Małe podróże · Rozmyślania · Spotkania

Two weeks, baby

No to minęły dwa tygodnie. Jak zwykle mam za dużo do powiedzenia, ale szkoda mi poświęcać ileś czasu na pisanie (nie tego co powinnam). Chyba mogę powiedzieć, że zdążyłam się już tutaj zaaklimatyzować, chociaż nie powiem, uczę się jeszcze funkcjonować w tej nowej rzeczywistości, staram się wyrobić sobie jakieś nawyki, jakąś rutynę, jakiś rytm pracy i przede wszystkim porzucić myśl kołaczącą mi gdzieś z tyłu głowy, że Innsbruck to chyba nie moje miejsce na ziemi (edit: a może jednak?).

Na razie czuję się tutaj jak w Niemczech i niestety nie znalazłam jeszcze niczego, czego nie widziałam w jakiejś formie – mniejszej lub większej w Niemczech. Wiem, że to trochę niesprawiedliwe i pewnie wynika z jakiejś tam mojej ignorancji i z braku bezpośredniego kontaktu z Austriakami. Ale z drugiej strony znam w końcu kilku Austriaków całkiem dobrze i to nie od dziś. Zazwyczaj skupiam się na wyszukiwaniu podobieństw w myśl zasady, że lepiej się jednoczyć, niż dzielić, ale mam poczucie, że muszę znaleźć tutaj coś, co nie pozwoli mi stawiać znaku równości między tymi narodami. Ja też stanowczo reaguję, kiedy ktoś z dalekiego zachodu mówi do mnie: „Niemcy, Polska, to przecież to samo”. Okej, pewnie między tymi narodami jest więcej podobieństw, chociażby z uwagi na wspólny język, niż między nami, ale mimo wszystko skoro na dobrą sprawę my ludzie nawzajem się od siebie różnimy, to z narodami też tak musi być i kropka.

Wszystko jest generalnie w porządku. Bez szału. Cisza i spokój. Mam duży problem z motywacją i skupiam się na razie na wyszukiwaniu przeszkód, a nie rozwiązań, ale wczoraj udało mi się wreszcie trochę popracować. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Trochę jestem rozbita między tym, co bym chciała, a tym, co powinnam. Ale powtarzam sobie, że przyjechałam tutaj w jakimś celu i miesiąc odpoczynku względnie spokoju krzywdy mi nie zrobi… ale do tej myśli jakoś ciężko się przyzwyczaić.

Wstyd się przyznać, ale mój mózg naładowany medialną sieczką i świadomy konfliktów światowych (które dotykają mnie ostatnio jeszcze bardziej niż zwykle) sprawił, że popadłam ostatnio w delikatną panikę, kiedy wracając ze spaceru zaplątałam się w blokowisku i zobaczyłam na środku parkingu jeden samotny, porzucony jakby plecak i nikogo w pobliżu, do kogo mógłby on należeć. No i zgadnijcie co sobie w tym momencie pomyślałam. I kiedy już przyspieszyłam kroku zrobiło mi się bardzo przykro i naszła mnie też taka smutna refleksja, że gdybym cofnęła się o 20 lat, gdybym była znowu dzieckiem, nigdy w życiu nie przyszłoby mi na myśl, że porzucony plecak może zwiastować nieszczęście. Niby przezorny, zawsze ubezpieczony, ja to wszystko wiem, ale nie chcę żyć w strachu i do wszystkiego i wszystkich podchodzić nieufnie. Już chyba wolę tę beztroską naiwność. Na pewno wolę. Ale jak wyłączyć mózg? Albo jak połączyć potrzebę bycia na bieżąco z tym, co się dzieje na świecie z niechęcią do mediów? Gdzie szukać aktualnych informacji? W końcu internet to też medium i to takie, które chyba najbardziej doprowadza mnie do szału…

Taki mam nastrój, że ewidentnie odbiegam od tematu. Pewnie wynika to z tego, że ostatnio mam znowu więcej czasu na przemyślenia. Czy powinnam mieć z tego powodu wyrzuty sumienia? Chyba nie.

Bez tytułu

Ale wracając do rzeczy. Dzisiaj mogę już trochę więcej powiedzieć o samym mieście, o swojej dzielnicy i swoim akademiku niż dwa tygodnie temu. No to do dzieła.

Innsbruck to nie jest jakieś bardzo duże miasto, więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że po tygodniu dość intensywnych spacerów byłam już prawie wszędzie. Lokalsi nazywają je dużą wsią i mówią, że oprócz natury nic tutaj nie ma. Ale jeśli jesteś amatorem w jakiejkolwiek dziedzinie sportowej, to zawsze znajdziesz tutaj coś dla siebie. Mieszkam daleko od centrum i aby cokolwiek interesującego zwiedzić czy zobaczyć muszę najpierw pokonać kilka kilometrów średnio ciekawej trasy, głównie przez przemysłowe dzielnice. Za każdym razem modyfikuję trasę i jestem pewna, że dzięki temu trafiłam już do takich miejsc, do których nie zapuszczają się absolutnie żadni turyści. Bo jaki turysta wie, gdzie w Innsbrucku znajdują się ośrodki dla uchodźców? Albo krematorium? Albo domy starców? Swoją drogą mnóstwo ich tutaj. Samo centrum miasta jest małe, żeby nie powiedzieć kameralne, ale ponoć tutejsza starówka jest jedną z najlepiej zachowanych w całej Austrii. W ciągu dnia na tej małej przestrzeni przechadzają się tysiące turystów, więc zdecydowanie bardziej podoba mi się tam w nocy. Kamienice jak to kamienice – odrestaurowane, kolorowe, łapią za serce, ale architektura i zabudowa zdecydowanie przywodzą mi na myśl Niemcy. Nie znalazłam do tej pory żadnej swojej ulubionej dzielnicy, ani nawet ulubionej knajpki, chociaż powoli kolekcjonuję swoje ulubione zakątki i miejsca. Nie mogę powiedzieć, że nie jest ładnie, ale po prostu … niezbyt interesująco. Aż chciałoby się zaśpiewać „jaki tu spokój na na na na”. Bo ja zachwycam się zazwyczaj street artem, opuszczonymi budynkami, dzielnicami przemysłowymi, którym ktoś dał drugie życie, kreatywnymi rozwiązaniami w przestrzeni miejskiej, a np. pomniki i kościoły kręcą mnie raczej średnio.

P_20160811_143626 P_20160803_150632

Zabawne, ale w Innsbrucku do tej pory (oprócz oczywiście absolutnie przepięknych widoków w postaci wszechobecnych gór) najbardziej za serce chwytają mnie … lokalne śmietniki. Przede wszystkim – dlatego, że są, co wcale nie jest takie oczywiste, jak się przebywa np. we wschodnich Niemczech. A poza tym gier słownych i kreatywnych haseł nie spodziewałam się zobaczyć na śmietnikach. No ale sami zobaczcie.

