Rozmyślania · Spotkania

Wanting to be someone else is a waste of who you are

Dwa miesiące przerwy. Strzępek luźnych myśli.

Nie powiem, że nic się nie działo. Po prostu jakoś się nie złożyło, żeby siąść i to wszystko opisać. Gdybyście tylko mogli wiedzieć, ile się działo przez ten czas w moim umyśle i w moim sercu… no dramat, nawet ja tego sama już nie ogarniam.

Znacie to uczucie, kiedy po jakimś czasie orientujecie się, że zaszły w was jakieś zmiany i nawet nie wiecie kiedy? No, ja często mam tak, że coś się wydarzyło i „ja nie wiem kiedy” albo „jak to się stało”. I zawsze byłam takim człowiekiem, co to wszystko musiał wszystkim od razu opowiedzieć. A teraz już nie umiem. Jakiś mam taki etap w życiu, że wiele rzeczy w sobie tłumię. I niby spotykam się z przyjaciółmi, niby rozmawiamy, ba, czasem nawet mamy codzienny kontakt i naprawdę rozmawiamy godzinami, ale jednak… nie rozmawiamy. Też to znacie? W każdym razie trochę się ostatnio pozmieniało. Na przykład mam ogromną potrzebę … posiadania. Szok, nie? Ale nie takiego fizycznego posiadania, nie zmieniłam się nagle w materialistyczną zołzę. Czasem myślę, że mam wszystko. Ale potem jak się zastanawiam to dochodzę do wniosku, że nie posiadam nic takiego, co w tym materialistycznym świecie jest ważne. Uczepiam się więc kurczowo ludzi. Słów. Myśli. Idei. Wrażeń. Uczuć. Emocji. W tym się odnajduję, z tym się utożsamiam i dlatego ostatnio bardzo nie lubię się z tym dzielić i obnosić na prawo i lewo. Nie to, że przestałam się zwierzać, albo opowiadać co u mnie – ba, gdybyście przejrzali mój profil na fejsbuku i zobaczyli ile ostatnio publikuję życiowych anegdotek (szok!), albo gdybyście zobaczyli ile ostatnio swoich zdjęć wrzucam na instagrama (szok!), albo gdybyście nawet zapytali moich bliskich, to … pewnie nikt nie powiedziałby, że zauważył jakąkolwiek różnicę. Ale ona jest, oj jest. Nie wiem czemu mam teraz takie poczucie, że jak wypowiem coś na głos, to mi to zniknie. Ktoś mi to pożyczy, zabierze, ukradnie, powie, że jego. Że to wtedy przestanie być moje. Tylko zacznie żyć własnym życiem. Marzenie jakieś. Które zaraz ktoś znowu podkupi i nie będzie, że je skopiował, tylko się „zainspirował”. Cel życiowy jakiś. I znowu będzie, że przecież to nie mój cel tylko, że przecież każdy tak ma i może, więc w czym tkwi problem. Albo wspomnienie jakieś. Ktoś sobie pożyczy i będzie opowiadał jak własne. A nawet jeśli nie jak własne, tylko jak moje, to też niedobrze. Bo wrażenia nie te, bo emocje nie te, bo każda historia ulega zmianie przy każdym opowiadaniu, szczególnie jeśli robi to ktoś inny. Wiesz co? Ja nie chcę tego. Chcę, żeby ten zapach istniał tylko w moich zmysłach. Żeby to zdanie, wypowiedziane wtedy, w tamtym momencie, tylko do mnie i tylko dla mnie, było moje. Żeby ten dotyk, który tak wspaniale się czuł, był też tylko mój. Bo co właściwie zmieni się, jeśli to tak naprawdę opowiem, od początku do końca? Możesz mnie na przykład nie zrozumieć, rzucić jakimś głupim tekstem, niewybrednym komentarzem, albo zacząć się w głos śmiać. Możesz wpłynąć w ten sposób na moje wspomnienie, na jego jakość i na jego wartość poniekąd. A ja tego nie chcę. Nie idealizuję tego, co się wydarzyło, raczej wydaje mi się, że potrafię spojrzeć na to z boku, siląc się trochę na jakiś kulawy obiektywizm. Ale nie chcę żebyś nie rozumiał, wolę żebyś nie wiedział. Bo nie chcę tego stracić.

