Rozmyślania

To był dobry dzień.

Siedzę w pociągu i pierwszy raz od kilku czy kilkunastu dni czuję się naprawdę dobrze. Sama ze sobą, tu i teraz, dokładnie w tym miejscu. I wiesz co? „It feels good.”

Za parę dni wyjeżdżam. Nie jestem zestresowana, poddenerwowana, przytłoczona zakresem obowiązków ani ilością rzeczy do ogarnięcia. Ba, mam wrażenie, że jestem przygotowana jak nigdy. Loty zakupione, nocleg załatwiony, mieszkanie wynajęte. Lekarstwa wykupione, karta EKUZ wyrobiona, dodatkowe fantastyczne ubezpieczenie zdrowotne – czy ktoś by kiedyś pomyślał, że tego przymiotnika użyję do dookreślenia tego stanu rzeczy? Mam nawet wstępny research na temat miasta, wstępne kontakty do lokalnych mieszkańców, umówione spotkanie w pracy, plany na czwartkowy wieczór i dwie strony notatek. Zaczęłam nawet już robić listę rzeczy do spakowania, a z mamą rozmawiałam o tym, co jeszcze koniecznie trzeba wyprać przed wyjazdem. I powoli rozpoczęłam fazę pożegnań, która na razie nie przerodziła się w fazę smutku (jeszcze?). Szok, prawda? Dorastam? Czy może po prostu znowu bardzo się cieszę? I bardzo tego potrzebuję? Zmiany otoczenia, nowej przygody, wyzwania i świeżego startu. Nowych przyjaźni, szalonych nocy, oswajania miasta, letniej miłości? Błagam, Joanna, tylko na nic się nie nastawiaj i nie buduj sobie żadnych oczekiwań!

Ale teraz jeszcze jestem tutaj. Zajęta po uszy, swoje problemy, lęki i rozkminy natury wszelakiej odłożyłam na chwilę na bok. Ale wiem, że to wróci i tym razem nie wiem, czy sobie z tym sama poradzę. Ale z drugiej strony mam świadomość i poczucie tego, że dam radę, że jakoś zawsze daję. Czas przepływa mi przez palce i nie wiem kiedy minęły te 4 tygodnie, przecież dopiero co wróciłam z Innsbrucka, a już ruszam dalej. Ale w Polsce zawsze tak bywa i bardzo lubię to, że wkraczam w to moje „zawieszone” na jakiś czas życie tutaj z pełnym zaangażowaniem i pełnym pakietem praw i obowiązków. Czas nie jest co prawda z gumy, ale jakoś udaje mi się go sprawiedliwie podzielić pomiędzy rodzinę i znajomych, swoje uczelniane obowiązki i przyjemności.

Teraz żyjemy weselem w rodzinie. Wszyscy zaangażowani, roboty po uszy, ale mamy z tego niezły ubaw, no i cóż, jesteśmy w tym wszystkim razem. Problemy życia codziennego schodzą niejako na dalszy plan i koncentrujemy się na dekoracjach, ustawieniu stołów, czy scenariuszu imprezy. Fajnie tak zmienić na chwilę perspektywę, dodać sobie „nieważkich problemów”.

A czemu był to dobry dzień? Pojechałam do Poznania, po raz ostatni przed wyjazdem. Napisałabym, że wróciłam na chwilę do mojego miasta, ale przypomniało mi się, że „tacy ludzie jak ja są z żadnego miasta”. Załatwiłam prawie wszystko, co miałam załatwić, to zawsze dodaje mi ogromnej wolności. Właśnie. Dzisiaj pod wpływem zdania, które powiedział nowopoznany chłopak mojej koleżanki w Berlinie kilka dni temu, pod wpływem rozmowy z przyjaciółką na tematy pracy i podejścia do niej, pod wpływem jednego wpisu notabene pani rektor jednej z prywatnych uczelni warszawskich na facebooku w dyskusji pod planowanymi protestami przeciwko projektowi ustawy antyaborcyjnej w PL, a także pod wpływem wczorajszej rozmowy z koleżanką na temat roli kobiet w życiu społecznym i prymatu posiadania dziecka vel. rodziny nad wszystkimi innymi ‘osiągnięciami’ życiowymi uświadomiłam sobie świadomie-nieświadomie, że … wolność jest dla mnie wartością nadrzędną. Absolutną. Niepodważalną. Może i najważniejszą. Jak tak o tym myślę, to pewnie ma wpływ na to i książka, którą aktualnie czytam o dysydentach na Kubie, opozycji politycznej, rewolucji i jej skutkach, a także odniesienia do polskiej Solidarności, do protestów studenckich 1968, do stoczni i grudnia 70 (btw. nadal jestem w ogromnym szoku i pod ogromnym wrażeniem co do tego, że a) udało nam się przeprowadzić tę transformację bez gigantycznego rozlewu krwi, b) wieści o niej dotarły na Kubę i były motorem do podejmowania jakichś działań przeciwko reżimowi Castro).