20160811_181651

9 ulubionych, sfotografowałam już 20

Poza tym na pewno na plus jest fakt, że ma się tutaj z reguły wysoki standard życia i raczej duże poczucie bezpieczeństwa – co nie jest oczywiste w większości krajów na świecie. I naszła mnie taka refleksja, że jak to się pięknie mówi po angielsku – i jak DiCaprio powiedział bodajże w swojej Oscarowej przemowie – we shouldn’t take anything for granted. Nie powinniśmy uznawać, że cokolwiek się nam należy. Że ten status społeczny, niezłe zarobki, świetna opieka medyczna, poczucie bezpieczeństwa na co dzień, wysoki standard życia, brak lęków co do przyszłościowego bytu – słowem niezłe, spokojne życie NALEŻĄ SIĘ NAM. To nie jest przecież tak, że my jako Europejczycy jesteśmy lepsi niż mieszkańcy innych kontynentów. A niestety taka opinia często wybija się w „dyskusji” medialnej, nawet jeśli nie zawsze bezpośrednio i wprost. Na niezłe i spokojne życie zasługuje każdy normalny, funkcjonujący poprawnie w przestrzeni życiowej i publicznej człowiek. Powinniśmy więc DOCENIAĆ to, co mamy i DZIĘKOWAĆ za ten komfort psychiczny każdego dnia. A nie wychodzić z założenia, że ktokolwiek kto przybywa do Europy chce zabrać nam coś, co do nas należy. Nasze premie, trzynastki, dodatki, befenity, wczasy pod gruszą, multisporty, wszystko to, bez czego tak naprawdę możemy bez problemu żyć…

P_20160813_164403

gdzieś między krematorium, a stadionem

Wracając do tematu. Moja dzielnica znajduje się na samym końcu miasta. Serio, jakieś 100 metrów dalej już jest tablica z napisem koniec Innsbrucka, wielkie markety i zjazd na obwodnicę. Jest to dzielnica, która została zabudowana specjalnie na Zimowe Igrzyska Olimpijskie w latach 60tych, by niedługo po ich zakończeniu mogli wprowadzić się pierwsi mieszkańcy. I ta sama historia powtórzyła się jakieś 10 lat później, przy okazji organizowania kolejnych igrzysk. Dzielnica oczywiście rozrastała się z biegiem lat, a z uwagi na jej lokalizację oraz potencjalną mnogość mieszkań, a co za tym idzie pewnie stosunkowo niskie czynsze w porównaniu do ścisłego centrum, została zamieszkana głównie przez obcokrajowców. Tak przynajmniej mi się wydaje, sądząc po mieszkańcach, których spotykam na co dzień. W pobliżu są i domy starców i place zabaw dla dzieci, a przede wszystkim ciągnąca się na dziesiątki kilometrów ścieżka pieszo-rowerowa wzdłuż rzeki. Oj, jak żałuję, że mój rower tysiąc kilometrów stąd… W Innsbrucku są dwie rzeki, do jednej z nich – rzeki Inn – mam przysłowiowy rzut beretem. Robi wrażenie. Dawno nie widziałam tak mętnej (szaro-zielonej), ale przede wszystkim rwącej i szerokiej rzeki. Boję się trochę patrzeć w dół, kiedy przechodzę przez most. Zabawne, że zastanawiałam się nad siłą żywiołu i nad zdradliwym nurtem, a kiedy wspięłam się 150 metrów na lokalną, niezwykle urokliwą górkę, to okazało się, że tej wielkiej rzeki już nawet nie widać. Najwidoczniej z potęgą gór nic nie może się równać. A propos gór – wszystkie w okolicy są wyższe niż nasze Tatry. Standardowo od 2400 m n.p.m. w górę, ale 3 tysięczników i lodowców wcale nie trzeba daleko szukać. Niestety brak samochodu ogranicza znacznie moje ewentualne wizje i podboje, ale … nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Na początku myślałam, że wszystko muszę zaliczyć i zobaczyć, ale teraz zdecydowanie zeszło ze mnie ciśnienie. A jeśli ktoś trochę interesuje się himalaizmem, to muszę dodać, że w Innsbrucku urodził się Hermann Buhl! Co to był za przystojniak, wygooglajcie sobie 🙂

Jeśli chodzi o moje miejsce zamieszkania, to nie jestem już pewna, czy jest to akademik, czy może raczej …. hotel robotniczy. Nie znam nikogo, z każdym wymieniamy tylko uśmiech i standardowe „Hallo”, ale jakimś dziwnym trafem ciągle spotykam chłopców bądź mężczyzn w wieku od 20-40 lat. Np. pana rastafarianina wiecznie narąbanego, zawsze chodzącego na boso. Mieszkam jak zwykle na 3 piętrze, chodzę pieszo po schodach, bo ja i windy jak wiadomo nie pałamy do siebie wielką miłością od czasu pamiętnego utknięcia w latach 90tych. I jak już pomyślałam sobie, że nie sposób pomylić tutaj pięter, to … pomyliłam pokoje. I zamiast do 317 wlazłam do 321 kilka metrów dalej. Coś ostatnio mam do tego szczęście, bo ostatnio wlazłam do toalety nowo poznanemu Hiszpanowi, akurat w momencie gdy zapinał rozporek. Nie chciał mi absolutnie uwierzyć, że nasza damska toaleta była zepsuta, ale jak byk wisiała na drzwiach kartka „Sorry, it’s broken. Please use the male bathroom.” A co jeszcze mogę powiedzieć o samym miejscu zamieszkania? Widok z okna już widzieliście chyba w poprzednim wpisie. Ale nie wiecie jakie atrakcje tutaj jeszcze mamy. Na dole mianowicie jest kafejka internetowa, włoska pizzeria, mały supermarket, wielkie zakłady bukmacherskie, fryzjer (w ogóle na całej ulicy jest kilkanaście zakładów fryzjerskich), kawiarnia i jakieś podejrzane arabskie biznesy. Nie wiem czy podejrzane i nie wiem czy arabskie, ale tak mi się kojarzą, bo chłopcy stoją całymi dniami przed witrynami i ewidentnie szukają rozrywek, a klienteli brak.

 

Poza tym na naszym „dziedzińcu” przechadza się codziennie kot, który bez najmniejszych trudności wskakuje na drugie piętro, a panie w hidżabach … pilnują pranie. Nie wiem, chyba też nie mają za bardzo nic innego do roboty, bo siedzą pół dnia przy tych suszarkach i rozmawiają ze sobą. Najpierw myślałam, że to chyba jakiś dom samotnej matki, bo mężczyzn tam nie widać, ale myślę, że oni stoją po prostu w innym miejscu – przed tymi wspomnianymi witrynami sklepowymi. Czyli wszyscy udajemy, że pracujemy i … to się tyczy całego Innsbrucka, bez względu na narodowości. Nigdy w życiu w żadnym miejscu nie spotkałam się z tym, żeby co drugi hotel, gospoda, piekarnia, fryzjer, czy restauracja był zamknięty na 1-2 miesiące z powodu przerwy wakacyjnej! Nie wiem, czy wynika to z tego, że Austriacy nie lubią/nie potrafią powierzyć swoich biznesów swoim współpracownikom, czy po prostu stać ich na to, by od pracy porządnie odpocząć. Tak, czy inaczej – ja to kupuję. Pewnie złościłoby mnie to, gdybym była pracownikiem i musiałabym brać urlop wtedy, gdy szefostwo mi każe, a nie gdy ja chcę, ale z drugiej strony gdybym była żoną szefa, to cieszyłabym się, że mamy tyle czasu dla całej rodziny. Lokalni mieszkańcy zdradzili mi jeszcze trzecie wytłumaczenie dla tego stanu rzeczy – otóż Innsbruck to ponoć miasto studenckie, w wakacje totalnie wymarłe, więc po prostu prowadzenie biznesów najzwyczajniej w świecie się nie opłaca. Może i tak. Żałuję tylko jednej rzeczy. Znalazłam fantastyczne, alternatywne, awangardowe, anarchistyczne miejsce, w którym organizowane są różne interesują prelekcje, spotkanie i eventy, ale niestety… przerwa wakacyjna od czerwca do października, więc nie będę miała szansy tam pójść. Szkoda, bo to na pewno byłoby moje miejsce:

