Rozmyślania

To nie będzie fajny tekst.

Dlaczego mojego „zawodowe” pisanie zawsze zaczynam od pisania głupot na bloga? Bo łatwiej jest się uzewnętrzniać niż robić coś, co powinno z zasady być mądre i mieć sens (a czy ma to swoją drogą…). Jakiś czas temu rozmawiałam z bliską koleżanką na temat tej mojej pseudoblogowej pisaniny. Że w ogóle wartości tu żadnej, ani stylu, ani regularności, ani nic. Chaos tylko. I tylko moje wynurzenia natury pseudofilozoficzno-lifestylowej albo streszczanie rzeczywistości. Zawsze z trzewi, zawsze 100% emocjonalnie, zawsze zupełnie osobiście. Po co się tak odsłaniać? Po co mówić o wszystkim, o dobrym i złym, przecież i tak to niczego nie zmienia. I po co pisać o tym w miejscu, do którego teoretycznie każdy ma dostęp. I potem ludzie coś sobie pomyślą, albo gadać będą, no i po co mi to… I tak z nią dyskutowałam, a nadmienić tutaj warto, że codziennego kontaktu nie mamy, spotykamy się raczej z częstotliwością raz do roku. I ona mi wtedy powiedziała, że muszę to robić, bo to właśnie jestem cała ja. Zawsze z trzewi, 100% uczuć i emocji, wprost o dobrych rzeczach, wprost o złych rzeczach. Że ona znajduje przyjemność w czytaniu tego, że wie co u mnie, że może się nad czymś zastanowić. I że pieprzyć to, co ktoś sobie pomyśli, co ktoś powie, czy obgada, to moje pisanie, to moje życie i to cała ja.

Dziękuję Ci jeszcze raz, chociaż dziękowałam też na żywo.

Dzisiaj jest mi beznadziejnie, wiesz? I wczoraj też było, a widoków dobrych na jutro też nie ma. I wiem, że zawsze najwięcej piszę wtedy, gdy mi źle, ale zrozumiałam już dlaczego. Bo nie mam komu tego powiedzieć, bo nie mam z kim porozmawiać. W sensie wtedy jak mi źle, no i teraz na przykład. Ktoś mi kiedyś powiedział, że wie jakie to uczucie, leżeć koło kogoś w jednym łóżku i czuć się najbardziej samotnym na całym świecie. I musiałam się zgodzić, bo… been there, done that. Wiem jak to jest. Ale wiem też jak to jest czuć się samotnym w tłumie. Przy bliskich i dalszych znajomych, rodzinie, przyjaciołach.

No więc to dziś. I wczoraj. I pewnie jutro też.

I niby prawdziwa tęsknota nie jest wtedy, kiedy jesteś nieszczęśliwy,  sam, w nocy i po alkoholu. Tylko wtedy, kiedy masz time of your life, a i tak o kimś myślisz, kogoś ci brakuje. A ja ostatnio kwestionuję wszystko i naprawdę nie wiem już co to znaczy tęsknić. Albo się przyjaźnić? Albo kochać? Wszyscy mówią, że to się wie, to się czuje, że jak to naprawdę jest to, to poczujesz i wiesz. Aha. To znaczy, że wy nie zadajecie pytań? Bierzecie wszystko za pewnik? Zadowalacie się prostymi odpowiedziami i łatwymi rozwiązaniami? Skąd bierzecie tę absolutną pewność? Z wygody? Z potrzeby poczucia bezpieczeństwa? Ze strachu? To nauczcie mnie. Bo jedyne co jest w moim życiu niepodważalne, wszechogarniające i absolutne to właśnie niepewność. Wiem, że nic nie wiem – za tymi słowami od zawsze kryła się dla mnie jakaś niemożliwa mądrość. Nie chodzi mi raczej o to, że jestem niczym w obliczu wszechświata i że większości zjawisk, mechanizmów, rzeczy nie rozumiem, nie chcę rozumieć, a nawet gdybym chciała, to nie potrafiłabym zrozumieć. Parafrazując trochę te słowa i odnosząc je do swojego życia powiedziałabym raczej „Im dłużej żyję, tym mniej wiem.” Zawsze myślałam, że kiedyś mi się złoży to wszystko w całość. Że wiecie, obudzę się pewnego dnia i nagle poczuję, że jestem we właściwym miejscu, we właściwym czasie, z właściwym człowiekiem u boku, albo właściwymi ludźmi. Że wiem czego chcę od życia, i że to robię, że jestem szczęśliwa, że akceptuję siebie, że wiem jak się wychowuje dzieci, jak się ogarnia sprawy życia codziennego, jak się zachowuje przy życiowych tragediach albo jak stawia czoła wyzwaniom i problemom. Że całe to serce pełne wątpliwości, że cała ta dusza pełna dziur wypełnią się wiedzą, akceptacją, zrozumieniem. Tymczasem nie dość, że nie nauczyłam się niczego nowego, to jeszcze zaczęłam kwestionować wszystko to, co umiałam albo wiedziałam do tej pory. A stawianie pytań na które nikt nie potrafi ci udzielić odpowiedzi trochę boli. No ale nikt też nie może, nie jest w stanie ich udzielić, bo to w końcu moje pytania i moje życie.

