Rozmyślania

Piątek wieczorem

Piątek wieczorem to jest tytuł takiego polskiego pięknego utworu bluesowego. Dziwne, ale chyba nie ma w internetach. Mamy w domu na cd. Wpadnij na herbatę z cytryną albo na whisky z lodem, to posłuchamy razem. Okej, ty na whisky, ja na herbatę.

Dzisiaj chyba piątek. Jeszcze nie wieczór. Od paru dni zimno i pada, jak to Kazik śpiewał, tylko że tutaj lato jest zdecydowanie gorące. Dni są szare i ponure, w mieszkaniu mamy ciągle zapalone światło, bo jest ciemno i przygnębiająco. Za oknem mała apokalipsa (coś mi dzisiaj wyjątkowo dużo kulturalnych odniesień przychodzi do głowy) jak na hiszpańskie warunki, wieje jak diabli, wyrywa parasole, pada nieustannie, z nieba leci nawet grad. Mieszkańcy Walencji zostają głównie w domach i robią zdjęcia niepogody przez okno, no bo przecież nie muszą wszystkiego robić dzisiaj, prawda? Mogą przecież poczekać na lepszą pogodę i wyjść z domu za dwa dni.

Wczoraj czułam się trochę jak Mary Poppins. Myślałam przez chwilę, że wiatr mnie uniesie i będę sobie tak lecieć i lecieć i patrzeć na wszystko z góry, wydało mi się to bardzo zabawne. Dziwne tak chodzić po ulicach i śmiać się, kiedy wszyscy dookoła klną pod nosem i mają delikatnie mówiąc ponure miny. Tutaj co prawda łatwiej o uśmiechniętych ludzi, podśpiewujących pod nosem, gwiżdżących różne melodie, podśpiewujących, witających się z wszystkimi „Hola guapa!”, czy po prostu doceniających twoją urodę (?) i coś tam sobie komentujących. W sumie nie wiem co oni tak do mnie mówią, bo nie zawsze rozumiem, wnioskuję tylko po zachowaniu, że to coś miłego. Zdarza się to np. na ścieżce rowerowej w rzece Turii (tam, gdzie jej nie ma, gdzie jest tylko park) kiedy jadę na kurs hiszpańskiego, albo z niego wracam. Mijamy się na ścieżce i ktoś uśmiecha się od ucha do ucha, rzuca komplementem i znika. A przecież to właśnie w tym momencie powinno być słychać okrzyk: „Kamera! Akcja!” i powinniśmy się zderzyć, książki wysypałyby mi się z torby, on czule zapytałby czy wszystko w porządku, pomógł się pozbierać i zaprosił na kawę w ramach zadośćuczynienia. Albo wiem! Mógłby po prostu zawrócić i zapytać. Względnie moglibyśmy się oboje odwrócić i spojrzeć na siebie w tym samym momencie. Ale nie, to już było… Też wyobrażasz sobie czasem, że twoje życie to film? Ja tworzę w głowie takie scenariusze, czasami. Wymyślam sytuacje, wplatam inne wątki, tworzę różne możliwe zakończenia, dobieram ścieżkę dźwiękową. Chyba wszystko po to, by na chwilę dać sobie iluzję tego, że moje życie jest interesujące, że jestem kimś specjalnym, szczególnym, że byłby to dobry materiał na film. Nie wiem po co to robię, przecież kogo by to interesowało? Czemu mi tak na tym zależy? Dlaczego za wszelką cenę chcę poczuć, że jestem dla kogoś „special”?