P_20160803_162843

to byłoby moje miejsce

Ja tutaj obecnie prowadzę totalnie minimalistyczne życie. I w ogóle brak jakichś tam udogodnień absolutnie mi nie doskwiera. Śpię w śpiworze. Za poduszkę służy mi nakładka na kark do podróży (nie wiem jak się to nazywa). Piorę ręcznie, niczym w epoce Młodej Polski. Internet mam tylko na kablu, w jednym miejscu w pokoju, jeśli więc chcę więc z kimś pogadać, albo popisać, to zostaje mi mail albo skype. Facebooka usunęłam dwa tygodnie temu i absolutnie nie odczuwam jego braku. Ale pewnie wrócę tam, chciałam zrobić sobie taki mały eksperyment „czy wytrzymam”, czy nie jestem „uzależniona” bo już ktoś mi zdążył powiedzieć „na pewno nie dasz rady”. No otóż dam i to totalnie bez wysiłku. Jeśli chcę więc popisać z kimś na whatsapp, to idę do jednego z supermarketów, bo tam jest darmowe wifi. Nie zastanawiam się nad tym, co ubrać, jak wyglądać, jaką założyć kurtkę, czy ciepło się ubrać itd. bo … mam ze sobą tylko jedną kurtkę, 4 pary spodni, 2 spódniczki, 2 sukienki i z 8 t-shirtów. I wiecie co? Im człowiek mniej posiada, tym jest szczęśliwszy. W moim wypadku się to sprawdza. Nie mam dylematów. Nie mam problemów. Nie mam trudnych, albo i nietrudnych, ale niepotrzebnych decyzji do podejmowania. Minimalizm, proste życie. Mam też dużo czasu, więc chętnie zdaję się na innych, staram się korzystać z tego, co przynosi mi los i niczego nie przegapiać. Poza tym jak zwykle prawie codziennie się czegoś o sobie uczę. Okazało się np. że mogę żyć bez cukru (kto by pomyślał!), ale nie mogę żyć bez soli. I że jeśli uznam, że nie warto mi kupować mąki, bo przecież zaraz wyjeżdżam, to zastąpię ją czymkolwiek, chociażby płatkami owsianymi. Okazało się też np. że potrafię przebiec 5 km (kto by pomyślał!!!). I nawet nauczyłam się oszczędzać (szok nie?). Jeśli wydawało mi się, że nie potrafię już zaczynać od początku, zawierać nowych znajomości i „wychodzić do ludzi” opuszczając swoją strefę komfortu, to przekonałam się, że jednak tak nie jest, że trochę to potrafię. Że nauczyłam się tego. To moje najnowsze odkrycie – autorska strategia radzenia sobie z trudnościami: zakaz patyczkowania się z samym sobą. Heja i do przodu, bez zastanowienia (czasem kończy się całkiem zabawnie, jak np. autentycznym rozpędzaniem się i wbieganiem do jakiegoś miejsca, ZANIM zdążę zacząć się zastanawiać co by tu powiedzieć i zanim zdążę się zestresować). Poza tym ostatnio kwestionuję jeszcze więcej niż zazwyczaj i poddaję w wątpliwość wszystkie „stałe” punkty w moim życiu. Np. przyjaźń. Bo już nie jestem pewna co to jest. Kiedyś nie wiedziałam, potem wiedziałam, a teraz znowu nie wiem. Ale to już temat na kiedy indziej. W każdym razie zaskakujące jest to, że to co ostatnio pamiętam najlepiej to … słowa. Do których nigdy wcześniej nie przykładałam kolosalnej wagi. Raczej w pamięci miałam jakieś wydarzenia, wspomnienia, szaleństwa, utwory muzyczne, gesty. A teraz, siedzę w parku, albo spaceruję i bang! Wpada mi do głowy zdanie, które w czerwcu 2015 napisała do mnie koleżanka z Bułgarii. Albo bang! Wpadają mi do głowy całe fragmenty wielomiesięcznej korespondencji w języku niemieckim z Kolumbijczykiem, o którym pewnie napiszę, chociaż pewnie nie powinnam. Tak czy siak, niesamowite. I jak tak sobie pomyślałam, że to zaskakujące nawet dla mnie, że tak się zmieniam, trochę jakby niezależnie od samej siebie, trochę jakby automatycznie, bo każde spotkanie, każda inspiracja, każda podróż generuje przecież mikrozmiany, to … ustaliłam, że jest jeden obszar, którego nie jestem w stanie zakwestionować. Rodzina. I przepiękna to jest świadomość. Bo czyż miłością bezwarunkową nie jest miłość mamy, która ustawia sobie w telefonie pogodę w twoim każdym aktualnym miejscu zamieszkania, tak by na wszystkie możliwe sposoby sprawdzać, czy wszystko u Ciebie w porządku? Albo miłość taty, który potrafi obudzić ciebie porannym smsem z pytaniem „Czy wszystko w porządku?” tylko dlatego, że rano usłyszał huk w twoim pokoju, a po sprawdzeniu okazało się, że ramka z twoim wakacyjnym zdjęciem spadła z regału na podłogę i wydawało mu się, że to może być zły znak? To tylko przykłady z ostatnich kilku dni, a przecież rodzina liczy tylu członków. Szok, jaką jestem szczęściarą. I ponownie: do not take this for granted. Doceniaj i dziękuj każdego dnia, w jakikolwiek sposób. I pamiętaj, że karma działa, co dajesz, to wraca…

Dzisiaj uświadomiłam sobie też, że do wszystkich potrafię być cierpliwa, wyrozumiała, wspierająca i pozytywnie nastawiona, tylko nie… do samej siebie. Jestem swoim największym wrogiem. Smutna to refleksja. Od siebie wymagam zawsze 200% , ale nie udaje mi się nigdy tego osiągnąć, więc jestem ciągle sfrustrowana. A do tego ciągle porównuję się z innymi i te porównania wypadają – moim zdaniem – zawsze blado, więc koło frustracji tylko się nakręca. No dramat jakiś. Dla własnego zdrowia psychicznego muszę nad tym popracować, tylko jeszcze nie wiem jak. Bo przecież nie może być tak, że prawie dla każdego mam dobre słowo i nieskończoną ilość szans, ale dla samej siebie tak rzadko, albo prawie nigdy? Ale z drugiej strony… naprawdę nie widzę wielkiego sensu w poświęcaniu kosmicznej ilości czasu swojej własnej osobie, raczej mam z tym problem i tego nie rozumiem. Temat rzeka. Trudny jak diabli.