Czekam więc dalej, aż magicznie zjawi się ktoś i pozszywa te wszystkie niepewności, i pozałata te dziury, i tchnie jakąś nadzieję we mnie, jakąś pewność może. Czekam, ale już w to nie wierzę. Bo wiem, że to tak nie działa.

I nie fair jest stawianie komukolwiek takich oczekiwań, bo na starcie nie ma szans im sprostać. Ale karmiona bajkami disneyami i historiami miłosnymi z happy endem całe życie naiwnie wierzyłam, że się uda, że można zakochać się od pierwszego wejrzenia, że istnieje miłość na całe życie, że wiele warto poświęcać, pomagać do upadłego, ryzykować, walczyć o siebie, o ciebie, o nas. Ale teraz już nie wiem. Teraz już wątpię. Teraz myślę, że są rzeczy, które po prostu nie są nam pisane. Które nigdy się nie wydarzą. Które nie są dla nas.  Teraz myślę, że są ludzie, którzy nigdy nie przeżyją wielkiej miłości. Nie zostaną rodzicami. Nie przeżyją podróży życia. Ani przygody życia. Nigdy siebie nie zaakceptują. Będą chorować. Albo chociaż mieć pecha. Oczywiście nie wszyscy i nie zawsze. Ale dlaczego myślimy, że wszyscy zasługujemy na coś dobrego? Dlaczego to sobie ciągle powtarzamy? Później tego oczekujemy i wyczekujemy, a tymczasem… jedni mają lepiej, łatwiej, żyją piękniej. A inni tego nigdy nie doświadczą. Nie fair? Wiem. A czy ktoś obiecywał, że życie będzie sprawiedliwe? Że uroda, talent, zdrowie, umiejętności, pieniądze zostaną rozdzielone sprawiedliwie? Może trzeba się z tym pogodzić, może trzeba zaakceptować ten fakt. Że np. będziesz zawsze samotny. Albo że zawsze będziesz się borykał z problemami finansowymi. Albo że nigdy nie zostaniesz tym kim chcesz. I że nigdy nie spełnisz marzenia swojego życia. Że będziesz zadowalał się drobnostkami, namiastkami, uciekał w pracę, w relacje, w sport, w alkohol, byleby nie marzyć, nie śnić, nie myśleć, nie czuć. Bo wiesz chyba, że każdy ucieka, prawda? I ty, i ja. Tylko, że żyjemy w chorym świecie, gdzie połowa jego mieszkańców nie ma co jeść i jak żyć, a druga połowa prowadzi totalnie hedonistyczne życie, skupia się tylko na własnych ambicjach, celach, osiągnięciach, potrzebach. Bo „jeśli chcesz, to potrafisz”. „Bo nie ma rzeczy niemożliwych”. Gówno prawda. Mam uczulenie na całą tą lifestylowską, pozytywną, coachową, tak modną obecnie gadkę. Powiedz komuś, kto ledwo wiążę koniec z końcem, że czeka na niego amerykański sen, tylko brakuje mu siły i determinacji. Powiedz komuś, kto nie akceptuje siebie, ani fizycznie, ani psychicznie i ma za sobą kilka nieudanych związków, za to całą masę blokad i ograniczeń, że czeka na niego miłość życia. Powiedz komuś, kto jest niepełnosprawny, fizycznie czy psychicznie, że może wszystko, pracować, bawić się, kochać, żyć i szaleć, jak „zdrowy, normalny człowiek”.

A potem swojej przyjaciółce, która akurat ma gorszy czas i potrzebuje pomocy, tylko nie powie tego tak wprost i tak bardzo głośno powiedz to, czego nikt nie chce usłyszeć: „Będzie dobrze”. Dwa słowa. To lepiej nie mów nic, zignoruj ten ból, tak jak inni.

Na koniec ukochany Hłasko: „Nie mów, że mam przed sobą całe życie i wszystko jeszcze przyjdzie i tak dalej. Nie ma ani jednego człowieka na całym świecie, który by w to naprawdę wierzył.”

Dogadalibyśmy się.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s