Wy ciągle mówicie, napisz książkę. Ale o czym? Kto chciałby to w ogóle przeczytać? Jaką koncepcję stworzyć? Jak to nazwać? O czym pisać? Ja jestem jedną wielką chodzącą emocją, wrażliwością, niereformowalną romantyczką (teraz już wiem), toną wątpliwości i niepewności posklejanych w całość ciągłymi zmianami i marzeniami i … kogo by to interesowało przecież. O czym tu opowiadać, mówić, pisać? Jedyne co mogę, to wyrzucać wszystko z trzewi, ale czasem to jest tak osobiste, że nie daję nikomu przeczytać. Myślicie, że nie piszę, bo tak rzadko się tu coś pojawia, nie, ja cały czas piszę, tylko „nic nie publikuję” i ciągle piszę to, czego pisać nie powinnam, zamiast zająć się czymś porządnym. Lubię słowa. Boję się, że je zgubię, zapomnę, utracę na zawsze. Dlatego wszystko powinnam spisywać, wpadam w taką obsesję sentymentalizmu, bardzo podatna jestem na to, chyba od zawsze. Nie kolekcjonuję przedmiotów, kolekcjonuję wrażenia. No i słowa. Przypisuję daną piosenkę, dane zdanie do danej osoby i potem gdy ktoś inny je wypowiada czuję się, jakby mi coś zostało ukradzione. Absurd jakiś, prawda? Cóż, jeśli tak naprawdę nie masz niczego, co teoretycznie mieć powinieneś żyjąc w XXI wieku, w cywilizowanym społeczeństwie (bo czy kraju to już nie jestem taka pewna), to może pozostaje ci trzymanie się ludzi, sytuacji, wrażeń, słów. Ja to właśnie robię i bardzo to lubię. Wczoraj też ktoś powiedział mi, że powinnam napisać książkę. Wiecie pewnie, że mam uczulenie na wszystkich coachów świata i całą tą lifestylową „literaturę”. A tu ktoś mówi mi, że mam napisać poradnik „Jak nie podejmować decyzji”. Właściwie nieporadnik. W opozycji do świata, trochę na przekór wszystkim. Tak jak lubię najbardziej. Zabawne, że zawsze wierzycie we mnie bardziej niż ja sama. Ale bardzo piękne.

Chyba nie napisałam nic o Walencji. Ani o Innsbrucku. Ani o Palmie. Coś tam może wspomniałam, ale żadnej syntezy czy podsumowania nie uczyniłam. Minął kolejny rok, piękny, może najlepszy w moim życiu. Każdy kolejny jestem najlepszy. Już chyba za późno na podsumowania, albo nie. Może kiedyś. A teraz wracam za tydzień do Polski. Boję się jak diabli. Tutaj udaję, że nie ma tematu. A tam po cichu robię już jakieś plany, postanowienia, byle tylko mieć zajęcie jak wrócę. A wy robicie zakłady i zastanawiacie się jak długo tam wytrzymam. No przecież tego nie wiem. Wszyscy celują w dwa miesiące. Nie, dam radę zostać dłużej, znowu trochę na przekór, oby nie na przekór sobie samej.

Ostatnie dni tutaj są cudowne. Czas mija zatrważająco szybko. Zawsze to samo, zawsze układa się, kiedy wyjeżdżam. Jadę więc obie rowerem i uświadamiam sobie, że ktoś na mnie patrzy i się uśmiecha. Trzy razy w zeszłym tygodniu. Więc też się uśmiecham. Już wiem czemu mu było tak wesoło. Bo nadal ćwiczę jazdę bez trzymanki, jadę więc z rękami rozpostartymi jak w Titanicu i śpiewam na głos. Po hiszpańsku. No tak, to musiało wyglądać zabawnie. Ale wiesz co, fuck it, szczęście to chwila, a ja wtedy byłam najszczęśliwsza na świecie całym. W końcu tak naprawdę do szczęścia potrzeba niewiele.

Jest piątek, za oknem pioruny i błyski, a ja leżę pod ukochanym kocem, piję drugą kawę, słucham smutnej muzyki, jak zawsze, czuję jak słowa i Cigarettes After Sex rozgrzewają nie tylko moje skostniałe ręce, ale też otulają moją udręczoną duszę. Bo zabrałam ją do kina na La La Land i dwa dni po seansie nadal czuję lekki ból. Dokarmiłam go po drodze jeszcze „The Bridges of Madison County”, poezją Machado i głosem Cat Power. Takie tam emocjonalne sado-maso.

Stay tuned. Idzie nowe. Dalej nic nie mówię i nie zapeszam.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s