Małe podróże · Rozmyślania

Na gorąco.

Pierwsze wrażenia na szybko i na gorąco. Bo wiem, że zaraz to, co mnie dziwi, mi spowszednieje i przestanę to zauważać. Albo się przyzwyczaję i polubię. Tak przynajmniej teraz czuję.

Jestem w Innsbrucku. To był taki długi dzień, że wydaje mi się, że jestem już tutaj od co najmniej 2-3 dni. A to tylko ostatnie dwie doby były takie intensywne.

Spakowałam się w domu jak zwykle na ostatnią minutę, jak zwykle czekały mnie wcześniej i później różne drobne niespodzianki, jak zwykle niby wszystko sprawdziłam i przygotowałam, ale w praktyce się okazało, że jednak nie do końca. Można byłoby powiedzieć „wszystko na styk”, ale ja wolę „idealnie”, od razu zmienia się perspektywa, prawda? Spakowałam się ekspresowo do walizki i ukochanego plecaka, który niestety będzie musiał niedługo chyba być wysłany na przymusową emeryturę…  Z ilością rzeczy trafiłam wprost idealnie – oczywiście tu na miejscu już się okazuje, że czegoś zapomniałam, a coś tam by się mogło jeszcze przydać, ale przecież wszystko co potrzebne mi do przeżycia mam ze sobą.

„Podróż” 21 godzin. Jaka tam podróż, droga właściwie. Chodzież-Poznań-Berlin-Innsbruck. Z przystankiem w Monachium, który przespałam i … w Lipsku, gdzie zdążyłam napisać maila, którego pisać pewnie nie powinnam. A co tam. Tak się trzykrotnie zarzekałam, że Lipsk na pewno jest nie po drodze, że oczywiście tam trafiłam. 3,5h czekania w Berlinie umiliły mi niedobre nachosy, szalone myszki/szczurki/myszoskoczki na trawnikach i Stern. Czemu mam tyle do opowiedzenia? Bo od 2 dni jestem prawie bez internetu i … w ogóle tego nie odczuwam. Jeśli musiałam koniecznie coś sprawdzić, to zawsze się udawało, a brak komunikatorów, aplikacji i wiecznej dyspozycyjności online skutkuje tylko … spokojem w głowie. To jest fantastyczne uczucie. Żadnych śmieciowych newsów. Żadnego zabijania czasu. Żadnych bzdurnych konwersacji. Żadnego gadania o niczym i czekania aż ktoś odpisze. Tak, żyję, nie martwcie się, jest okej. Albo w sumie nie wiem tego jeszcze, bo jestem taka nieprzytomna, że jeszcze nie do końca wierzę, że tu jestem.

Martwiłam się trochę, że coraz gorzej znoszę pożegnania. Że może wcale nie chce mi się tak ciągle jeździć, przeprowadzać się, zaczynać od nowa. Bo jakoś nie czułam żadnej specjalnej ekscytacji. Ba, na jedną malutką sekundę pojawiła mi się w głowie nawet myśl, że może już czas skończyć z tą tułaczką… A kysz! Cóż, ten cały Innsbruck to w ogóle przypadek trochę. Nie jest to miasto, które zawsze chciałam odwiedzić. Kraje niemieckojęzyczne jakoś też nie należą do moich ulubionych. Chociaż muszę nauczyć się odróżniać Austrię od Niemiec i to moje zadanie na najbliższy miesiąc. W każdym razie jestem tutaj na kolejnym stypendium, co jest zabawne, ponieważ są wakacje i uczelnie są zamknięte. Ale zgodnie z kubańską filozofią: czy to mój problem? Wniosek złożyłam, bo wtedy, rok temu, w tamtym momencie mojego życia po przebytej operacji i w trakcie odbywania rehabilitacji po prostu bardzo chciałam dokądkolwiek wyjechać. Ale potem okazało się, że coś tam źle zrobiłam i jak kazano mi poprawić wniosek 1,5 miesiąca później, to już nikt nie dał mi znać, czy wszystko jest w porządku. W tzw. międzyczasie wyskoczyła Palma, która na dodatek bardzo mnie zaskoczyła i sama nie wiedziałam jak długo tam zostanę. A później kurs pilota wycieczek i rekrutacja do biura podróży i nawiązana współpraca, która się jednak nigdy nie rozpoczęła, ale zanim udało się to ostatecznie wyjaśnić i zamknąć temat, to minęło prawie 5 miesięcy. A do tego wszystkiego zawirowania sercowe i inne plany osobiste, szczególnie na wakacje, więc podsumowując… przestało mi zależeć. Nikt się nie odzywał, ja nie dopytywałam, byłam pewna, że nic z tego nie wyjdzie. Ale parę miesięcy później wróciłam do Polski, w nienajlepszej kondycji psychicznej, właściwie bez kasy i bez planów na wakacje, aż tu nagle… maile z Wiednia, wieści z Innsbrucka, szybka wymiana wiadomości z koleżankami, załatwianie wszystkiego na pełnym luzie i spontanie i po dwóch tygodniach przychodzi decyzja… stypendium przyznane. No to jadę. I dziś dotarłam do Innsbrucka, do którego najpierw chciałam pojechać, potem absolutnie nie, ale jednak jestem i tak sobie myślę, że nic o tym mieście nie wiem. Nie wiem jeszcze sama czy się cieszę, nie wiem czy będzie mi tu dobrze, ale daję sobie i Innsbruckowi szansę – jak się chociaż trochę wyśpię, na pewno będzie od razu lepiej.