Jak to się stało, że chciałam napisać kilka zdań o tym, jak minął mi dzień, pierwszy taki dobry, od tak dawna, a dotarłam do rewolucji kubańskiej? Widzisz, taki myślotok to ja mam nieustannie. Chaos poznawczy i nadmiar bodźców, wrażeń, przemyśleń. Ale wiesz, czego nie można zmienić, trzeba zaakceptować. A może i polubić.

Dotarłam do Poznania i na uczelni spotkałam paru starych znajomych, dobrych i dalekich, i koleżankę z Rainbow. A potem spontanicznie poszłam na lunch z kolegą (?) / z przyjacielem (?) i czułam się prawie jak w amerykańskich filmach, kiedy znajomi urywają się na godzinę z pracy, umawiają się na szybki lunch na mieście, zawsze dyskutują o jakichś nieistotnych rzeczach, zajadając sałatkę, albo inne jakieś ultrazdrowe dania, zapijając kawą, koktajlem, albo drinkiem. On w garniturze i z aktówką, ona w garsonce i szpilkach koniecznie. W międzyczasie jeden telefon, drugi, wezwana taksówka, buziak na do widzenia i już. No więc dzisiaj też umówiłam się bardzo spontanicznie na lunch, ale on nie miał  aktówki, a ja ani szpilek, ani pracy. Bujałam się w hamaku, chowając w kapturze ulubionej kurtki przed dawnym klientem, popijając cappuccino i streszczając rzeczywistość, czyli chociaż jeden aspekt się zgadzał – nieistotne tematy do rozmowy. A potem widziałam się z siostrą, a czekanie na nią umiliło mi głaskanie psa cocker spaniela, który ponoć potrafił śpiewać, tylko akurat nie chciał pokazać, o czym gorliwie i wielokrotnie przekonywała mnie jego właścicielka. Starsza pani, troszkę niewyraźnie mówiąca, może delikatnie szalona, ale to nieważne. W końcu gdyby nie ona nie wiedziałabym a) w którym kościele w Poznaniu spowiadał się Jan III Sobieski, b) w którym kościele w Poznaniu znajduje się studnia, c) w którym kościele w Poznaniu ukradziono dywan, d) w którym kościele w Poznaniu ołtarz jest pod prądem, e) w którym kościele w Poznaniu znajduje się najpiękniejsza szopka bożonarodzeniowa. Ruchoma! Spróbuj powiedzieć, że to nie było interesujące! Później spotkałam przypadkiem dawnego kolegę z liceum i pomogłam obcokrajowcowi z Belgii z doładowaniem telefonu. I udałam się z siostrą na rajd po lumpeksach i obiad, gdzie dodatkowo spotkałam się z kolejną koleżanką i znowu chowałam się przed kimś, kto chciałabym, żeby akurat mnie nie rozpoznał. A po obiedzie spacer i lody z figą i nagle spotykam przypadkiem moją najlepszą przyjaciółkę. Od której sms dziwnym trafem do mnie nie dotarł. I która wyjątkowo dzisiaj szła jakąś inną trasą. Więc wpadamy na siebie, a myślałam, że już się nie spotkamy przed wyjazdem. Więc sok owocowy i ploty i pogaduchy i jakieś azjatyckie jedzenie i spacer krótki i już jadę do domu, a właściwie dopiero, bo przecież miałam być wcześniej, a tu jakoś inaczej wyszło. Na dworcu wydzwania do mnie telefon,  okazuje się, że to mój były szef, u którego pracowałam kilka lat temu, oferuje mi prowadzenie zajęć w swojej szkole, wypytuje o życie osobiste i postuluje, żebym znalazła chłopaka w Hiszpanii. Nawet to było zabawne.

Siedzę w pociągu, słucham muzyki i piszę. I wiesz co? Dobrze mi, naprawdę. Tak sobie myślę, że to jednak jest moje miasto. Moje miejsce.

Edit: Publikuję to jeden dzień później, a nastrój inny o 180 stopni. „Życie, taki lajf no.”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s