Kino · Książki · Małe podróże · Muzyka · Rozmyślania · Spotkania

Niemoc twórcza.

Hej, to ja. Trochę mnie tutaj nie było. Cztery miesiące ciszy na blogu, chociaż przemyśleń oczywiście setki milionów. Ale jakoś nie składało się tak, żeby siąść i napisać. Totalnie straciłam wenę, totalnie ogarnęła mnie niemoc twórcza, albo działo się tyle, że nie miałam czasu/nie chciałam pisać, albo pisałam swoje inne/ ważniejsze  w tym momencie rzeczy, albo byłam w takim emocjonalnym dołku, że nie byłam w stanie zebrać myśli i odpisać na wiadomości, a co dopiero napisać tutaj więcej. Góry i doły, takie jest życie. Ale wróciłam, bo uświadomiłam sobie po raz kolejny, że ten blog jest tylko i wyłącznie dla mnie. To ja mam momentami niemałe problemy z pamięcią, a czasami dzieją się w moim życiu takie rzeczy, których bardzo, ale to bardzo nie chciałabym zapomnieć. Powinnam codziennie nagrywać albo spisywać myśli z dnia „dzisiejszego”, żeby nie zapominać też o tym, o czym powinnam pamiętać, no ale cóż… dyscyplina i konsekwencja nigdy nie były moją mocną stroną. Ale podjęłam wyzwanie i zamierzam teraz dla siebie – a nie broń Boże ku potomności – nadmienić to, co ważne, piękne, smutne i zaskakujące. A w szkicowniku mam 12 tematów – dzisiaj coś tam wspomnę, a może kiedyś do tego wrócę.

Piszę te słowa z domu mego rodzinnego, z Chodzieży. W głowie ciągle mam jeszcze ostatnią podróż – powrót z Majorki, ale z drugiej strony myślami jestem już w Austrii… Majorka zasługuje na odrębny wpis – tak jak popełniłam tekst po powrocie z Lipska, dopasowując wspomnienia do liter alfabetu, tak też uczynię w tym przypadku, ale najpierw muszę się przekopać przez tonę zdjęć, tak wspaniałych zdjęć, że aż może ja (sic!) pokuszę się o zmontowanie jakiegoś filmiku. Zobaczymy. Majorka na pewno nie jest skończonym rozdziałem w moim życiu, jeśli dobrze pójdzie, to wrócę tam jeszcze w tym roku. Natomiast do zamkniętych rozdziałów z całą pewnością mogę dołożyć Lipsk – mimo całej mojej sympatii do tego urokliwego miasta, ja i Lipsk jakoś pozytywnie na siebie nie wpływamy…