Wiem, że to niezbyt wesoły moment na zakończenie, dlatego pomimo tego, że chciałam już kończyć, dopiszę jeszcze highlighty z ostatnich dwóch tygodni, kilka lokalnych ciekawostek i dwa żale. Końca nie będzie widać.

Ciekawostka number one: ostrzeżenia na każdym kroku. Pod tym względem jest chyba jeszcze gorzej niż w Niemczech. Wszystko jest opisane, na każdą okoliczność. Prawie wszystko jest zakazane. Uwaga, teren nieodśnieżany, wchodzisz na własną odpowiedzialność. Uwaga, możliwy wywóz śmieci, proszę zachować wyjazd. Uwaga, możliwe lawiny z dachu… – autentyczna tabliczka umieszczona na kościele. Przykłady można mnożyć.

P_20160803_154540

Uwaga na lawiny!

Ciekawostka number two: supermarkety otwarte od godziny 7:40. Serio, nie kumam. To, że wszystko jest pozamykane na cztery spusty w niedziele i święta, mnie nie dziwi. Wymaga to co prawda odrobiny logistyki, ale da się przyzwyczaić. Ale godziny otwarcia są co najmniej dziwne. Wielkie supermarkety u nas są pootwierane do 21-22 – tutaj najczęściej do 18, rzadko do 20. Dla pracowników na pewno lepiej. Przed każdym supermarketem stoi czarnoskóry pan z gazetą w ręku. Nie wiem jaka jest jego rola (domyślam się, że sprzedaż lokalnych gazet), ale ma przerąbane, bo nikt z nim nie rozmawia, mało kto w ogóle odpowiada dzień dobry, no i absolutnie nikt nic od niego nie kupuje. Chyba ja kupię je pewnego dnia. Poza tym supermarketowy standard: wszystko wielgaśnie pakowane, no i ceny wszystkiego niestety znacznie wyższe niż w Hiszpanii i Niemczech (a co dopiero musi być w Szwajcarii…).

Ciekawostka number three: lokalny kościół. Byłam na mszy. Kościół wygląda jak audytorium, polbruk na podłodze, gigantyczne kwiaty doniczkowe, prawie jak u mojej babci i … pustki. Wybudowany w latach 60tych, bo ponoć była potrzeba. Kontrowersyjny projekt, proboszcz był bardzo krytykowany, ale budynek miał być w opozycji do tego, co w kościele krytykowane: blichtr, przepych i pieniądze. Zainteresowało mnie czemu przy ołtarzu wszyscy księża, szafarze i ministranci mogli zjeść opłatek, bądź jak kto woli Ciało Chrystusa, ale wina mały ministrant napić się już nie mógł. Przecież skoro zamienia się ono w Krew Chrystusa, to chyba już mu wolno są pić, nawet jeśli nie jest pełnoletni? Edit: Zuzia mi to wyjaśniła. Nie wolno mu, bo nie rozdaje Komunii Świętej.

P_20160807_182705

Oto kościół

A propos religii historia z dzisiaj. W bibliotece próbował mnie chyba poderwać (albo nawrócić) zdecydowanie najgorszy pan z całej biblioteki (przepraszam, sad but true). Ja to mam szczęście, wiem. Samych dziwaków przyciągam. Ludzie tutaj chyba są bardziej religijni niż w Niemczech, może wynika to z ich geograficznego położenia i jako takiego odcięcia od świata? Nie wiem. W każdym razie nie wiem czy ten pan był religijny, czy … nawiedzony. Krótki opis: długie, przerzedzone, tłuste włosy; nieprzyjemny zapach; ciepłe, grube ubranie i do tego crocsy na gołe stopy; koszula w kratę i sprane dżinsy; typ naukowca. Pan zaatakował mnie na 17 przerwie od (nie)pisania, kiedy akurat jadłam drugie śniadanie. I się zaczęło… Najpierw pytania osobiste, dlaczego mam tak na imię, jak mam na imię; dlaczego mówię tak dobrze po niemiecku z jednoczesnym podkreśleniem „Od razu wiedziałem, że nie jesteś stąd” i z pytaniem jak to się stało, że mówię z bawarskim akcentem (whaat?!); co studiuję; co robię; od kiedy tu mieszkam; jak długo zostaję. Potem niestety musiałam wysłuchać monologu pana, odpowiadającego na podobne pytania, mimo że o prawie nic nie zapytałam. Ale już wszystko wiem. Pan 20 lat studiuje i jest teraz „wolnym naukowcem”. Studiował teologię, ale jego zainteresowania teraz oscylują wokół 1202403 dziedzin, głównie historii starożytnej, tj. sprzed Adama i Ewy. Żeby nie opisywać wszystkiego, bo i tak nie wszystko zrozumiała, napiszę jeszcze tylko, że pan w swoim monologu zgrabnie przeszedł od teologii do teorii spiskowych i zakazu publikacji wyników badań (prawdopodobieństwo śmierci naukowców), przez prawo patentowe, konie mechaniczne, seks i jogging, aż po wręczenie mi wizytówki i propozycję korekty mojej pracy (marzę, lecę, pędzę!). Uciekłam do toalety, ale musiałam wrócić niestety na miejsce, gdzie pan już czekał na mnie z pytaniami typu „Czym się różni velocity od speed?” W domyśle: „Przecież studiujesz lingwistykę, musisz to wiedzieć”. I jak już sobie myślałam, że to był mega niezgrabny podryw, to … spojrzałam na wizytówkę i patrzę, a tam jego nazwa użytkownika z youtube. Co za naukowiec wstawia to na swoją wizytówkę? Po powrocie do domu weszłam na pana kanał i …o Jezus Maria, drżyjcie niebiosa. Jeśli to nie sekta, to ja nie wiem. Pan organizuje spotkania soulsaver i prowadzi monologi teologiczne, w otoczeniu świeczek i świętych obrazków. To nie był podryw, to była próba nawrócenia!!! Bądź zwerbowania. Zwał, jak zwał. Jak ktoś zainteresowany, to udostępnię nazwę kanału 😉

