru nieznaczące chwile, zwyczajne dni, proste rozmowy, spokojne weekendy, zwykłych ludzi. Bo kiedyś na pewno będę za tym tęsknić.

A dziś 11.11 a ja nie napisałam ani słowa o patriotyzmie, niepodległości, uchodźcach, polityce – chyba już wiadomo jaki mam do tego stosunek.

Może sama potrzebuję już psychoterapii, zamiast udzielać jej wszystkim dookoła?

12239748_1153275701367290_2009836275441779215_n

Zamykam tę chwilę głęboko w sercu

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s