W ostatnich miesiącach wiele się działo, nie powiem. Czasem wydaje mi się, że nie dzieje się nic i że ciągle mogłabym więcej i dalej i częściej, ale potem przypominam sobie słowa jednego z moich przyjaciół (?), który powiedział kiedyś, że nie powinnam się ciągle porównywać „w górę”, lecz spróbować też „w dół”, żeby nabrać dystansu, obiektywnego spojrzenia. I wiecie co? Miał rację. Bo ja czytając książki, artykuły i czasopisma podróżnicze nigdy nie czuję się zainspirowana i zmotywowana, tylko zawsze myślę „Oni to są tacy super, a ja to jestem taka beznadziejna i nigdy to się nie zmieni”. Ale jak potem na chłodno przeprowadzę trzeźwą kalkulację, to okazuje się, że w podróży jestem więcej niż … w domu. A co to w ogóle takiego ten dom? Zawsze myślałam, że z wiekiem wszystko będzie stawało się dla mnie jasne, a ja coraz bardziej zaczynam wszystko kwestionować i coraz więcej zaczynam stawiać pytań… Wróciłam do Polski na początku czerwca i teraz ciągle jestem bombardowana zdjęciami z urlopów, wakacji, słowem podboju świata. A ja od 2 miesięcy w domu. I kiedy ta smutna refleksja dotarła do mnie, uświadomiłam sobie „Hej, przecież właśnie jesteś W POCIĄGU. Tzn. że skądś wracasz albo dokądś jedziesz. Miałaś fantastyczny weekend. W ogóle od kiedy wróciłaś nie było chyba weekendu, tygodnia, żebyś gdzieś nie wyjechała.” – no więc tak, wszystko to kwestia perspektywy. Dla mnie od jakiegoś czasu pobyty w Polsce zawsze są na „przeczekanie”. Nie zawieram nowych zobowiązań, nie szukam wspaniałych możliwości zarobkowych, nie angażuję się w nowe relacje koleżeńskie, przyjacielskie, a co dopiero związkowe, nie szukam nowych wyzwań zawodowych. Przyjeżdżam albo na rekonwalescencję, albo żeby przeczekać i odpocząć, albo żeby przygotować się do następnej podróży, albo żeby nadrobić stracony czas. I teraz te dwa miesiące właśnie chyba spełniały taką funkcję. Niesprawiedliwe? Chyba nie. Bo piękny to był czas, z rodziną, znajomymi, przyjaciółmi codziennie. Kiedy mogłam ponownie wejść w rolę członka rodziny, a nie tylko gościa. Z całym pakietem obowiązków domowych i przyjemności rodzinnych, po prostu cieszyłam się na maksa z tego, że mogę w tym życiu rodzinnym uczestniczyć, a nie tylko dostawać zdjęcia wydarzeń na whatsapp.  Smutna to prawda, gorzka refleksja, ale jednak coś w tym jest, że doceniać rzeczy zaczynamy dopiero wtedy, gdy ich zabraknie. Maminego obiadu. Złotych rąk taty, zawsze gotowych do pomocy. Nic nie robienia z siostrą, albo oglądania czy czytania głupot. Plotkowania z babcią, wymieniania sportowych ciekawostek z dziadkiem, ironizowania z drugą babcią. Wygłupiania się z dziewczynkami. Rodzinnego śniadania w niedzielę. Albo rodzinnych spotkań z okazji imienin, czy po prostu z okazji żadnych, tak po prostu. Żadnego poczucia obowiązku, tylko autentyczna radość. A może to po prostu umiejętność przystosowania? Nie wiem. Nie myślę o sobie nigdy jak o osobie nadzwyczaj inteligentnej, broń Boże, ale skończyłam czytać wczoraj książkę, w której padła myśl, że najbardziej inteligentni ludzie mają najlepiej rozwiniętą umiejętność adaptacyjną. Książkę polecam – Eric Emmanuel Schmitt (też nie wiedzieliście, że to Francuz?) – Ulisses z Bagdadu. Bardzo aktualna obecnie, powinna być dla niektórych lekturą obowiązkową. Chociaż nie jest to absolutnie książka, która odmieniła moje życie, to było tam jednak parę takich fragmentów, które chwytały za serce. A ja w ogóle bardzo lubię książki, których akcja toczy się w Afganistanie, Pakistanie, Iraku, czy Iranie, itd. Pochłaniam ekspresowo. Zaskakujące, bo podróżniczo to mnie te rejony jakoś bardzo nie kręcą, w ogóle cała Azja jest przeze mnie raczej niedoceniana. Ale wracając do czasu rodzinno-przyjacielskiego. Jakie są moje ostatnie migawki? Powrót do Polski i niespodziewany przyjazd rodziców na dworzec. Spotkanie, które nie doszło do skutku z serii „rozdział twojego życia, który już dawno powinnaś zamknąć” – i chyba w końcu się to udało. Grill ze znajomymi nad Wartą. Powrót do domu. Sprzątanie, sprzątanie i jeszcze raz sprzątanie – serio udało mi się zrobić porządek dosłownie wszędzie, nawet z rzeczami, do których zabierałam się chyba od ładnych kilku lat. Kilka dni u Babci. Imienionowo-urodzinowy grill Zuzi. Wieczór panieński Oli, przygotowania i dekoracje, gry, planszówki, drinki. Euro 2016 i milion emocji wymienianych internetowo z całą grupą międzynarodowych znajomych. Mecze oglądane w domu, z rodziną, z przyjaciółmi, w pubach, w strefie kibiców w