Ciekawostka number four: język i lokalna kultura. Język? Masakra. Już wspomniałam o tym, że gdyby ktoś powiedział mi, że wylądowałam na Węgrzech, to bym uwierzyła. Ostatnio podszedł do mnie pan na ulicy i mówił do mnie przez 2 minuty. Zrozumiałam 3 rzeczy: „2 euro”, „3 euro”, „nie chcę ci sprzedać walizki”. Do dzisiaj nie wiem o co mu chodziło. Na pocieszenie mogę dodać, że dialekty tak się od siebie różnią, że Austriacy sami siebie nawzajem nie rozumieją. Wiem, u nas też jest kaszubski i śląski, ale jednak nie na taką skalę jak tutaj. A co do lokalnej kultury, to … nie mogę z tych ich tradycyjnych ubranek. „Tracht”. W centrum pełno sklepów, gdzie możesz taką tradycyjną odzież kupić, ceny najniższe w supermarketach od 50 EUR w górę, w sklepach dużo drożej. Ja myślałam, że to trochę pożywka dla turystów. Ale nie. Oni w tym chodzą. Na spacer. Na zakupy. Do Kościoła. Zabawnie. Ale pewnie, niech kultywują tradycje! Jeśli natomiast chodzi o lokalne jedzenie, to na razie nie udało mi się znaleźć nic super tradycyjnego. Fakt, że ja nie mam też parcia jak inni na próbowanie koniecznie nowych rzeczy. Ale dwa razy miałam „wychodne” na miasto i na jedzenie i moi rozmówcy zamówili… golonkę i pierogi, co prawda zielone, ale zawsze (Schlutzkrapfen). No to ja mogę mieć w domu 😉 Faktem jest, że Innsbruck położony w dolinie, odcięty był od wielu zewnętrznych wpływów i jedzenie musiało być ciężkie, tłuste i pożywne. Dlatego głównym składnikiem jest mięso, a także lokalne wyroby mleczne i dziesiątki rodzajów sera. Do dzisiaj lubią zjeść tutaj tradycyjnie, chociaż ekspertem od kuchni tyrolskiej absolutnie nie jestem i nie zamierzam być, to wiem już, gdzie można zjeść smacznie, tradycyjnie i nie tak drogo – w schroniskach!!! Czad, nie?

Ciekawostka number five: Austriacy mówią, że wodę można pić tutaj z każdego otworu i z każdej dziury. Niesamowicie ułatwia to życie. (Btw. znajomy Amerykanin odkrył ostatnio, że chyba mam jakiś fetysz z wodą, bo nie przepuszczę żadnej fontannie i żadnemu kranowi, zawsze muszę dotknąć wody. Chyba coś w tym jest. Fantastyczne jest to, że od innych ludzi, nawet obcych, zawsze możesz nauczyć się czegoś o samym sobie.)

Ciekawostka number six: teraz już wiem, gdzie mieszkają biedni ludzie (ja) i gdzie bogaci. Które dzielnice są pięknie odrestaurowane, a w których nie ma dosłownie na czym oka zawiesić. Cóż, jak wszędzie. Większość ludzi mieszka i tak gdzieś na obrzeżach miasta, bo mało kogo stać na wynajem mieszkania w centrum. Otóż wynajem 2-3 pokojowego mieszkania w ścisłym centrum, czyli w tej niejako historycznej, odrestaurowanej, bądź dobrze zachowanej dzielnicy miasta (gdzie np. 4 dni pomieszkiwał Mozart hehe) kosztuje nawet 3000 EUR. Ale jak się okazuje Innsbruck stawia nie tylko na turystów, ale także na swoich studentów, bo mogą oni starać się o jakieś dopłaty do czynszu, jeśli tylko chcą mieszkać w centrum. Nie mam pojęcia jak to dokładnie funkcjonuje, ale spoko pomysł, nie?

Ciekawostka number seven: ponoć bardzo warto przyjechać do Innsbrucka pociągiem, najlepiej z kierunku Monachium. Warto dla widoków i krajobrazów o każdej porze roku, cenowo to się na pewno nie opłaca. Widziałam już jeden tunel wydrążony w gigantycznej skale, z daleka już robi wrażenie, trochę wygląda jak z filmu. Poza tym przez centrum Innsbrucka przebiegają też tory kolejowe, które znalazły podwójne zastosowanie, bo oprócz standardowego, czyli ruchu pociągów spełniają też funkcję rozrywkową. Otóż tory, w lokalnej świadomości funkcjonujące jako Viaduktbögen w skrócie: Bögen, zbudowane są jakby na wysokości, a pod nimi mnóstwo jest różnego rodzaju biznesów i interesów: od warsztatów samochodowych, przez kluby motocyklowe, po kebaby, bary i dyskoteki. Generalnie miejsce uchodzi za jedno z najbardziej imprezowych, ale raczej przychodzi się tutaj na samym końcu, jak już wszystko inne jest zamknięte, tak żeby się dobić. Ale co ja tam wiem o nocnym życiu Innsbrucka, nic!

Ciekawostka number eight: Jeśli już kogoś poznaję, to raczej płeć męską, no i na ulicy jestem nieustannie zaczepiana – nie mam pojęcia z czego to wynika, ale mam wrażenie, że tutaj jest jakaś zatrważająca niska ilość kobiet (pytałam nawet znajomego Portugalczyka, ale powiedział, że oczywiście się mylę). Chociaż mam też drugą teorię – wszyscy tutaj jeżdżą samochodami bądź rowerami, jestem chyba jedyna, która tutaj tyle chodzi pieszo – może to rzuca się w oczy? Tak, czy inaczej, trochę działa mi to na nerwy: zaczepianie, zagadywanie, trąbienie, kiwanie, ostentacyjne zmniejszanie prędkości i otwieranie szyb, albo po prostu mega przenikliwe spojrzenia. A uwierzcie mi ani nie zachowuję się wyzywająco, ani się tak nie ubieram, po prostu w ogóle nie bardzo się staram jakoś nawiązywać kontakt z obcymi ludźmi na ulicy. Kiedy np. wracam po całym dniu spędzonym w bibliotece. W t-shircie, dżinsach, brudna i głodna. Albo kiedy wracam w dresie z biegania. Radzę sobie z tymi trudnościami na swój sposób: chodzę z pochyloną głową, nie zwracam uwagi, nie łapię kontaktu wzrokowego. Obcy ludzie generalnie raczej często wdają się ze mną w rozmowy, ale nigdy nie było to na taką skalę jak tutaj! Praktycznie nie ma dnia, ba, nie ma godziny, żeby ktoś czegoś od ciebie nie chciał. Nie wiem co takiego tkwi w tym mieście, ale może jego mieszkańcy są jednakbardziej otwarci niż np. Niemcy? Chociaż trochę kłóci się to z ich położeniem geograficznym, tradycjami, a nawet… kuchnią. Dziwne.

Last but not least, ciekawostka number nine: Wszyscy cię przepuszczają na drodze. Nie zdążysz dojść do pasów, albo tylko do krawędzi ulicy – auto od razu się zatrzymuje. Jeśli kierowca nie zdąży, to … cię przeprasza. Wyobrażacie sobie taką kulturę jazdy w Polsce? A kierowcy nie mają tutaj łatwego życia, bo wszyscy nieustannie przechodzą na czerwonym świetle, albo w każdym dowolnym miejscu. Po części wynika to z tego, że światła tak szybko się zmieniają, że nie masz szansy, żeby zdążyć, no ale mi to pasuje.

Żal number one: dla przypomnienia – przerwy wakacyjne wszędzie.