Wysiadłam o 7 rano z autobusu i pierwsze co mnie uderzyło to… cisza i spokój. Musiałam przemierzyć z bagażami pół centrum w poszukiwaniu bankomatu i przez pierwsze pól godziny na palcach dwóch rąk mogłam policzyć ludzi, których spotkałam. Żadnych korków, tłumów, żadnego pośpiechu. Wsiadłam do autobusu w drodze do dawnej Wioski Olimpijskiej, w której jest mój akademik – jak się okazuje Innsbruck dwukrotnie organizował Zimowe Igrzyska Olimpijskie, ostatnio w latach 70tych. W autobusie podsłuchiwałam trochę lokalsów, no i … gdyby ktoś powiedział mi, że jestem na Węgrzech, to chyba bym uwierzyła. Smutna to refleksja, ale chyba rozumiem lepiej hiszpański po niecałym roku nauki, niż dialekt austriacki po 13 latach nauki niemieckiego. Jedna pani była lekko przerażająca, nie wiem w sumie czy upośledzona umysłowo, czy niewyedukowana, krzyczała właściwie na cały autobus i raz nawet miałam wrażenie, że miała o coś pretensje do mnie, ale nie zareagowałam, bo nic nie zrozumiałam. I jak się już tak zraziłam, to okazało się, że wysiadamy na tym samym przystanku, a pani mówi do mnie wesoło: „Dzień dobry, panienko!”. I wtedy pomyślałam sobie dwie rzeczy: że będzie dobrze i że pozory tak bardzo mylą.

Dotarłam do akademika, który z wewnątrz i z zewnątrz trochę wygląda jak ratajskie osiedla w Poznaniu. Wsiadam do windy, która zamiast na 1 piętro, zawozi mnie na 4 i wpadam w lekkim osłupieniu prosto w panią sprzątającą i w jej wózek. Pani spogląda na mnie zaskoczona i pyta: „ŻOANA?!”. I zgadnijcie kto w tym momencie był bardziej zaskoczony. Okazało się, że to Pani, która zajmuje się praktycznie wszystkim w akademiku, od kasowania pieniędzy, przez podpisywanie umów, załatwianie formalności, oprowadzanie, aż po sprzątanie. Biedna. Bardzo miło mi się zrobiło, że pamiętała, że przyjeżdżam, więc do końca rozmowy ciągle się uśmiechałam, bo uznałam, że uśmiech jako tako zamaskuje fakt, że rozumiem mniej więcej 75% z tej konwersacji. W akademiku – cisza. Okazało się, że mamy pralnię i suszarnię, ale aby zrobić pranie, trzeba wyrobić sobie jakąś specjalną kartę, którą trzeba załadować inną kartą, z dowolnego austriackiego banku. No, zgadnijcie. Nie chce mi się i nie będę tego robić, pójdę do pralni w mieście, jak w amerykańskich filmach! Zawsze chciałam to zrobić! Śmiesznie mi mieszkać znowu w akademiku i to w wieku 28 lat. Trochę abstrakcja, nie? Mam pokój – uwaga na to – Z ŁAZIENKĄ I Z TELEWIZOREM. Przyfarcone! A widok z okna… rekompensowałby wszystkie braki, które bym umiała znaleźć, jeśli chciałabym ich zacząć szukać. Góry, we mgle, schowane za chmurami, wyglądające niby tak samo, ale jednak inaczej o każdej porze dnia i nocy. Bo w ogóle zimno tu trochę, 13 stopni dzisiaj i nawet endomondo po spacerze do miasta powiedziało, że jest ponuro. Ale to nic. Mój akademik jest po drugiej stronie rzeki Inn, która się wije przez cały Innsbruck, więc niestety trochę daleko od centrum. Nic nie szkodzi. Nic mnie tu nie goni, nikt na mnie nie czeka, nic chyba nawet nie muszę robić, mogę więc spacerować te 6 km w jedną stronę. W końcu nie od dziś wiadomo, że to rower i szlajanie się po ulicach, to moje ulubione sposoby na poznawanie miasta. A propos miasta. Nie mogę na razie powiedzieć niczego prócz tego, że … wszędzie są GÓRY! Serio, wygląda to tak, jakby miasto było w dolinie, gdzie nie spojrzysz widać same szczyty gór. Niestety kiepska pogoda plus mój telefon nie są idealną kombinacją do otrzymywania przepięknych jakościowo zdjęć, ale mówi się trudno.