Kosmosie. Dzień niespodziewanych powrotów do przeszłości: od spotkania na szczepieniu z dziewczynkami po licealne spotkanie w supermarkecie. Wesele Oli, moc pracy, przygotowań, radości, wzruszeń i piękna. No i dowiedziałam się, że jestem „gość”, „dobre dziecko” „słoneczko”, „promyczek” i „gwiazdeczka”. „Wiesz, Aśka to jest gość! To nie jest jakiś zwykły koleś, czy coś. No gość po prostu!” No kto by pomyślał 😉 W tzw. międzyczasie zakończyła się nierozpoczęta współpraca z Rainbow (nie ma tego złego…) i pojawiła opcja wyjazdu do Austrii na dawno zapomniane stypendium (…co by na dobre nie wyszło). I udało się potwierdzić praktyki w Walencji. Regularnie, codziennie cisnę więc hiszpański. Odezwałam się po latach do nauczyciela Dirka, z naszego projektu EMS, w końcu mamy jechać do Berlina we wrześniu, bo nasz projekt z roku 2010 został wybrany projektem roku i zostanie uhonorowany na gali z okazji 10lecia projektu, no i  jak cudnie było zobaczyć nasze dzieciaki, chociaż na whatsapp- kiedyś 6letnie, a teraz już takie duże! Zapisałam się na maraton rowerowy, w końcu do 30tki czasu coraz mniej! 🙂 I staram się trenować! I widziałam się z Sergio, gdzie wreszcie ustaliliśmy datę naszego wyjazdu na wiecznie odkładane Piaski! A tam wiadomo: śmiechy, wygłupy, tańce, alkohol, wycieczka rowerowa, wyprawa do Leszna do dyskoteki Heaven, gdzie we własnym kraju przeżyłam szok kulturowy… No i kolejne miłe słowa, których się absolutnie nie spodziewałam. Zuzia oficjalnie zakończyła szkołę, gdzie i my byliśmy, podziwiając i walca i cha-chę, no i nie powiem, wzruszeń było co nie miara. I duma rozpiera siostrzane serce z wielu powodów, zostawia także trochę miejsca na delikatny lęk… Napisałam 3 rozdziały pracy i spotkałam się wreszcie z promotor, ale gdzieś teraz ponownie mi ta motywacja umknęła… Ale wylogowałam się też z internetu i dało mi to taki spokój życiowy, taki dystans… że na pewno to powtórzę. Bo dostawanie wiadomości jest cudne, ale bywa też i męczące… O tym też kiedyś będzie. Ah i jeszcze opener po drodze z Zuzią! Po raz kolejny przekonałam się, że spełnianie cudzych marzeń wychodzi mi lepiej niż realizowanie własnych zachcianek. A na pewno sprawia więcej radości. I w kinie byłam parę razy: na Nice Guys, Zanim się pojawiłeś, Kamperze, jakimś musicalu polskim o tańczeniu i batmanie/supermanie, ale to chyba było wcześniej. W każdym razie nie warto o tym więcej pisać 😉 Rozliczyłam rok i przedłużyłam studia… Inaczej się nie dało. Poza tym wycieczka z dziadkami do babci, co wszystkim sprawiło dużo radości. Urodzinowy weekend i grill u Ani. I kilka dni sama w domu, chyba po raz pierwszy! Ja i moje zwierzaki. A potem Woodstock, och Woodstock… To też na pewno zasługuje na oddzielny post 😉 Mnóstwo radości i po prostu cieszenia się z życia, czerpania z chwili. Ale także mnóstwo przemyśleń, refleksji, czy to spowodowanych smutnymi wydarzeniami, czy inspirującymi spotkaniami. I znaki z niebios. Spotkanie, do którego nie doszło, bo zapewne dojść do niego nie miało. I kolejne niespodziewane miłe słowa, szook! A później to już jednodniowy wypad do Pogorzelicy po Zuzię, gdzie znowu czekała na mnie moc wspomnień i wzruszeń. Gerry z Anią w Aligatorze, no bajka, jak zawsze rewelacja, taka energia, matko jak to siedzi! I koncert Taco Hemingwaya, z którego nie widzieliśmy nic, który miał się przerodzić w latynoską imprezę, a skończył kolacją w czeskiej knajpie i karaoke, jak za starych, dobrych czasów. Po drodze jeszcze pielgrzymi z Czech w ramach ŚDM i znowu moc wzruszeń, nawet dla takiej niepraktykującej duszy jak ja… duma i radość, aż zachciałoby się znowu być młodym. Papa Francesco w Polsce, pokora i mądrość, brak mi tylko prostych komunikatów wprost… I został tydzień: za chwilę ruszają Warsztaty Jazzowe, w planach spotkanie z koleżanką i wreszcie z ciocią i … Innsbruck, here I come!

Wykończyły mnie te migawki. Ale każde wspomnienie wzbudza jakąś emocję, zazwyczaj przypomina mi o pozytywnych chwilach. Jak znowu będę chciała marudzić, że nic się nie dzieje, to będę to sobie czytać codziennie na głos tak długo, aż zacznę samej sobie zazdrościć! 🙂

A teraz wracam do rodziny, bo ktoś mądry kiedyś powiedział, że jeśli chcesz zacząć zmieniać świat, powinieneś najpierw spędzać dużo czasu ze swoimi bliskimi. Albo jakoś tak. O mam: „If you want to change the world, go home and love your family” – Matka Teresa.

Peace & Love

Reklamy

One thought on “Niemoc twórcza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s