Żal number two: Nigdy w Polsce nie będziemy mieli takich bibliotek. Ani takich jak w Niemczech, ani jak w Austrii. Niestety to poziom dla nas chyba totalnie nieosiągalny. I te biblioteki są czynne dłużej niż supermarkety.

Chronologicznie ułożone highlighty:

Kolacja z Amerykaninem – poznaliśmy się przez couchsurfing i umówiliśmy na spacer i kolację. No generalnie bez szału. Interesująca była jednak wymiana poglądów na życie i podróżowanie, bo … okazało się, że w większości się zgadzamy. On był już 11 miesięcy w podróży i opowiadał o momentach, które były kosmicznie trudne. Ja denerwowałam się, że mój styl życia odbierany jest przez większość jak „wakacje”. Przecież nikt nikomu nie broni, każdy może żyć, jak chce, po co więc te bezsensowne uwagi i to ciągle te same? Zgodnie stwierdziliśmy razem, że prawdziwa podróż rzadko przypomina wakacje. Że doświadczasz samotności częściej niż zwykle, że musisz liczyć tylko na siebie, że musisz ciągle wychodzić ze swojej strefy komfortu, przezwyciężać strach, nieśmiałość, słabostki, że ciągle się czegoś uczysz od nowa, że bierzesz ze sobą przecież cały pakiet uczuć i emocji – bo przecież one nie znikają, ani nie zostawiasz ich w swoim ojczystym kraju. Tylko nie masz z kim ich dzielić. Bo ciągle poznajesz nowych ludzi, ale rozmowy krążą wokół „skąd jesteś, gdzie byłeś, dokąd jedziesz”. Aż w końcu jesteś tym ogromnie zmęczony, bo tak trudno spotkać prawdziwych przyjaciół, zresztą, przecież zaraz ty, albo oni będziesz/będą gdzieś indziej. Więc w ogóle czy warto? A z drugiej strony… nie potrafisz już żyć w jednym miejscu. Cieszysz się na powrót do domu, do rodziny, do przyjaciół, a niedługo potem okazuje się, że nie potrafisz już tam wytrzymać, nie umiesz osiąść, zapuścić korzeni. Ciężki temat. Poza tym dyskutowaliśmy też o idei prowadzenia prostego, minimalistycznego życia i tutaj także byliśmy bardzo zgodni. A na koniec rozmawialiśmy o różnicach między USA i Polską, m.in. o prawie pracy i ubezpieczeniach zdrowotnych. Ostatnia godzina naszego spotkania upłynęła na tym, że on rozpaczliwie szukał wifi, bo musiał dzwonić do Stanów, a ja na niego czekałam. Nie byłam w sumie ani zła, ani rozczarowana, ani zawiedziona, po prostu po raz kolejny przekonałam się, że ja naprawdę rozumiem ludzi.  Przepraszał mnie 7 razy za swoje zachowanie, aż wreszcie się pożegnałam i poszłam. No i tyle, miły wieczór, ale absolutnie bez szału, iskry, porozumienia dusz, magii i tych wszystkich rzeczy, które lubię najbardziej.

Wycieczka na Kalvarienberg – aby dojść do centrum zawsze muszę przejść przez jakiś most. I prawie codziennie widzę w oddali ten sam budynek, rankiem i nocą pięknie podświetlony. Zastanawiałam się, co to właściwie jest. Próbowałam ze 4 razy to wygooglać, ale nie mogłam nic znaleźć, więc jak już minęły mi pomysły typu: „Wejdę do lokalnych sklepów i popytam ludzi”, to pomyślałam „Fuck it, po prostu tam wejdę i sprawdzę.” No i tak zrobiłam. Okazało się, że to mały, urokliwy kościółek na wzgórzu. Bodajże z XVII wieku, który najpierw oczywiście spełniał jakieś funkcje sakralne, niedługo później go sekularyzowano, następnie wystawiono na sprzedaż i przekazywano sobie z rąk do rąk. Obecnie znowu chyba odbywają się tam jakieś nabożeństwa, no i sesje ślubne przede wszystkim 😉 Na całym wzgórzu pasą się owce i generalnie wchodzą wszędzie tam, gdzie chcą. Na górze jest pomnik poświęcony ofiarom I i II WŚ, a także zaciszne miejsce do czytania z przepięknym widokiem na całe miasto. Na wzgórzu, jak na Kalwarię przystało, znajdują się też stacje Drogi Krzyżowej, ale jak na moje, jakoś o połowę ich za mało. Miałam szczęście, bo weszłam tam o godzinie 17:02, a raz w tygodniu, właśnie w niedziele, Kościół jest do 17 otwarty dla zwiedzających, no i udało mi się. W takim malutkim jeszcze nigdy nie byłam. A na całym wzgórzu oprócz mnie była jeszcze jedna zaczytana dziewczyna i dwóch zbłąkanych turystów. Bajka.

P_20160807_175938  P_20160807_171602

Spotkanie couchsurfingowe – spotkania odbywają się tutaj raz na dwa tygodnie. Nie chciało mi się iść, ale pomyślałam, że muszę wykorzystać okazję do wyjścia z domu i do opuszczenia swojej strefy komfortu. Na początku było nas kilka/naście osób, ale pod koniec wieczoru już około 30-40. Było generalnie bardzo sympatycznie, zostałam do końca, nawet wyrzucono nas z lokalu, bo już chcieli zamykać. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że kiedy wychodzisz z domu, dzieją się cuda. Udało mi się zawrzeć kilka znajomości i następnego dnia rano miałam już kilka wiadomości od couchsurfingowych chłopców. No i poznałam też jedną fajną Polkę! Mam nadzieję, że jeszcze coś z tych znajomości wyniknie. W każdym razie zabawne jest to, że świat jest taki mały, spróbujcie sobie to wyobrazić. Koło mnie siada Hiszpan z … Walencji, do której niedługo się przeprowadzam. Hiszpan pracował kiedyś w … Primarku w Innsbucku, dokładnie tam, gdzie teraz pracuje Francuzka, która się do nas dosiadła. Obok niej siada Austriaczka, która zachwyca się Warszawą, ja podzielam jej zachwyt, a Ukrainka siedząca kawałek dalej pyta „A skąd jesteś? Bo ja studiowałam w Poznaniu ostatni rok.” Opowiadam pokrótce moją historię, a siedząca naprzeciwko Niemka mówi „Studiowałaś w Lipsku?! To moje okolice!” Po czym ona opowiada swoją historię o Erasmusie w Bolonii, na co odzywa się siedzący po mojej lewej Hindus „O, a ja tam właśnie teraz studiuję. Doktorat robię”. Przyznałam się też, że robię doktorat, więc on zachwycony. Później standardowo rozmawiamy o podróżach i… już bardzo trudno byłoby znaleźć ludzi, którzy nie mieliby ze sobą nic wspólnego. Chłopak z Włoch zachwycony, że podobała mi się Wenecja (a kto się nie zachwyca?), bo to jego miasto rodzinne. Dopytuję gdzie mieszka teraz i co? Mediolan!!! Naprawdę mam coraz więcej powodów, żeby odwiedzić to miasto. Za chwilę okazuje się, że to właśnie z jego kolegą umawialiśmy się na trekking. No i z ich koleżanką z Kopenhagi, do której przecież muszę niedługo jechać! Potem w końcu zamieniam parę słów z organizatorami i okazuje się, że z jednym mam nawet jeszcze więcej wspólnego, a drugi mówi do mnie po polsku „Cześć, jak się masz?”, ja w szoku, a on opowiada, jak robił Erasmusa w Finlandii i jak najlepszymi przyjaciółmi stali się dla niego Polacy. Serce rośnie. Bo okazuje się, że jeśli tak naprawdę chcemy, to zawsze możemy znaleźć coś, co nas łączy, a nie dzieli. Wychodźcie ze swojej strefy komfortu, chodźcie w miejsca, gdzie nikt nawet nie zna waszego imienia, mówię wam, warto! Choć to absolutnie nie jest łatwe. Kocham takie wieczory i takie zbiegi okoliczności. Był tam też co prawda ten dziwak (jak się później okazało), jeszcze jeden raczej nieszkodliwy dziwak z Luksemburgu (od razu było widać), no i szalony Hiszpan (przemilczę co mi proponował), ale come on, to tylko procent, wypadek przy pracy, odstępstwo od normy, wyjątek od reguły 😉