„Tak naprawdę”, przeczytałam ostatnio u Gosi Halber „zawsze jesteś sama”. Ja to rozumiem. Wiesz, nie widzę w tym użalania się nad sobą. Umartwiania. Czy bezskutecznych prób zwrócenia na siebie uwagi. Bo ludzie byli, są i będą. Pojawią się i odchodzą. Ale nic nie jest na zawsze. Związki się rozpadają, przyjaciele rozchodzą się w różne strony, rodziny się kłócą. Więc jeśli stracę te wspomnienia, marzenia, uczucia, sny, to czy coś mi jeszcze pozostanie? Ja sama? Pewnie tak, pewnie dlatego wszem i wobec wszyscy rozgłaszają jak ważne jest pielęgnowanie relacji z samą sobą i jak bardzo trzeba się nauczyć spędzać czas z samą sobą. Ale ja siebie lubię raz mniej, a raz bardziej. Czasami bardzo, a czasami wcale. I nieustannie się zmieniam. Więc też nie jestem taka tam sobie na zawsze. Nadal sama siebie zaskakuję, nadal się ciągle czegoś uczę, nadal rozwijam, popełniam te same błędy, „cofam się wstecz”. Jakoś tak mimo tych 28 lat nadal się nie potrafię do siebie w pełni przyzwyczaić. Czy mogę powiedzieć, że samą siebie znam najlepiej? Pewnie tak. Ale czy na wylot? Tego już nie.

Dużo ostatnio myślę i rozmawiam o tym życiowym kopiowaniu, inspirowaniu. Że niby nikt nie jest twórczy, mówią mi. Że tylko ułamek ludzi na świecie to geniusze, którzy nie muszą się silić na kreatywność, bo to oni są kreatywnością. Że tak naprawdę wszyscy chcemy tego samego, że wszyscy jesteśmy podobni do siebie, przeciętni, więc to normalne, że inspirujemy się kimś innym. Ale dla mnie granica między inspiracją a kopiowaniem jest bardzo cienka. I zazwyczaj się złoszczę, myślę sobie: fuck, nie masz swoich przyjaciół? Potem sobie myślę, naprawdę nie potrafisz marzyć? Wymyśl sobie własne cele nie kopiuj moich! I to mi się przenosi na wszystkie dziedziny życia, bo jakoś tak nagle wszystko i wszyscy się do siebie upodabniają… a to różnorodność i inność jest inspirująca! Nie bylejakość!

A potem robi mi się bardzo smutno. I robi mi się bardzo żal. I już się nie złoszczę. Jak sobie pomyślę, że naprawdę nie masz przyjaciół, więc musisz pożyczać moich. Że naprawdę nie wiesz jak spędzać swój wolny czas, swoje weekendy, swoje wakacje, więc kopiujesz moje pomysły. Że nie wiesz jak poznawać ludzi, dokąd chodzić, czego słuchać, o czym rozmawiać, co czytać, więc podpatrujesz i dalej kopiujesz. Że nie potrafisz marzyć, więc pożyczasz swoje marzenia i swoje cele od innych ludzi, a potem udajesz przed wszystkimi i przed samym sobą, że to twoje własne.

A potem robi mi się jeszcze smutniej, bo nad to wszystko wybija się moje niskie poczucie własnej wartości, największy chyba wróg mnie samej i szepcze mi do ucha – po co się złościsz, po co się smucisz, sama nie potrafisz już żyć i marzyć. Sama jesteś odtwórcza, nie twórcza. Sama się inspirujesz, sama kopiujesz. Wszystkiego i wszystkim czegoś zazdrościsz.

A potem ktoś opowiada mi o znajomym, którego hobby jest przywożenie z różnych krajów taniego i obrzydliwego jedzenia. Nigdy bym tego nie wymyśliła. A potem czytam listę 25 postanowień noworocznych chłopaka, którego uwielbiam i z ulgą w sercu stwierdzam, że … niczego z tej listy mu nie zazdroszczę, niczego nie chciałabym przeżyć, podkupić, podebrać, skopiować. A potem przeglądam profil takiej dziewczyny na fejsie, którą też uwielbiam i dociera do mnie, że podziwiam, nie zazdroszczę. Więc jednak się da. Żyć po swojemu. W  swój indywidualny sposób, w zgodzie ze swoimi własnymi celami i marzeniami, niepodkupionymi, ale wymyślonymi przez samych siebie. Bo w końcu nic nie jest dla wszystkich. Bądź, jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego – jak mówi mój tata.

Kurt za to ponoć mówił, że „wanting to be someone else is a waste of who you are”. Głosił tak też napis na moim ulubionym t-shircie. Ale zalałam go winem.

Znajdź w sobie coś, co jest tylko twoje. I to pielęgnuj. Nie chciej byś na siłę kimś innym. Nie udawaj, tylko czuj, naprawdę czuj. Niech żyją prawda i autentyczność, niech żyją. W końcu oryginał zawsze jest wart więcej niż kopia.

Nie wiem czemu to takie ważne dla mnie. Może dlatego, że poza samą sobą już wiele nie mam. Albo mam niewiele. Dziwny ten język polski. I piękny.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s