Doczłapałam do centrum już ostatkiem sił, ale zawzięłam się w sobie, że dzisiaj ogarnę formalności w biurze, na których załatwienie mam tylko 3 dni. W biurze okazało się co prawda, że muszę iść jeszcze do banku i zarejestrować się w urzędzie, ale jak to się mówi: spięłam się w sobie (w sumie to nie wiem czy tak się mówi) i … załatwiłam wszystko w jeden dzień. Nie wierzę. Nie wiem z czego to wynika: czy Austria jest krajem, który tępi biurokrację? Czy mam mniej formalności przez to, że właściwie tutaj nie studiuję? Ale w sumie w Lipsku i w Palmie też nie za bardzo studiowałam… Czy może po prostu nauczona doświadczeniem zdobytym w innych krajach po prostu sama załatwiam to ekspresowo, bo już wiem co i jak? Nie wiem. Faktem jest, że mimo dobrej znajomości niemieckiego w Marburgu i w Lipsku potrzebowałam na wszystko kilka tygodni (2-4), w Palmie mimo beznadziejnej znajomości hiszpańskiego załatwiłam wszystko w tydzień, a tutaj w Innsbrucku w jeden dzień. Bajka! I panie w urzędach wszystkie mówią Standardsprache i wreszcie rozumiem! Jestem więc oficjalnie zameldowana w Innsbrucku. Nawet to zabawne.

Ale czy naprawdę tutaj mieszkam? Czy może tylko przebywam? Czy może jednak to „mój nowy dom”? Skąd to wiadomo? Kiedy można tak powiedzieć? Z domem i z jego konceptem, ze swoją do niego przynależnością, ze swoją tożsamością miałam już problemy i pisałam nawet o tym tutaj na blogu. Na razie absolutnie się tutaj nie czuję „jak w domu”, no ale jestem tutaj jakieś 12h, więc tak szybko to chyba nawet ja się nie aklimatyzuję 😉 Aczkolwiek na couchsurfingu już ustawiłam Innsbruck jako miejsce zamieszkania, tak mi łatwiej być na bieżąco z eventami lokalnymi. I zaraz po otrzymaniu kluczy do akademika dostałam maila: „Witaj w twoim nowym domu”. Hmmm. Kiedyś miałam taką teorię, że jeśli spełnią się jednocześnie trzy warunki, to mogę powiedzieć, że jestem mieszkańcem danego miasta: a) podpisuję umowę o wynajem pokoju/mieszkania; b) mam swoich znajomych, których zdarza mi się przypadkiem spotkać w mieście; c) mam swoje ulubione miejsca. Nie wiem czy Innsbruck spełni te trzy warunki, ale już widzę, że moja teoria były niedopracowana: ulubione miejsca, to mam absolutnie wszędzie, a w Poznaniu, w którym mieszkałam z przerwami 8-9 lat zdarzało mi się mieszkać „na nielegalu”, tj. nie tylko bez zameldowania się w urzędzie (tego to nigdy nie zrobiłam), ale też bez podpisywania umów. No więc teraz już naprawdę nie wiem kiedy się gdzieś mieszka. Może jestem więc tylko turystą? Ale to mi też jakoś nie pasuje, a poza tym nie lubię tego słowa… Ciężka sprawa z tym domem, miejscem zamieszkania, miejscem pobytu, miejscem przejazdu.

A na koniec najulubieńsze ciekawostki z dzisiaj:

  1. Idę ulicą, bloki, osiedla, supermarkety, centra handlowe i nagle… wielkie gospodarstwo rolne w samym centrum miasta. Stodoły, uprawa kukurydzy, zwierzaki, zapach wsi i … otwarty 24/h na dobę MLEKOMAT. Ale czad!
  2. Ratusz. Jest. W. Centrum. Handlowym. Ała.
  3. Obcokrajowcy są wszędzie. Lubię multi-kulti, ale zaczepianie i spojrzenia to już nie zawsze. Dzisiaj akurat nie. Jeden pan tak słabo mówił po angielsku, że do teraz nie wiem, czy chciał powiedzieć „bitch” czy „beautiful”.
  4. Widziałam już skocznię narciarską. Małysz tu był.
  5. A Fernando Torres i Zlatan Ibrahimovic strzelali w Innsbrucku gole w czasie meczu Szwecja-Hiszpania podczas EURO 2008. Zwiedzam Europę śladami Fernando, jeszcze się spotkamy mój drogi, nie ma co 😉
  6. W pewnym momencie byłam już tak zmęczona, że potknęłam się na ulicy i uświadomiłam sobie, że mówię na głos: „Sorry”. Nie wiem tylko kogo przepraszałam, chodnik za potknięcie? 🙂

P_20160802_085909

Widok z okna

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s