Wycieczka na zamek – ponieważ wreszcie po kilku dniach deszczowej pogody wyszło słońce oraz ponieważ udało mi się napisać 2 (słownie: dwie) strony uznałam, że należy mi się nagroda w postaci tiramisu i wycieczki za miasto 😉 Wydawało mi się, że zamek nie jest tak daleko, google maps pokazywało 3km w jedną stronę, zrobiłam sobie profesjonalną mapę (załączam zdjęcie) i udałam się w drogę. Chciałam pójść na zamek, a następnie zahaczyć o stadion piłkarski, o basen na świeżym powietrzu i udać się na skocznię narciarską. Niestety google maps wyprowadziło mnie w pole (dosłownie) kilka razy i skończyło się na tym, że skakałam w sandałach po polu pomiędzy pokrzywami, a kupą nawozu. No i znacznie musiałam nadrobić trasę, bo niestety samochodem nie jestem. Nie udało mi się dojść na skocznię, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jak już ominęłam wszystkie przemysłowe dzielnice, przeszłam wszystkie przejścia podziemne i tunele, to okazało się, że jestem w całkiem interesującej i urokliwej dzielnicy Innsbrucka, gdzie na każdym kroku są piękne stodoły, wielkie gospodarstwa rolne, sprzedaż owoców, zwierzaki i zapachy wsi. No i widoki nieziemskie. Ludzie mówili mi dzień dobry, w sumie dosyć często się tutaj to dzieje i zastanawiam się nad tym, czy już biorą mnie za swego, czy są po prostu mega uprzejmi, czy mają tutaj może takie tradycje witania się z wędrowcami, jak np. u nas na górskich szlakach. W każdym razie trafiłam przypadkiem na cmentarz wojenny, na którym pochowani byli żołnierze z obu wojen: Rosjanie, Austriacy, Włosi i oczywiście Żydzi. Mam tutaj zdecydowanie mieszane uczucia, jak tylko ten temat się pojawia. Cmentarz był zadbany, ani żywej duszy, oprócz pana koszącego, widać było stanowczo różnice kulturowe, bo cmentarz każdej narodowości wyglądał inaczej. Załączam zdjęcie chyba żydowskiej części. W rogu była też tablica poświęcona pamięci Żydów, napisana w jidysz i ponieważ bardzo zdenerwowało mnie, że to akurat miejsce nie bardzo było zadbane, to postanowiłam wypelić je osobiście i od razu poczułam się lepiej. A zamek, jak to zamek – nie wchodziłam do środka, bo średnio kręcą mnie takie renesansowe zabytki, a i malarstwa hiszpańskiego w Austrii nie muszę oglądać. Ale na górze było pięknie, przestrzeń niewątpliwie stworzona pod ludzi i dla ludzi, parki, fontanny, groty, wodospady, no i widoki znowu nieziemskie.

P_20160813_150049 P_20160813_152135 P_20160813_144200 P_20160807_204755

P_20160813_163756_PN

Spotkanie z dziwakiem – dosłownie dwa zdania, bo aż mnie ciarki przechodzą, jak sobie to przypomnę. Poznaliśmy się na spotkaniu couchsurfingowym, później spotkaliśmy przypadkiem w bibliotece, a później spontanicznie zgodziłam się pójść na wino w sobotni wieczór (trafił chłopak na podatny grunt, bo byłam w kiepskiej formie psychicznej). Myślałam, że to taki ugrzeczniony, nieśmiały, spokojny chłopak, student fizyki, a tu się okazało, że to pewny siebie, arogancki, przemądrzały, domorosły filozof, samozwańczy naukowiec, potwierdzający wszystkie moje wcześniejsze negatywne doświadczenia i wszystkie moje uprzedzenia co do narodu niemieckiego. Dramat. Poza tym wino było niedobre, ał.

Popołudnie nad Baggersee – okazało się, że niedaleko mojego miejsca zamieszkania znajduje się jezioro. Poszłam więc kupić najtańsze bikini, jakie znalazłam (4 EUR), zapłaciłam  za wstęp (tak, tu czasem trzeba płacić, żeby móc pójść nad jezioro) i było cudnie. Zawsze w takie dni pytam samą siebie: czemu nie robisz sobie tego częściej?! Woda co prawda błotnista, pierwszy raz widziałam, żeby po wyjściu z wody skóra mi się sklejała i była żółtego koloru, ale I don’t care. Było super. Infrastruktura rewelacja, wszystko można tam kupić, zjeść, wypić, we wszystko można zagrać, nawet wifi jest! No i gdzie nie spojrzysz to dookoła góry. Mam co prawda już wszystkie możliwe wzory opalenizny na swoim ciele, ale to nic i tak będę tam wracać 🙂

P_20160814_144529 P_20160814_174514

Poniedziałkowy trekking na Nordkette i wypad nad jezioro – kolejne spotkanie i kolejny wypad, który zaowocował znajomością couchsurfingową. Nie wiedziałam tylko, że to randka. Tak czy inaczej było fajnie. Podjechaliśmy samochodem do stacji kolejki Hungerburg na wysokości około 860 metrów, a stamtąd udaliśmy się w góry. Doszliśmy do schroniska Arzler Alm na wysokości 1067, gdzie był prawdziwy zwierzyniec: osiołki, koń, krówki, kury, owce i … króliki!!! No i w ogóle był z nami pies, który rozmiarem sam przypomina cielaczka i wzbudzą powszechną furorę wszędzie, gdzie się pojawia. Ruszyliśmy w drogę do kolejnego schroniska Rumer Alm, na wysokości 1243 m n.p.m, gdzie odpoczęliśmy trochę i zjedliśmy obiad. No i tutaj udało mi się spróbować tyrolskiego jedzenia. Te ich schroniska to zupełnie inna bajka w porównaniu do naszych. Po pierwsze o miejsca noclegowe wcale nie tak łatwo (oczywiście trzeba robić rezerwacje, ale wiele schronisk nie udostępnia żadnych miejsc noclegowych), a po drugie słyną one z tak dobrego jedzenia, że niektórzy wchodzą na górę tylko po to, by się najeść. Pogoda była wielką niewiadomą, bo tutaj bardzo szybko się wszystko zmienia, ale udało się. Co prawda wykonaliśmy tylko 2/3 założonego planu, bo zbierało się na deszcz, ale za to był jeszcze spontaniczny wypad nad jezioro. Jechaliśmy za miasto i musieliśmy przejechać przez miejscowość Seefeld, która zimą jest jednym z najlepszych ośrodków narciarskich. Pierwszy raz byłam poza Innsbruckiem i droga w górach była po prostu fantastyczna, nie wiedziałam czy mam patrzeć na lewo w dół, na dolinę, czy na prawo na gigantyczne z tej perspektywy góry. Dotarliśmy do jeziorka Möserer See, w sumie nie jestem pewna nazwy, ale tak sądzę i to już w ogóle było magiczne miejsce. Naturalne jezioro schowane w samym lesie, bez plaży, bez łatwego zejścia, bez jakichś fancy udogodnień dla turystów. Wszędzie tylko muł, błoto, korzenie i jedna samotna huśtawka zrobiona ze sznurka i kawałka drewna – bardzo chciałam, ale bardzo się bałam, bo jednak woda zimna i chyba bym dostała hipotermii, jakbym tak wskoczyła do wody. Na środku jeziora wysepka, którą opłynęliśmy. Dookoła jeziora pojawiają się jakieś zbłąkane owce i z każdą minutą jest coraz mniej ludzi, za to powoli zjawiają się młodzi ludzie, a to po to żeby poszaleć w wodzie i coś tam popalić, a to żeby rozwiesić hamak i najprawdopodobniej spędzić tam noc. Wróciliśmy wieczorem i jeśli wydawało mi się, że droga do była przepiękna, to droga z powrotem była absolutnie magiczna. Nie do opisania. Takie zachodu słońca  chyba nigdy nie widziałam. Wszystkie możliwe kolory, różowy, pomarańczowy, czerwony, fioletowy, błękitny, wszędzie cumulusy, dolina i góry, a w oddali już księżyc, normalnie bajka. Nie mam żadnego zdjęcia, bo totalnie włączył mi się chill i holiday mode, ale pewnie i tak nic nie byłoby w stanie tego oddać… rewelacja.

 P_20160815_144507 P_20160815_164949

 

 

 

 

 

 

 

 

PS. Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się odłożyć 100 EUR!

EDIT: Wróciłam. Mogłabym teraz jeszcze milion razy edytować ten wpis, opowiedzieć o kolejnych dwóch tygodniach i pozmieniać wiele rzeczy, ale… nie zrobię tego. Bo ważne dla mnie jest to, jak czułam się tam na początku. A czy to, że wsiadając w autobus powrotny do Polski po raz kolejny okazało się, że nie umiem w pożegnania i pierwsze 15 minut podróży spędziłam zanosząc się rzewnymi łzami, ma jakiekolwiek znaczenie…?

Innsbruckowe migawki z ostatnich dwóch tygodni: letnie love story. Góry trzykrotnie. Skocznia narciarska i miejsca w lesie na imprezy psychodeliczne. Deszcze i wycieczka do parku narodowego, a tam opuszczone schronisko i bar i kaplica… Kawa grejfrutowo-pistacjowa. Kolacja w knajpce dla uchodźców z afgańskim wegetariańskim jedzeniem na koncercie cygańskiej muzyki. Rozkminy i rozmowy. Randki i nie-randki. Psychoterapie. Przestrzeń uniwersytecka SoWi z barami i leżakami. I te widoki, i to niebo. I wypady nad jezioro. Wyjazd do Monachium, zwiedzanie, widoki z góry, 30km spacer, surfowanie w mieście i spływy rzeką w centrum, zimne piwo po całym dniu w Hard Rocku, kolejnym dodanym do listy, teledysk Roberta Planta, mój tragiczny włoski w praktyce, pomidory na bluzce i przebieranie pod ratuszem. Kolejne spotkanie CS, gitara, śpiewy i tańce w barze, rozmowy z Belgami na ulicy o piłce nożnej i wypad na baru karaoke – do rana, a przecież miało być tylko na jedno piwo. Szkockie piosenki i tańce, uściski i zdjęcia. I to uczucie pieszego, samotnego powrotu do domu o 5 rano, ał. Całodniowy detoks nad jeziorem. Kino w słuchawkach na świeżym powietrzu na najnowszym Tarantino. Grill z lokalsami w przepięknej scenerii, multi-kulti rozmowy, wino z owocami z gwinta. Rozmowy o uchodźcach do nocy na SoWi, irlandzki pub i piwo od panów przy barze, nowi znajomi, wypad na wschód słońca na drugi koniec Innsbrucka, Banksy w ogrodzie, rozmowy o życiu do 8 rano. Wiejska impreza plenerowa. 26 godzin. Targ staroci (ze stoiskiem maniaka religijnego soul saver), plaża nudystów i to znowu przypadkiem, odwiedziny u lokalnej koleżanki – prawie jak w domu, niedokończone ciasto w Macu, skoki z platformy do jeziora. 7h konwersacje updatowe na skype i od razu czujesz, że jesteś jedną noga tu, ale drugą już tam. Zakupy, pamiątki, prezenty. Koncert kubańskiego – oszukanego zespołu i zdjęcia przypadkowych ludzi, wieczorne wyjście na piwo i pierwsze pożegnanie, wreszcie Treibhaus. Pożegnalny spacer po Innsbrucku, kościoły, cmentarze, skocznia, uliczki, nowa dzielnica. Zostaw sobie coś na ostatni dzień, zostaw sobie coś na następny raz. Kolejne popołudniowe pożegnanie, chill, życiowe rozkminy o roli pracy w naszym życiu. I… oto jestem.

Momenty. Ktoś zapytał mnie ostatnio „Czy jesteś szczęśliwa? Czy wiesz, czy Twoje życie zmierza w dobrym kierunku?” Nie mam pojęcia. Ale wtedy byłam. W tych akurat momentach byłam. A może kluczem do szczęścia było to, że nic nie wiedziałam o tym miejscu? Że nie zdążyłam sobie zbudować żadnych oczekiwań? Że nie udało mi się niczego zaplanować, że zeszło ze mnie totalnie ciśnienie tego, że coś MUSZĘ zaliczyć, zobaczyć, przeżyć?

Znowu okazuje się, że to co sobie „wymarzysz” spełnia się szybciej niż myślisz. I niczego już nie jestem pewna i wiem jeszcze mniej niż wiedziałam kiedyś.

Wrócę tam. Uciekam, ale zawsze wracam. Dalsze opowieści chętnie, ale tylko przy dobrym winie.

Trzy tygodnie i znowu „Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda…”

Sama już nie wiem, tak czy jednak nie? Dobrze, czy źle?

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s